Anna Sobańda: Czy teatr może być dochodowym biznesem?

Emilian Kamiński: Oczywiście, że może, muszą jednak być spełnione pewne warunki. Bilety powinny mieć cenę proporcjonalną do zarobków ludzi, a z drugiej strony muszą być proporcjonalne do wydatków, jakie trzeba ponieść na wyprodukowanie sztuki. W Polsce wiele teatrów jest subwencjonowanych, w związku z tym ten rachunek ekonomiczny jest inny. Ja jednak muszę sobie radzić sam.

Czyli Teatr Kamienica nie ma żadnych dotacji państwowych?

Nie, nie mamy żadnych stałych subwencji na bieżącą działalność, czasem uda się pozyskać pieniądze w konkursie na konkretny cel operacyjny. Natomiast miasto i ministerstwo kultury bardzo mi pomogły przy powstaniu tego teatru. Zarówno od strony finansowej, jak i prawnej czy organizacyjnej. To trzeba powiedzieć, tutaj są społeczne pieniądze. Nasze prywatne oczywiście też, wszystkie oszczędności oddaliśmy na budowę teatru, ale mieliśmy także pomoc. Ja jednak liczyłem się z tym, że jak tylko zacznie się praca, to będę musiał się utrzymać, dlatego ten teatr jest tak pomyślany od strony biznesowej, że dzieje się w nim wiele rzeczy poza spektaklami.

Na czym jeszcze zatem zarabia Kamienica?

Na przykład prowadzimy kuchnię przed spektaklami, dzięki czemu ludzie mogą w naszym bistro normalnie zjeść obiad. Możemy wynająć także miejsce na przyjęcia, bądź zamknięte imprezy, na przykład dla firmy. Prywatny teatr to jest jednak bardzo ciężki kawałek chleba.

A na czym polega największa trudność tego biznesu?

Koszty utrzymania miesięczne, bez aktorów i spektakli, to jest około 150 tys. Teraz na niektóre sale, bo to są oddzielne umowy, miasto trzykrotnie podwyższyło mi czynsz. Nie jest to dla mnie komfortowa sytuacja, bo na początku płaciłem 17 tys., a teraz jest to prawie 40 tys. złotych. Bilety na spektakle zaś wciąż są w tej samej cenie i nie może być inaczej. Najdroższe kosztują u nas 100 zł, ale są także wejściówki po 30 zł oraz tańsze bilety na spektakle dla dzieci. Tych rachunków trzeba bardzo pilnować. Dla mnie bardzo ważne jest to, że nie mam żadnych długów, ani kredytów. Wszystko pospłacałem. Natomiast jak przychodzą wakacje, to ta łódeczka dryfuje ledwo co. Bo Ludziom trzeba płacić, czynsz trzeba płacić, a widownia jest dużo mniejsza. W Polsce to jest bardzo trudny biznes, ale to jest cena, jaką płaci się za wolność. Wszystkie zarobki zewnętrzne, jakie mam, idą na teatr, bo nie wyobrażam sobie inaczej. Jestem także fundatorem, nasza fundacja angażuje się w wiele akcji społecznych. Opiekujemy się bezdomnymi, organizujemy akcje dla sierot, dzieci upośledzonych. Jestem społecznikiem od zawsze, tak jestem nauczony i w związku z tym, Kamienica, to jest więcej niż teatr. Oprócz spektakli, dzieje się tu bardzo dużo rzeczy. To miejsce jest także pochylone w stronę Warszawy. To jest biznes intelektualny, czyli dbanie o dusze ludzi, tradycje warszawską. Mamy makietę przedwojennej Warszawy, przed wejściem stoi zabytkowy tramwaj.

Wspomniał pan, że teatr prywatny daje wolność. Ale czy walka o widza i dopinanie budżetu nieco tej wolności nie ograniczają?

Ja mogę od razu reagować. Mam to wszystko w swoich rękach. Mój ukochany profesor Bardini powiedział mi kiedyś takie żydowskie przysłowie, „najmniejszy biznes, byle własny”. To są święte słowa.

