Zbiór opowiadań „A potem...” Johna Updike’a ukaże się nakładem Domu Wydawniczego REBIS 28 lipca 2009 roku

p

Nie powiedziałbym nigdy, że nic prostszego, niż zasnąć. Przeciwnie. Przemierzaniem tej strefy pośredniej, w której uścisk świadomości wiotczeje, lecz nie znika, rządzi surrealistyczna perfidia; dziwnie zmutowane myśli uchodzą za normalne postrzeganie, by jak cień przed blaskiem pierzchnąć za sprawą skrzypnięcia drzwi, przewrócenia się łóżkowego partnera na drugi bok bądź przedwczesnego radosnego uświadomienia sobie: Właśnie zasypiam. Pełznące po omacku maleńkie larwy nonsensu – zapowiedź niepowstrzymanego wyroju motyli snów – zostają wystawione na zabójcze dla nich światło, giną i trzeba wszystko zaczynać od początku, rozluźnić umysł, rozwęźlić. Świadomość procesu tamuje jego przebieg; mózg śledzący sam siebie nie zamknie tysiąca swych oczu. Krążąc w celi czuwania, jest przerażony ubóstwem swej krainy – zużyte obsesje, wytarte gry słowne, bezsensowne urazy, taniutkie plany na jutro rosną, zamieniają się w majaki z godzin poprzedzających egzekucję, nabierają nieznośnej doniosłości. Świadomość, ów jarzący się owoc ewolucji, to podniecenie naelektryzowanych molekuł staje się niewolą, piekielną kotłowaniną, w której człowiek dotknięty bezsennością wije się samotny jak Szatan, obraca, wwierca w stożkowatą dziurę w ciemności, tymczasem świat jak długi i szeroki błogo i obojętnie chrapie.

Jedna taka noc rodzi drugą, człowiek upada ze znużenia przez cały dzień, w końcu zawija do łóżka, wówczas zaś włącza się ta sama naelektryzowana bariera, drogę do snu zagradza ta sama niewidzialna ściana. Od ponad dwudziestu lat mam w pamięci chwilę, w której ustały takie bezsenne noce. Było to w 1967, w roku buntu i grzęźnięcia w trzęsawisku, lecz także – w swojskim zaciszu mego zakątka Ameryki Północnej – w roku godnym uwagi z powodu Expo ’67 – wystawy światowej, na którą obiecałem zabrać żonę z gromadką dzieci. Platformą startową wyprawy do Montrealu był letni dom teściów w Vermoncie, stary dom farmerski, do którego wiodła górska droga terenowa tak stroma na pewnym odcinku, że trzeba było wcisnąć pedał do oporu i wykonać szaleńczy podjazd z uślizgami na boki, a jeśli w żwirze pod szczytem koła zabuksowały, można było tylko cofnąć się do podnóża i zaczynać od nowa. Dom otaczały sosnowe lasy nawiedzane rzekomo przez niedźwiedzie, wątłe zaś zdrowie teścia – teologa tak liberalnego, że za neoortodoksów uważał zarówno Paula Tillicha, jak i Reinholda Niebuhra – z biegiem lat wyrobiło w domownikach wszechstronną wrażliwość na dobre samopoczucie gospodarza. Ta zaś skłaniała do nieustannego chodzenia na palcach w aurze nieuchwytnego napięcia. Nie mogłem jednak winić o swą bezsenność teścia ani niedźwiedzi. Raczej to twarde łóżko z materacem wypchanym końskim włosiem, umocowanym splotami linek do klonowych bocznych poręczy; raczej tę posępną ciszę na szczycie wzgórza zalanego księżycowym światłem, a może wewnętrzne boje uczuciowe, toczone na jakimś zapomnianym polu. W owych czasach byłem stworzeniem namiętnym, do szpiku kości wstrząsanym falami pożądania jak rozklekotane zawieszenie naszego starego forda fairlaine’a podskakującego na żwirowym zboczu. Z powodu owej bezsenności żona tak mi współczuła, że rano błagała matkę o jakąś pigułkę nasenną.

Nie ma sprawy, powiedziała teściowa. Pestka. Pigułek nasennych ma jak lodu. Przedziwnie wolnego ducha, którą to skłonność miewają żony teologów, o oku stale zmrużonym, by nie drażnił go dym tkwiącego w kącie ust papierosa, dożyła owych szczęsnych lat, wobec których medycyna nie odczuwa już skrupułów w szafowaniu środkami uzależniającymi. Szafkę na leki moich teściów – ładny wyrób z jasnego dębu, z lustrem o skośnie ciętej krawędzi siejącym jak pryzmat tęczowe odbicia po słonecznej wiejskiej łazience, w głąb długiej żeliwnej wanny, na goły tynk ścian i włochate ręczniki dla gości – wypełniała po brzegi niosąca ulgę chemia. Teściowa niedbałym gestem wskazała flakon z dwubarwnymi kapsułkami sprowadzającymi sen. Wziąłem jedną, ukradłem zaś jeszcze dwie, nie dowierzając, że jedna jedyna pigułka zdoła poskromić w głębi nocy kotłowaninę mózgu.


