Są takie dni, kiedy inspektor Schilf od razu po wstaniu z łóżka wie, że nie wyjdzie z mieszkania przez drzwi. Szybko i cicho wskakuje w jedne z wojskowych zielonych bojówek, które kupuje w sklepie z odzieżą roboczą i które nosił już w czasach, gdy nie weszły jeszcze w modę wśród młodzieży. Wyciąga spod łóżka spakowaną torbę podróżną, wychodzi z sypialni, przytrzymując klamkę oburącz, aby ostrożnie zamknąć drzwi. Potem stoi przez chwilę przy bufecie ze szklanką o wiele za zimnej coli i rozgląda się po własnym mieszkaniu, jakby widział je po raz pierwszy. Te pomieszczenia przez piętnaście lat służyły mu tylko za schronienie, zamiast stać się domowymi pieleszami. Zwłaszcza w kuchni Schilf nadal wydaje się sobie kimś, kogo jakiś żartowniś umieścił w reklamie nowoczesnego stylu życia. Otacza go chromowana stal szlachetna i drogie sprzęty kuchenne, których nie potrafi obsługiwać. Siedzenie na długonogim stołku wydawało mu się bardzo komiczne już jako zbuntowanemu młokosowi. Kuchnia w sam raz dla singla, wyjaśnił właściciel mieszkania wprowadzającemu się Schilfowi, a cena jak na warunki stuttgarckie jest korzystna. Z poczucia obowiązku inspektor przytwierdził do lodówki kilka widokówek. Ukazują Majorkę, Lanzarote i Gran Canaria. Kupił je podczas urlopu. Na odwrocie są puste. Schilf odstawia colę, czyści pojemnik na chleb i nieużywany koszyk na owoce, uprząta stertę gazet z parapetu i otwiera okno.

(...)

Inspektor spogląda na zegarek na nadgarstku: czwarta trzydzieści, sobotni poranek. Może powinien opatentować tę porę. Wczesne wstawanie już od dawna przychodzi mu bez trudu. Umie otworzyć oczy o dowolnej godzinie i wstać z łóżka jak gdyby nigdy nic, jakby spanie nie było koniecznością, nie mówiąc już o snach, na których korytarzach człowiek spędza jedną trzecią swojego życia. Łatwość wstawania należy do tych nielicznych umiejętności, które doskonalimy z wiekiem. Jako młody mężczyzna Schilf lubił twierdzić, że nigdy się nie zestarzeje. Bo kiedy jest się starym, czeka się już tylko na kolejny posiłek.

Uśmiecha się teraz i obiema nogami staje na kratownicy schodów pożarowych, która mimo jego ostrożności zaczyna dźwięczeć niby wielki gong. Sam nie umiałby zadowalająco uzasadnić, dlaczego w niektóre dni opuszcza mieszkanie tą drogą i niczym włamywacz wkracza we własne życie. Niekiedy wydaje mu się sensowne, że takimi okrężnymi ścieżkami zaskakuje rzeczywistość i jej groteskowe pomysły. Po raz ostatni rzuca okiem na mieszkanie, a potem dociąga okno od zewnątrz. Bezruch. Wszystko jest takie, jakby inspektor od zamierzchłych czasów był samotny. Spoglądając wstecz, Schilf myśli, że dobre dwadzieścia lat temu był zupełnie normalnym człowiekiem. Miał zawód, ognisko domowe, różne namiętności, a może nawet rodzinę. Potem nastąpiło załamanie. Młody Schilf podczas akcji zastrzelił człowieka, który tylko sięgnął do kieszeni, aby wyjąć z niej kluczyk do samochodu. Albo może jeździł w weekendy na wycieczki do winnic, kiedy facet podejrzany o przestępstwo zepchnął go z drogi – a na tylnym siedzeniu siedzieli wtedy jego żona i synek. Inspektor nieodmiennie twierdzi, że tego nie pamięta. „Załamanie” to nazwa katastrofy, którą byle jak ukrywa jego kiepska zła pamięć.