Ale odpowiedzialność za błędy dyrektora teatru prywatnego, w porównaniu z dyrektorem teatru państwowego, jest chyba większa?

Absolutnie, ja po prostu nie mogę pozwolić sobie na błędy. Strzały repertuarowe muszą być celne. Jednocześnie przez 7 lat działalności zrobiliśmy 15 premier, które były spektaklami misyjnymi.

Czy spektakle misyjne mogą być także spektaklami dochodowymi?

Na tym polega moja praca, żeby połączyć misję z biznesem. Nawet, jak robimy komedię, to staram się, żeby miała ona jakiś głębszy sens. Na przykład spektakl „Miłość i polityka”, zrobiłem dlatego, że znalazłem w nim bardzo fajne fragmenty dotyczące życia politycznego. Z kolei komedia „ZUS, czyli zalotny uśmiech słonia” opowiada o człowieku, który stracił pracę i kombinuje, czasem oszukując urzędników i biura opieki, żeby przeżyć. Widownia pęka w szwach, ludzie mówią, że to jest sztuka o współczesnej Polsce. Bardzo dużo czasu poświęcam na tekst, staram się formować go tak, żeby był skończony. Tak jak malarz, który jeśli jest dobrym rzemieślnikiem, kończy swój obraz, ja też jako rzemieślnik muszę skończyć dzieło, być pewny, jaki będzie przekaz, co ja ludziom daję. Nie puszczam żadnej bylejakości. To się może podobać, lub nie, ale nikt mi nie zarzuci, że mam byle jakie spektakle. One są dopracowane.

Swego czasu na pana głowę posypała się krytyka za zaangażowanie do jednego ze spektakli Kasi Cichopek. Czy celebrytka na deskach teatru to jeden z przejawów kompromisu pomiędzy misją, a komercją?

Wręcz przeciwnie. Kasia przecież jest aktorką, jako nastolatka była nawet w kółku teatralnym u Machulskich. Ona kiedyś zgłosiła się do mnie, bo pracowaliśmy razem na planie „M jak miłość”, powiedziała, że chciałaby zrobić eksternę z aktorstwa i zapytała, czy ja nie mógłbym jej trochę poduczyć. Bardzo chętnie się zgodziłem, bo ona jest przemiłą osobą, o wielkiej wrażliwości. Zacząłem z nią pracować i okazało się, że całkiem dobrze daje sobie radę. A ponieważ akurat miałem taką sytuację, że odchodziła ode mnie dziewczyna, która grała w spektaklu młodą Hiszpankę, zacząłem dawać te teksty Kasi. Okazało się, że ona bardzo ładnie się do nich przygotowuje, pomyślałem więc, że dam jej szansę i zaproponowałem udział w tym spektaklu.

Czyli nie chodziło o to, żeby gwiazdka popularnego serialu ściągnęła większą widownię?

Oczywiście jest tak, że Kasia jest popularną aktorką, ale nie to było najważniejsze. Mój kolega, który krytykował, że zaangażowałem gwiazdę z serialu, przyszedł na spektakl i był pod wrażeniem jej występu. Kazałem mu wówczas, przy foyer pełnym gości, odszczekać to co wcześniej mówił. I odszczekał (śmiech)
Tak więc nie wolno oceniać tak pochopnie. Mnie najbardziej denerwowały zarzuty, że Kasia nie ma szkoły. A ilu jest wspaniałych aktorów, którzy nie mają szkoły? Daniel Olbrychski, Zbyszek Buczkowski, Barbara Brylska, stworzyli wielkie role. Jakie to ma znaczenie, że nie mają szkoły? Ja znam wielu ludzi po szkole, którym bym w ogóle odebrał dyplom, bo są okropnymi chałturnikami, źle pracują i są niezdolni. To nie dyplom świadczy o poziomie aktora, tylko talent. Szkoła ma uczyć rzemiosła, więc ja jako stary aktor też mogę tego rzemiosła nauczyć w kilka miesięcy. Tak więc spokojnie z tymi opiniami. Należy najpierw zobaczyć, a dopiero potem oceniać. Polacy mają taką łatwość szybkiej oceny, nie mają argumentów, ale oceniają, oczywiście najchętniej negatywnie. Ja mam odwrotnie. Żeby ocenić, muszę się zastanowić, dlatego, że moje słowo musi mieć wartość, a ludzie najwyraźniej nie szanują swoich słów, nie szanują swoich poglądów, tylko plotą co im ślina na język przyniesie. I to jest fatalna cecha Polaków.

