Jako 18-latka wydałaś zbiór opowiadań „Czkawka” i wystąpiłaś w programie Kazimiery Szczuki „Wydanie drugie poprawione”. Potem spotkałam się z opinią, że jesteś lansowana dlatego, że jesteś kobietą. Zgodziłabyś się z tym, że rynek rzeczywiście jest teraz bardzo otwarty na książki pisane ręką kobiet?

Marta Syrwid: Myślę, że zostałam zaproszona do programu dlatego, że miałam 18 lat, a Dorota Masłowska napisała pozytywną recenzję „Czkawki”. Szczuka tłumaczyła mi, że chciała zaprosić kogoś „fajnego”, ale jako że przede mną w tym programie wystąpiła tłumaczka prozy Marlene Streeruwitz, miałam podejrzenie, że specjalny klucz do programu polega na zapraszaniu do niego osób o takich samych inicjałach (śmiech). Poważnie mówiąc: walka idzie o dobrą książkę, a nie o książkę męską bądź kobiecą. Już samo istnienie tych rozróżnień jest dla mnie problemem. Poza tym, to jest czasem niewygodne, być piszącą osobą płci żeńskiej. Mam wrażenie, że pojawiające się w mediach kobiety ocenia się też, albo najpierw, stosując kryterium wyglądu.

No właśnie. O tobie mówiono „najgorętsze ciało polskiej literatury”.

Było mi głupio, że mój wiek stał się w jakiś sposób czynnikiem promocyjnym, kiedy wydałam „Czkawkę”. Teraz mogę czuć się stara, podejrzewam, że moje 23 lata na nikim nie robią wrażenia. Szczególnie, że czytam teraz książkę Barbary Kaczyńskiej „Złowrogi sześcian”. Ta dziewczyna ma 16 lat, to jej czwarta powieść. Mając takie porównanie, czuję się sucharem polskiej literatury.

„Zaplecze” to historia nastoletniej Klary, która jest anorektyczką. Czemu zajęłaś się tematem anoreksji?

Wynikało to z szoku – w szkole obserwowałam koleżankę, która siedziała w ławce przede mną i widziałam, jak codziennie mniej jej tam siedzi. Wydało mi się to też pomysłem na metaforę życia w ogóle. Poza tym, kiedy wgryzłam się w temat, zauważyłam, że brakuje adekwatnego, nienaukowego języka dla opisu tej choroby. Innego od tych wszystkich znanych np. z blogów: „pogrążam się w rozpaczy”, „muszę być perfekcyjna”, „ana – moja przyjaciółka”. W „Zapleczu” starałam się ten język stworzyć.

Mówi się, że anoreksja to choroba naszych czasów, które wymuszają na nas perfekcję. I że to choroba coraz bardziej powszechna.

W „Zapleczu” wszyscy mają anoreksję. Bo jakby oczyścić tę chorobę z jej mięsa, otoczki, m.in. dychotomii jedzenie/niejedzenie, to widać nagą strukturę – najbardziej chcesz tego, czego sobie zabraniasz. I masz obsesję na punkcie tego rygoru. Widać to w mojej książce na przykładzie relacji między Klarą i jej rodzicami. To jeśli chodzi o świat intymny. A szerzej – wydaje mi się, że teraz istnieją dwie skrajne postawy: albo udajesz, że jesteś idealny, albo nie udajesz i olewasz. Nie ma złotego środka. Oczywiste jest, że tę presję udawania wywiera na nas nieustanna galeria handlowa dookoła. Trzeba oszukiwać. Ja jestem przerażona perspektywą tego, co będę robiła po studiach. Bo za mało robię, na przykład studiuję tylko jeden kierunek. Pewnie skończę jako kelnerka, a później to wszystko opiszę.

Piszesz, że powrót do normalnego życia, do jedzenia „jest możliwością chaosu”. Anoreksja daje złudzenie kontroli?