Aby żyć dalej po owym załamaniu, potrzebował nowej osobowości. Wybrał zatem mechanizmy funkcjonujące w nim najsprawniej. Jednym z nich była praca, którą potrafił wykonywać lepiej niż większość ludzi na porównywalnych stanowiskach. Wstawał rano. Odżywiał się regularnie, korzystał z publicznych środków lokomocji oraz z używek, a poza tym znał miejsce, w którym stoi jego łóżko. Na próżno jednak czekał na to, by dzięki tym wszystkim zabiegom nastąpiła w nim przemiana w nowego, pełnokrwistego człowieka. Schilf tylko dlatego nie położył kresu swojemu życiu, że skończył się facet, który je wiódł – i to stanowiło jego problem. W pewnej chwili zrozumiał, iż ma obowiązek żyć dalej. I stał się prawdziwym artystą tego „życia dalej”. Aż dwa miesiące temu przytrafiły mu się dwie rzeczy, które dotkliwie zakłócają uprawianie przezeń tej sztuki: kobieta i wyrok śmierci.

Wyrok śmierci przyjął na wywołującym poty, obscenicznie piszczącym, miękkim siedzeniu fotela chesterfield. Należy on do wystroju urządzonego w stylu angielskim gabinetu, do którego lekarz domowy Schilfa prowadzi swoich pacjentów, kiedy uzna, że wystarczy już tego świecenia i zaglądania w różne otwory ich ciała. Podłogę pokrywa gruby dywan, ściany są wyłożone ciemną boazerią, a do oprawnych dzieł literatury klasycznej ze złoconymi brzegami można dotrzeć, ku całej przesadzie wołającej o pomstę do nieba, za pomocą ruchomej drabinki bibliotecznej.

Kobieta, którą spotkał Schilf, stanowi niejako przeciwieństwo tego gabinetu. Ma ciemne, lekko falujące włosy, wręcz niewiarygodnie zadarty nos, płaskie oczy, w których odbija się jej otoczenie, i budowę ciała bardziej pasującą do dziewczynki niż do czterdziestolatki. Inspektor spotkał tę kobietę na stuttgarckim deptaku tuż po owej fatalnej wizycie u lekarza. Ściśle mówiąc, wpadła na niego, kiedy nagle przystanął. Bruk pod jego stopami, co ostatnio zdarzało się coraz częściej, rozwarł się, ukazując otchłań. Przez ten otwór spojrzał w przyprawiającą o zawroty głowy bezdenność, w stan poza czasoprzestrzenią, gdzie wszystko jest powiązane ze wszystkim.

Inspektor od dzieciństwa wierzy, że po drugiej stronie świata widzialnego musi znajdować się swego rodzaju pierwotna substancja rzeczywistości. Ludzie więksi od niego mówili o rzeczy samej w sobie, o bycie jako takim czy po prostu o informacji. Inspektor nazywa to dzisiaj „kodem źródłowym” i ma na myśli coś, co tkwi poza widocznym i pozwalającym się obsługiwać interfejsem użytkownika codzienności. Podoba mu się to określenie, porównuje bowiem rzeczywistość ze stworzoną przez człowieka maszyną, z inteligentnym wytworem intelektu. Albowiem rzeczywistość jest, jego zdaniem, wyłącznie tworem, który co sekunda rodzi się w umyśle każdego poszczególnego obserwatora, czyli jest wydawany na świat. Dawno temu inspektor wymyślił metodę, dzięki której usiłuje czytać kod źródłowy. W ten sposób rozwiązuje swoje „przypadki”. Powodem jego ostatnich wizyt u lekarza było to, że brama do bezdenności otwiera się również nieproszona, a towarzyszą temu nawracające bóle głowy.

Za nim zaszeleściły plastikowe torby. Potem rozległ się jakiś okrzyk i uderzenie w plecy. Właściwie to pchnięcie powinno było zawieść go na skraj przepaści. Już widział siebie, jak spada, nie czuł jednak lęku, tylko tak przemożną tęsknotę, że kiedy zrobił krok do przodu i odnalazł grunt pod nogami, z wyrazem głębokiego rozczarowania odwrócił się w stronę napastnika. Na widok jego miny kobieta się roześmiała, wesoło potrząsnęła kręconymi włosami i ani myślała przepraszać. Za to kiedy inspektor ruszył dalej, ot tak, zwyczajnie podążyła za nim. Ani nie podał jej ręki, ani się nie przedstawił. Niczym dryfkotwę ciągnął ją za sobą wzdłuż i wszerz przez centrum miasta. Po wizycie u lekarza miał zamiar zrobić coś normalnego, na przykład kupić kawałek pizzy. Teraz jednak chodziło mu już tylko o pozbycie się nowej znajomej. Dźwigała ze sobą te plastikowe torby, w których, jak się później okazało, miała wszystko, co było jej niezbędne do życia, i szła za inspektorem, nie dziwiąc się, dlaczego raz po raz mijają te same rogi ulic. Schilfowi zabrakło wyobraźni, a strefa ruchu pieszego była zbyt mała, aby jakoś bardziej urozmaicić ten spacer. Kiedy tak już po raz któryś czekali na tych samych światłach, przemierzali te same ulice i przelotnie zerkali na te same wystawy, kobieta niewzruszenie i nieprzerwanie opowiadała o sobie.