Czy podejmując decyzje o założeniu teatru nie bał się pan, że z aktora i artysty, będzie pan musiał stać się biznesmenem?

Nie. Ja zawsze oprócz aktorstwa zajmowałem się innymi rzeczami. W dawnych czasach, będąc aktorem pracowałem na budowach, w stanie wojennym miałem firmę budowlaną.
Dlatego budując teatr, wiedziałem co robię. Umiałem w wyobraźni rozwalić ścianę, w tych zapuszczonych magazynach, jakie tu były, zobaczyłem teatr. Nikt inny tego nie widział.

Skąd pomysł na teatr, który jest tak bardzo pochylony w stronę Warszawy?

Profesor Bardini, tuż po szkole teatralnej, udzielił mi cennej rady. Swoją drogą ciekawe, skąd on wówczas wiedział, że ja będę miał kiedyś swój teatr? W każdym razie powiedział mi, „Emilian, jak będziesz zakładał teatr, to tylko w centrum”. Kiedy zapytałem, dlaczego, odparł „bo kobieta, która mieszka na Woli, a pracuje na Pradze, jak wróci do domu, umaluje się i ubierze elegancko, to nie po to, żeby jechać gdzieś na Pragę czy Mokotów. Ona będzie chciała pojechać do centrum”. Dlatego ja szukałem miejsca w centrum i szukałem miejsca warszawskiego, żeby mieć te tkankę miejską. Mam ogromny sentyment do tego miasta, które było takie piękne i zostało tak bardzo skrzywdzone. Ja to miasto personifikuję. Dla mnie Warszawa jest kobietą, która była piękną kobietą, a następnie została prawie zabita. Na szczęście się odrodziła i w związku z tym postanowiłem, że zrobię teatr, który będzie pochylony w stronę Warszawy. I to mi się udało. Zajęło mi to 14 lat życia, ale się udało. I teraz ktoś chce mi to odebrać.

Kim jest człowiek, który pana zdaniem próbuje odebrać panu teatr?

To tzw. cwaniak który, działa poza prawem i kombinuje, jak oszukać ludzi.

Na jakim etapie jest obecnie ta sprawa?

Sprawa jest w sądzie. Miasto już w czerwcu złożyło wniosek do prokuratury rejonowej, która jest nierychliwa. Warto byłoby, aby ktoś z prokuratury okręgowej spojrzał na działania prokuratury rejonowej, bo one są bardzo dziwnie opieszałe. Miasto zaskarżyło także te haniebne, nieuczciwe i zakłamane akty notarialne, zawarte pomiędzy Adrianem Accordim Krawcem i dwoma członkami zarządu.

Pozostali członkowie wspólnoty nic o tych aktach nie wiedzieli?

Większość mieszkańców i co najważniejsze, miasto, będące większościowym właścicielem budynku, nie miało świadomości co się dzieje. Dlatego też oburzone władze Warszawy zareagowały. Jeden z prezydentów miasta złożył wniosek do CBA, burmistrzowie zaskarżają akty do sądu, a pani Gronkiewicz-Waltz unieważniła decyzję konserwatora zabytków o zamurowaniu moich piwnic. Sąd apelacyjny wstrzymał 13 uchwał, które pan Krawiec razem z dwoma członkami wspólnoty, zawarli za plecami miasta i innych mieszkańców. Bo ten człowiek dostał za darmo strychy, na których zarejestrował 8 swoich spółek. On ma takich spółek ponad 300, nie składa żadnych sprawozdań finansowych, a jego spółki ciągle się mnożą. Tak więc na tych strychach, gdzie od wojny spędzają czas gołębie, zarejestrowanych jest 8 jego spółek i te spółki dostały 8 głosów we wspólnocie. W momencie, gdy miasto ma jeden głos, my mamy jeden głos, oni przegłosowują nas jak chcą. Wysmarowali 13 uchwał, każda przeciwko teatrowi. Sąd te uchwały zawiesił, ale Krawcowi nie przeszkadza to w tym, by na te uchwały zdobywać kolejne dokumenty u urzędników miasta. Tak więc znów zachodzi podejrzenie że popełnia przestępstwo.

