Dostęp do kultury jest często postrzegany jako prawo konsumenckie. Kina, teatry, muzea i wydawnictwa rządzą się przecież prawami rynkowymi. Projekt „Prawo do kultury” jest wspólnym przedsięwzięciem Narodowego Centrum Kultury i miasta Wrocławia jako Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Jego celem jest wypracowanie stanowiska dotyczącego dostępności kultury w dobie internetu i cyfryzacji zasobów kulturowych oraz wprowadzenie zmian w europejskiej konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności z 1950 r. Zapisano w niej prawa do wolności słowa, nauki czy wolności i bezpieczeństwa, ale zapisu o prawie do kultury zabrakło.

IWONA ŚLEDZIŃSKA-KATARASIŃSKA:

Już w czasie Kongresu Kultury Polskiej sformułowano hasło, że „Kultura się liczy”. Ta inicjatywa podbudowuje tę tezę. Ale jakie są realne szanse takich zmian w prawie?

ADAM BODNAR:

Oczywiście jestem w stanie zrozumieć i docenić wymiar symboliczny tego apelu. To podkreślenie fundamentalnej wagi kultury z punktu widzenia rozwoju jednostki i społeczeństwa jest bardzo ważne. Pomysł stworzenia protokołu dodatkowego do Europejskiej konwencji praw człowieka jest ciekawy, ale może być trudny do zrealizowania. W tejże konwencji nie znajdziemy bezpośrednio zapisanego prawa do kultury. Ale mimo to nie jestem w stanie zgodzić się z poglądem, że nie mamy w najważniejszych dokumentach UE zagwarantowanego dostępu do kultury. Bo już w orzecznictwie w ramach praw antydyskryminacyjnych, prawa do poszanowania różnorodności, m.in. narodowościowej i etnicznej, szczególnie gdy pojawia się dyskryminacja przez kultury większościowe, są zapisy, że elementem praw człowieka są prawa do wolności artystycznej, wolności słowa, w tym ekspresji artystycznej. Jeżeli zatem przyjrzeć się europejskiej konwencji praw człowieka, a szczególnie protokołowi 1. dotyczącemu prawa do edukacji, to wiele elementów wniosku o prawo do kultury już się znajduje. Musimy też brać pod uwagę, że odpowiednie postanowienia znajdujemy również w powszechnej deklaracji praw człowieka, w międzynarodowym pakcie praw osobistych i politycznych, a szczególnie wyraźnie uznaje je międzynarodowy pakt praw gospodarczych, społecznych i kulturalnych. Czyli w skrócie dokumenty ONZ je uznają. Można by więc rzeczywiście się zastanawiać, czy nie warto by ich wpisać także do konwencji europejskiej. Tu pojawia się pytanie, czy jest to postulat realny politycznie. Czy 2016 r. byłby odpowiednim momentem, by pojawił się projekt 17. protokołu dodatkowego do konwencji? Praktycznie trzeba by wykorzystać całą polską dyplomację, by przedstawić to na konferencji międzyrządowej i przekonać wszystkie inne państwa Rady Europy, by przyjęły taki dokument. Moim zdaniem to praca na co najmniej trzy lata. Później należałoby poczekać na minimalną liczbę ratyfikacji – z zasady 10 – tego protokołu, a to co najmniej kolejne trzy lata. Czyli mamy już 2020 r. Przy czym to nie koniec prac, bo trzeba by poczekać kolejne kilka lat, aż pojawią się pierwsze sprawy przed Trybunałem Praw Człowieka odwołujące się do tego prawa, np. z powodu braku lokalnej biblioteki i odmowy władz do jej zagwarantowania. Dlaczego kilka lat? Bo pamiętajmy, że trzeba wyczerpać krajowe środki odwoławcze. To niestety pokazuje pewną trudność w działaniu całej europejskiej konwencji praw człowieka.

