Patrick Süskind "O miłości i śmierci"

(oryg. "Über Liebe und Tod")

Przeł. Ryszard Wojnakowski

Wyd. Świat Książki 2009

Ocena 4/6

Powiadają, że miłość i śmierć to w istocie jedyne tematy literatury. Wszystko inne jest tylko mniej lub bardziej udanym opakowaniem. A źródłem tej fascynacji okazuje się niewiedza. „Poeci, jak wiadomo, nie piszą o tym, co wiedzą, tylko o tym, czego nie wiedzą, a to z powodów, których wprawdzie nie znają, ale koniecznie chcieliby dokładnie poznać. Owa nie-wiedza, owo nie-wiem-co-to-znaczy to pierwotny impuls, który każe im sięgnąć po rylec, pióro albo lirę. (Wściekłość, smutek, entuzjazm, pieniądze itd. są absolutnie drugorzędne)”.

Trzeba mieć sporo tupetu, by napisać (i wydać) dziś esej tak głęboko i ostentacyjnie nienowoczesny jak „O miłości i śmierci”. Süskind dał już pokaz literackiej wirtuozerii w kwestii związków Erosa i Tanatosa w swoim słynnym „Pachnidle” – teraz próbuje ustalić teoretycznie, jaka jest natura owej relacji, demonstracyjnie pomijając całą modernistyczną i postmodernistyczną refleksję na ten temat; udając, że nie było XX wieku z jego apoteozą przemysłowej śmierci i kompletnym brakiem nie tylko miłości, ale nawet miłosierdzia.

To przewrotny zabieg stylistyczny, pozwala bowiem uciec od narzucającego się redukcjonizmu, który wskazywałby na miłość jako cyniczny środek prowadzący do skutecznej reprodukcji człowieczego gatunku. „Ktoś taki jak [Eryksymachos] prawdopodobnie zdefiniowałby obecnie miłość jako jeden z niezliczonych przejawów działalności enzymów, hormonów lub aminokwasów. Nam wydaje się to banalne. Mało budujące. A w dodatku niewiele z tego wynika” – pisze Süskind i zwraca się w stronę idei; idei, które określają człowieka, a nawet więcej: wyznaczają mu horyzont postrzegania i rozumienia rzeczywistości. Czy nieśmiertelni byliby zdolni do miłości? Raczej nie.

W tych skądinąd błyskotliwych, choć niezbyt rewolucyjnych rozważaniach jest zaskakujący moment, w którym niemiecki pisarz zdaje się chwytać istotę rzeczy. Autor „Pachnidła” przywołuje mit o Orfeuszu i porównuje go z dziejami Chrystusa – najpotężniejszego symbolu miłości, jaki stworzyła cywilizacja Zachodu. Porównanie nie wypada zbyt dobrze dla proroka z Nazaretu; Süskind patrzy na Jezusa z bardzo nietypowej perspektywy, jak na istotę wyrachowaną, chłodną, żądną władzy, nieomylną i autorytarną, niezdolną do prawdziwie człowieczej miłości. A Orfeusz? „Jego historia porusza nas i dzisiaj, bo jest to historia niepowodzenia. Cudowna próba pogodzenia ze sobą miłości i śmierci, dwu zagadkowych elementarnych sił ludzkiej egzystencji, i skłonienia dzikszej z nich przynajmniej do drobnego kompromisu”. Choćby dla tej przedziwnej paraleli warto czytać esej Süskinda.