Czy dobrze to pamiętam? Skąd się wzięła potrzeba kradzieży czegoś darowanego tak beztrosko, jak opisałem? Na ów epizod nakłada się moje odwzajemniane zauroczenie teściową, które sprawia, że biało-zielone kapsułki lśnią mocniej, zapraszają do wyciągnięcia się w cieniu tej prozy, przywoływania tęczowych refleksów w łazience, będących jednymi z nielicznych upiększeń domu wyposażonego surowo i często grabionego. Popularność skuterów śnieżnych zaowocowała corocznymi włamaniami. Wcześniej chroniło dom przez całą zimę właśnie położenie na odludziu. Ciężkie winorośle zwisały, jak pamiętam, z krawędzi dachu krytego drewnem i ocieniały długi boczny ganek. W pokoju za gankiem stały wielkie drewniane krosna, ponadgryzane przez jeżozwierze znęcone przez sól, wysączoną z ludzkich rąk wraz z potem w czasach, kiedy jeszcze robiono na krosnach. Były też półki z zapomnianymi książkami, wśród książek zaś staroświecka encyklopedia. W chwilach vermonckiej bezczynności przetarłem kiedyś kredą grzbiety zmaltretowane przez klimat i czas, aż znów nabrały czytelności litery porządkujące – A-Ang, Nev-Ost – i można było nieomylnie sięgać do przestarzałych tekstów zapełniających pofałdowane stronice zionące lodówkowym zapaszkiem, pamiątką po zimowych uwięzieniach.

Seksowna była ta moja teściowa o rzednących siwych włosach, poskręcanych gęsto trwałą; szybko postukiwała obcasami, chodziła zaś nieco chwiejnie, zostawiając za sobą w pokoju pasmo dymu jak samolot piszący mgłą po niebie. Jej iskrzące się energią pismo odręczne też pełne było zakrętasów. Przepływał między nami jakiś prąd, którego, o dziwo, zabrakło między mną i jej uroczą zmysłową córką, a także (jak wyczuwałem) między teściową i jej znakomitym małżonkiem.

Jeśli się zastanowić, to pigułka nasenna w mojej wyimaginowanej dłoni może pochodzi ze skrytki teścia. To były te pigułkolubne lata sześćdziesiąte; teściowie mieli tabletki nasenne i tabletki budzące, ponaglające jelita i odwracające ten efekt, tabletki zwinnie grające na ich układzie nerwowym jak palce harfistki na napiętych, różnobarwnie oznaczonych strunach. Starość usadowiona w osłonecznionej i siejącej pryzmatyczne refleksy szafce-kapsułce wydawała się imprezą – hulaj dusza, piekła nie ma. Bo wobec żony i mnie – ludzi w wieku, w którym miewa się i wychowuje dzieci – świat medycyny nie bywał taki szczodry, żądał zaciśnięcia zębów i zachowywania czystości chemicznej dla dobra rasy. Nasi lekarze z satysfakcją odmawiali nam wszelkich tabletek nasennych czy uspokajających, głusi na błagania. Wolno było natomiast sięgać po Pigułkę, po antykoncepcyjne tabletki, które doprowadziły do rewolucji seksualnej i to one może przyprawiały mnie o bezsenność. Pojawiły się na kartonowych małych tarczach przypominających zabawkę, dwadzieścia jeden pigułek na cykl z prostą instrukcją dla kobiet od Berkeley do Burundi, kiedy brać, a kiedy odstawiać. Swego czasu kobieta, z którą sypiałem przez kilka wspaniałych dni poświęconych turystyce seksualnej, wręczyła mi ze śmieszkiem w chwili rozstania taki opróżniony kartonik. Kochaliśmy się pod koniec jej cyklu. Nie ma mowy o zmajstrowaniu dziecka. Była maleńka jak moja była teściowa, zaledwie pięć stóp wzrostu. Światem kręcą małe kobietki, mawiała moja wysoka matka. Czoło i szyja matki aż czerwieniały z oburzenia na tę myśl. Z moich ograniczonych doświadczeń wynikało, że to prawda; najlepsze są te drobne, najbardziej skoncentrowane. W pożegnalnym śmiechu tamtej kobiety brzmiały dobroduszność, dzielność i smutek, bo osiągnęliśmy coś niezapomnianego dla obojga, turystyka nic tu nie miała do rzeczy.


Tamtej tabletki od teściowej chyba nie zażyłem, bo kiedy upakowaliśmy z żoną samochód i wyjechali z Vermontu, wciąż byłem półprzytomny z niewyspania; szkliwo bezsenności połyskiwało na wszystkim, halucynacyjna migotliwość zaległa na letnim dniu i na równinie Quebeku. Vermont i północny skraj stanu Nowy Jork wydają się końcem świata, jakimś pustoszejącym kresem – i oto na północ od nich pojawia się to wielkie miasto z wyrafinowanymi restauracjami i katedrami, z ulicami pełnymi eleganckich mówiących dwoma językami kobiet. Wokół miasta wzniesiono tymczasowe wioski dla gości, rzędy bud ciągnęły się milami na gliniastych płaskich gruntach, może polach golfowych czy boiskach rugby. Przyjechaliśmy pod wieczór z czwórką dzieci zdrętwiałych od siedzenia w wozie i głodnych, gotowych jednak na wszystko, byle przeżyć przygodę w naprawdę obcym kraju, byle znaleźć się na międzynarodowej wystawie, której zdjęcia widnieją w każdej gazecie. Lało. Pewnie coś zjedliśmy byle gdzie, nic z montrealskich wymyślności, lecz swojskie hamburgery, może z frytkami. Pamiętam tylko, że ulokowałem się w wyznaczonym kącie cienkościennej budy, że tuż nad głową deszcz walił w płaski dach i to, że chociaż dzieci wciąż harcowały, wciąż wykłócały się o terytoria w tym nowym świecie, natychmiast zapadłem w najrozkoszniejszy w życiu sen. Mały wynajęty domek na północ od realnego świata, ze stłoczonymi wokół podopiecznymi, okazał się wejściem do zaciekle bronionego podziemnego królestwa snu.