RAFAŁ DUTKIEWICZ:

Poruszamy się w sferze konkretnej oraz w sferze symbolicznej. To jak w „Locie nad kukułczym gniazdem”, kiedy Nicholson próbuje się wydostać ze szpitala i pokazuje ogromny granitowy blok, który trzeba wyrwać. Zabiera się do tego i oczywiście nie udaje mu się to, ale mówi: „przynajmniej próbowałem”. Osiągnięcie celu jest ważne, ale i sama debata jest równie cenna. Ważne jest gonienie króliczka, bo wskaże, jak ważny jest problem naszych uprawnień w dostępie do kultury. Przygotowujemy we Wrocławiu „Leksykon wrocławski”, w którym będzie przegląd regulacji światowych i polskich dotyczących tej materii. A robimy to, bo – jak wskazuje włoski badacz Luigi Sacco – jest wyraźna korelacja między uczestnictwem w wydarzeniach kulturalnych a poziomem zadowolenia z życia. Jeżeli chodzimy na więcej niż 10 koncertów rocznie, gwałtownie ros´nie nasz poziom zadowolenia z życia. Podobny efekt wywołuje regularne uczestniczenie w spektaklach teatralnych. To pokazuje, że w koncerty i teatr warto inwestowac´ z punktu widzenia zarządzającego miastem, bo mieszkan´cy są szczęs´liwsi. Ale jest jeszcze jedna istotna korelacja między innowacyjnością a nakładami na kulturę. Inwestujący dużo w kulturę mają wysokie poziomy innowacji. To pokazują wszelkie światowe statystyki rozwoju krajowych gospodarek.

KRZYSZTOF DUDEK:

Muszę wejść w spór z rzecznikiem praw obywatelskich. Właśnie to, że europejska konwencja praw człowieka się sprawdziła, widać po tym, jak funkcjonuje Europejski Trybunał Praw Człowieka, po tym, że każdy może się do niego poskarżyć. Mamy lawinowy wzrost skarg do trybunału. Na początku było ich kilka tysięcy rocznie, dziś ok. 200 tys., ale w mojej ocenie jest to argument, by upierać się przy wpisaniu prawa do kultury do tego dokumentu. To tak, jak rysował Andrzej Mleczko: człowiek modli się do Boga, a ten odpowiada: „Nic więcej już nie mogę zrobić, teraz musisz zwrócić się do Strasburga”. To pokazuje siłę tej konwencji od Lizbony po Władywostok i to, jakie ona ma znaczenie dla 800 mln ludzi. Tym bardziej nie ma lepszego instrumentu, by zawalczyć o odpowiednią pozycję kultury. Ale mam wrażenie, że twórcy Europejskiej konwencji praw człowieka dopuścili się błędu, bo we wstępie do tego aktu mówi się o Powszechnej deklaracji praw człowieka z 1948 r., gdzie prawo do kultury jest zapisane w art. 27. Mało tego, w art. 31 Europejskiej konwencji mówi się, że wstęp i interpretacje deklaracji są częścią konwencji. Dlaczego zatem bezpośrednio nie wpisano prawa do kultury? Najwyższy czas to naprawić. Apelujemy z prezydentem Dutkiewiczem o podniesienie kultury do rangi praw człowieka, by naprawdę podkreślić jej wagę. Warto zastanowić się w 25-lecie wolności nad naszym dalszym rozwojem. To, że prace nad tym aspektem mogą trwać latami, to bardzo dobrze. Dzięki temu Polska może się zacząć w Europie kojarzyć z kulturą, z walką o dostęp do niej w tym także dla mniejszości, dla uchodźców.

MAŁGORZATA OMILANOWSKA:

Najważniejszym aspektem takiej inicjatywy jest właśnie element symboliczny. Mam przekonanie, że zarówno w polskiej, jak i w europejskiej narracji od lat dzieje się coś niedobrego. Gdy powstawały pierwsze dokumenty tworzące Unię, uwzględniono wszelkie aspekty: prawne, bankowe, gospodarcze, społeczne, w ogóle nie dotykając kultury, uważając, że to tylko kwestie krajowe. Pan rzecznik wymienił wiele dokumentów okołokulturowych, ale one dotyczą głównie dziedzictwa narodowego, a nie prawa do kultury jako obowiązku znoszenia barier dostępu, ale także skupienia uwagi i środków finansowych na budowaniu środowiska twórców i oferty kulturalnej godnej społeczeństwa. Ostatnie kilkanaście lat byliśmy skupieni na gospodarce, biznesie, przemyśle. To po części okazało się dobrym krokiem. Zaowocowało choćby to, że położono nacisk na przemysł kreatywny. Przykładem jest sukces polskiego designu, kinematografii, ostatnio branży gier komputerowych. Ale równolegle z debaty społecznej zniknęła kultura. Uczestnicy w kulturze to ludzie lepiej radzący sobie na rynku pracy, mający lepszy dobrostan społeczny, lepiej wyrobione takie cechy, jak kreatywność, elastyczność, otwarcie na nowe idee. Człowiek doinwestowany w obszarze kultury staje się lepszym obywatelem. To nie jest tyko 19. dział gospodarki, to coś, co jest fundamentem bycia nowoczesnym obywatelem. I to właśnie staranie się o wpisanie prawa do kultury do najwyższych dokumentów ma się przełożyć na zmianę naszego sposobu myślenia o kulturze.