W wieku szesnastu lat zaczęła pozować do aktów na kursach rysunku i wkrótce zarobiła tym tyle pieniędzy, że konieczność uzyskania tak zwanego porządnego wykształcenia nie wydawała się jej aż tak pilna. Z czasem malarze zyskiwali sławę, a dochody rosły. Szybko zrozumiała, że nikt nie płaci jej za nagość, tylko za akt siły, polegający na wielogodzinnym bezruchu. Osiągnęła mistrzostwo w opanowywaniu bólów fizycznych – i to w kompletnie nudnej przestrzeni, ożywianej wyłącznie skrzypieniem węgla drzewnego, nagłym nabieraniem powietrza w płuca i rzadkimi westchnieniami artystów. W swego rodzaju cierpliwym zastygnięciu potrafiła ku zachwytowi malarzy obrócić się na stojąco, jakby w nagłym przerażeniu, i utrzymać tę pozycję przez całe popołudnie. Rozpowiadano sobie o jej talencie, zleceń miała więc pod dostatkiem zleceń. Istnieje tyle jej obrazów, wyjaśniała kobieta, że nigdy nie musi zadawać sobie pytania, kim jest. Podczas gdy inni ludzie w ponurych pomieszczeniach pochylali się nad biurkami, ona z filiżanką café latte siadywała w ogródku ulubionej kawiarni, gdzie wiatr muskał jej policzki. W gruncie rzeczy nigdy nie myślała, że kiedykolwiek będziesz musiała zrezygnować z tego sposobu na życie, dającego poczucie cudownego komfortu. Do chwili, gdy ortopeda poinformował ją, że powinna przestać pozować, jeśli nie chce, by to wieczne stanie w bezruchu zrujnowało jej plecy, łokcie i kolana.

Spytała, co inspektor sądzi o tej historii, kiedy, jakby na umówiony znak, zatrzymali się przed oszklonymi drzwiami McDonalda na Schlossplatz. Inspektor nie zwrócił uwagi na to, że tyrady kobiety to opowieść o jej życiu. Człowiek, który nie pyta siebie, kim jest, nie zna się na sztuce opowiadania historii.

Powiedział to głośno, a kobiecie spodobała się ta uwaga. Roześmiała się więc. U ich stóp wróble podfruwały, goniąc uciekające papierki po cukierkach i toczące się w dal niedopałki papierosów. Był wietrzny dzień. Długi spacer na tyle zmęczył inspektora, że na myśl o zjedzeniu czegoś i wypiciu filiżanki kawy ogarnęło go dojmujące poczucie szczęścia. W znakomitych nastrojach weszli wspólnie do popularnego fast foodu.

(...)

W tej chwili inspektor zrozumiał, co się stanie. Usiadł, znowu wstał i zapytał, czy może jej coś przynieść. Na przykład hamburgera, jabłko w cieście albo okrawki kurczaka w tłustej panierce. Spojrzeniem, w którym kryła się zarazem przygana i czułość, kobieta kazała mu usiąść i, jak przystało na dobrze wychowanego człowieka, rozejrzeć się za kelnerem, którego będzie mógł poprosić o kartę dań. Schilf nabrał podejrzeń, że ta osoba, zesłana mu zupełnie przypadkowo wraz z wyrokiem śmierci, w rzeczywistości w ogóle nie istnieje. Człowiek, który w McDonaldzie domaga się karty dań, po prostu zbyt dobrze pasuje do osobliwego świata jego wyobraźni.



Przełożyła Sława Lisiecka
Tytuł oryginału: Schilf
Copyright (c) Schöffling & Co. Verlagsbuchhandlung GmbH, Frankfurt am Main
2007 Copyright (c) for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2009
Copyright (c) for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2009
Tytuł i skróty pochodzą od redakcji.
Książka ukaże się 30 IX 2009 roku nakładem wydawnictwa W.A.B.
Patronat "DZIENNIKA"