Anoreksja powoduje, że tracisz kontrolę nad kontrolą. Ważysz 35 kilo i umierasz, ale zasypiasz zadowolona, że zrealizowałaś swój plan – nie jadłaś. Ale pozornie anoreksja jest chorobą, która ułatwia organizację życia, bo obejmuje je w całości. Czujesz, jakbyś kupiła oprogramowanie do siebie, jak do komputera. Cały czas jesteś w stanie gotowości, zero wygaszacza ekranu.

W książce dużo miejsca poświęcasz tematowi rodziny – takiej, która pojawia mi się przed oczami, kiedy myślę „polska rodzina” – wspólne obiady z ciocią i wujkiem, kredens z figurką Matki Boskiej, przemoc maskowana pozorną ogładą…

Wiesz, ja widzę polską rodzinę tak, że wszystko jest w porządku, tylko że wszystko jest źle. Struktura rwie się od wewnątrz. Chyba jest coś takiego jak polska rodzina – rodzina ukształtowana przez czynniki ekonomiczne, ściśle związane ze zmianami transformacyjnymi, jakie zaszły w Polsce 20 lat temu. To taka rodzina, która powstała w latach 80., kiedy było już tak beznadziejnie, że nie było nic innego do roboty, jak tylko wziąć ślub i zrobić sobie dziecko. Nie mam żadnego znajomego, który miałby normalną rodzinę – wszyscy się albo rozwiedli albo udają, że jest w miarę.

Rozpad rodziny to efekt traumy wielkiej zmiany?

W pewnej mierze tak. Tak mi się zdaje, ale to może przez to, że prawie wszyscy moi znajomi to takie dzieci z kilkorgiem rodziców. Ale to ci rodzice, kiedy mieli niespełna trzydzieści lat, zaczęli hodować demokrację z jej poświatą – przynajmniej początkowo – większych możliwości, fajnej pracy, własnej firmy i „Dynastii” w kolorowym telewizorze. I oni wtedy mogli zobaczyć swoje życie z kompletnie innej perspektywy. Przesunęły się współrzędne i kryteria oceny. I wszystko zaczęło się rozpadać. Nie wiem, czy to źle…

Jak to?

Bo to, co elementarne, fundamentalne, jakieś podstawowe wartości pozostały, tylko zmienił się rodzaj ich realizacji. Chociażby w pracy, gdzie zrobiło się bardziej zdrowo, nie skopuje się ludzi pod biurka. Przynajmniej takie są założenia i ideały, te właśnie bazujące na elementarnych wartościach.

Skoro odchodzi w przeszłość polska rodzina, jaką znali nasi rodzice, to zmienia się Polska w ogóle. Polska rodzinna i katolicka. „Zaplecze” jest też książką o Polsce?

Chciałam napisać książkę o chorobie jednej dziewczyny, ale też o chorobie relacji międzyludzkich, czymś emocjonalnie nie do zniesienia. Musiałam gdzieś moją bohaterkę umiejscowić. Przy okazji tego pleneru chciałam poszperać w swojej pamięci – tym, że pamiętam początek lat 90. – słodkie wafelki dla dzieci, nowe place zabaw i pierwsze bajki Disneya w kinach. Może mnie też dotknęła moda na vintage z lat 90. Dlatego mimochodem w „Zapleczu” pojawia się temat transformacji i barw, które się wykluły, ale wynika to bardziej z tego, że pamiętam swoje zachwyty nad tym, że mogłam mieszkać w nowym bloku, zbierać naklejki do albumu. Tatuaże z gum do żucia przylepiane na ślinę – to było moje dzieciństwo. Z lat 80. pamiętam tylko wizytę w Peweksie. Miałam oczywiście też problemy, bo jajko niespodzianka było drogie i nie mogłam go często dostać (śmiech). Chciałam więc opisać dla własnej przyjemności trochę gadżetów, które pamiętam, a nie przeprowadzić analizę Polski. Zajmuję się rekonstrukcją emocji.