PAWEŁ NOWACKI:

Kultura jest nośnikiem innowacyjności według prezydenta Dutkiewicza, a ja chciałbym podkreślić, że dziś jest także odwrotnie: to innowacyjność jest nośnikiem kultury. Dla mnie najlepszym przykładem był protest przeciwko ACTA. Młodzi ludzie wyszli na ulice w obronie dostępu do internetu, do tego, co jest dla nich nie tylko rozrywką, ale także dobrem kultury. Możemy oczywiście dyskutować o jakości tej kultury dostępnej w sieci, ale nie możemy zapominać, że dziś to technologie otwierają ten dostęp. I to właśnie internet jest jednym z kanałów, który nawet grupom wykluczonym pozwoliłby otworzyć ścieżkę dostępu prostego, wygodnego, pozbawionego ograniczeń. I dlatego warto pracować nad tym, by im tę ścieżkę zapewniać. Nie zapominajmy o tym, że obok walki o prawo do kultury trzeba zadbać także o zapewnienie dostępu do tej kultury. Dziś toczą się tajne negocjacje wokół TIIP, czyli transatlantyckiego partnerstwa w dziedzinie handlu i inwestycji. Jako że brakuje w nich jawności, może się okazać, że ich efektem będzie jeszcze łatwiejszy dostęp do lekkiej rozrywki amerykańskiej kosztem kultury europejskiej. I dlatego musimy zadbać także o to, by zagwarantować dostęp do wysokiej kultury.

ADAM BODNAR:

Zebrałem trochę krytyki, więc muszę wyjaśnić, że nie mam nic przeciwko aspektowi symbolicznemu tej inicjatywy. Ale moją rolą jest realnie powiedzieć, jakie są jej konsekwencje i trudności prawne. Nie chciałbym jednak zgłaszać tylko samych wątpliwości. Warto pokazać kilka kierunków, które jest szansa zrealizować w 2016 r. i które przyczyniłyby się do realizacji postulatu. Po pierwsze Polska ratyfikowała Międzynarodowy pakt praw gospodarczych, społecznych i kulturalnych, a tam jest element o prawie dostępu do kultury. Polska musi przedstawiać sprawozdania okresowe z realizacji paktu i my takie sprawozdania przedstawiamy, a jest w nich ok. 10 stron opisu tego, co robimy, by zapewnić obywatelom dostęp do kultury. Rząd to przedstawił, ale to nie znaczy, że należy takie informacje przyjąć bez zastrzeżeń. Może warto przedstawić raport alternatywny. Mogłaby przygotować go koalicja organizacji pozarządowych i samorządów, która pokazałaby, jak to prawo jest realizowane. Do tego paktu istnieje też protokół fakultatywny, pozwalający składać skargi indywidualne. On wciąż nie został przez Polskę ratyfikowany i można by naciskać na jego ratyfikację. Co więcej, w ramach prac Rady Europy powstało sporo instrumentów, w tym Konwencja ramowa RE ws. znaczenia dziedzictwa kulturowego dla społeczeństwa z Faro z 2005 r. Przewiduje ona, że każdy samodzielnie lub zbiorczo ma prawo do korzystania z dziedzictwa kulturalnego. Jej także nie podpisaliśmy i nie ratyfikowaliśmy. Podobnie jak konwencji audiowizualnej i archeologicznej. Wreszcie ważnym elementem, jeżeli chodzi o prawo do kultury, jest dyskryminacja osób starszych i niepełnosprawnych. W UE toczą się prace nad dyrektywą horyzontalną w zakresie równego traktowania, a ta przewiduje zakaz dyskryminacji także w zakresie dostępu do dóbr i usług powszechnie oferowanych. Gdyby Polska włączyła się w jej propagowanie, dałoby to silny argument w dostępie do instytucji kultury. Jeżeli zatem mówimy, że warto gonić króliczka i dyskutować, to warto się odwoływać do tego, co już mamy.