Jak to możliwe, że ten człowiek ma aż 8 głosów we wspólnocie, podczas gdy miasto, mające większość udziałów w kamienicy, ma tylko jeden głos?

W Sejmie kiedyś przeszła taka uchwała, która mówi, że jeśli jest podmiot który ma między 50 a 80% własności, może przysługiwać prawo głosowania na zasadzie jeden głos na jednego właściciela, a nie wielkością udziałów. Tak więc miasto, które ma ok. 4 tys. m2 ma jeden głos i pan który ma w bramie zakład o wielkości 10 m2 też ma jeden głos. Nadużycia tego przepisu są powodem wielu patologii. Accordi opiera się na sztucznym namnożeniu głosów w budynku. Wystarczy, znaleźć szczelinę aby wejść do wspólnoty może nawet dać komuś „zarobić”, dogadać się z kimś nieuczciwym i rozdać za darmo majątek publiczny. Granda w biały dzień.

A jak pan zareagował na oświadczenie pana Krawca, który powiedział mediom, iż zamierza walczyć z panem w sądzie o swoje dobre imię.

Proszę bardzo, niech walczy. Proszę sobie wejść w Internet i o jego dobrym imieniu poczytać. O dobre imię walczy się swoim życiem, trzeba uczciwie żyć, prowadzić uczciwe interesy. A jak się prowadzi takie interesy, jak pan Krawiec, to nie należy się dziwić, że się nie ma dobrego imienia. Niech on walczy, ja bardzo chętnie stanę z nim oko w oko i opowiem przed sądem to, co o nim wiem. Mam nadzieję, że wreszcie prawo zacznie działać. Jego działania wskazują że może liczy na jakiś ochronny parasol.

Jaki?

Oficerów Służb Bezpieczeństwa. Akcjonariuszem w spółce Geo Capital SA która pierwsza zdobyła strychy w Kamienicy, jest były generał UOP Wiktor F, pojawiają się tam też nazwiska związane z przemysłem zbrojeniowym. Wcześniej Mariusz Olchowik członek rady nadzorczej spółki Geo Capial, szefował Instytutowi Prałata Jankowskiego, a Accordi był jego pełnomocnikiem. W prasie z tamtych lat pojawiają się informacje, że instytutem sterowali generałowie i pułkownicy służb specjalnych, część tych osób przewija się w spółkach powiązanych z Geo Capitalem.

Jaki pana zdaniem jest cel Adriana Accordiego Krawca?

Zniszczyć teatr albo przejąć go. Złożyłem w 2012 roku pismo w mieście, że pojawił się taki i taki człowiek, który chce przejąć teatr. Nazwano mnie wówczas panikarzem i zapewniano, że to niemożliwe. Okazało się, że jednak możliwe, bo to właśnie się dzieje.
Ten człowiek wielu ludzi już oszukał, ale teraz trafił na mnie. Duża to zuchwałość i gratuluję braku instynktu samozachowawczego. Wie pani, co jeszcze usłyszałem od tych dwóch panów ze wspólnoty, którzy działają do spółki z Krawcem? Że oni w ogóle nie są przeciwko teatrowi, ale mają innych artystów, którzy lepiej go poprowadzą. To jest dzieło mojego życia, a oni chcą je przejąć. Ale ja się nie daję, jestem człowiekiem walecznym i nie zamierzam się poddać.