Do prowincjonalnego teatru przyjeżdża reżyser z Warszawy. „Trzeba się wykazać, bo to jedyna szansa na wyrwanie się z tej zapyziałej pipidówki” – powtarza w myślach Krzysztof. Starsi koledzy zanoszą się szyderczym śmiechem i głośno drwią z jego młodzieńczego zapału. „Po pierwszym akcie idę do domu” – rzuca jeden. „Zawsze lżej, jak tekstu mniej” – odzywa się drugi. „My jesteśmy artyści, nasze miejsce jest w bufecie” – sufluje trzeci. Po teatralnym korytarzu ciągnie się szmer niezadowolenia, bo w zespole są równi i równiejsi, choć wszyscy solidarnie olewają próby.

Przyjazd reżysera ma wszystko odmienić – sprawić, że aktorom zachce się grać, sztuka będzie o czymś, a Krzysztof dostanie główną rolę i jego nazwisko trafi na ogólnopolski afisz. Mesjasz przybywa, ale niczego nie zmienia. Niczego poza dialogami. „Synowie nasi zburzą, co my budujemy. Burzymy, co zbudowali nasi ojcowie” – deklamuje jeden z aktorów. I dopytuje, o co tu chodzi, bo chyba nie o rozbiórkę dekoracji na scenie? Reżyser proponuje wykreślenie tego wątku, skoro jest niejasny. „Nie mogę za panem trafić w skreśleniach. Jakby uciekł mi sens” – żali się Krzysztof reżyserowi. „Skróty są konieczne” – uspokaja go mistrz. Z próby na próbę Krzysztofowi coraz bardziej ciąży wymarzona rola. Ale nie może się zbuntować – jest przecież aktorem.

Znajomy Krzyśka ze studiów nie ma takich dylematów – gra w dużym mieście, ma publiczność, zarabia dobre pieniądze i dziwi się koledze, że nie wyjedzie z tej dziury. Ale Krzysiek jest idealistą, nie chałturzy. Raz zagrał i się zbłaźnił. Jemu o coś chodzi. Widzi teatr ogromny. „Musimy coś zrobić, co by od nas zależało. Zważywszy, że dzieje się tak dużo, co nie zależy od nikogo” – mówi na swoją obronę. W dniu premiery przedstawienia Krzysztof na przekór wytycznym deklamuje ze sceny wykreślony przez reżysera monolog. „Prowincjonalny beton, sfrustrowany drobnomieszczanin” – rzuca z politowaniem reżyser pod adresem buntownika bez powodu. Ta wolta kosztowała aktora karierę. Nie dostanie szansy zagrania w dużym teatrze, nigdzie nie wyjedzie. Zostanie tutaj, na prowincji i dalej będzie grywał marne rólki przed pustą widownią. „Zmienię zawód – będę studiował medycynę” – konkluduje bliski załamania Krzysztof. Kurtyna.

Takich Krzysztofów na polskiej prowincji jest zapewne więcej. Tego 40 lat temu wymyśliła Agnieszka Holland i w reżyserskim debiucie „Aktorzy prowincjonalni” postawiła przed dylematem: być konformistą i robić karierę czy pozostać wiernym ideałom i robić sztukę. I dziś nie ma satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie. Kultura kwitnąca w cieniu wielkich miast to raczej sztuka zawierania kompromisów – z biznesem, z samorządem, z widzem. Kto na tym zyskuje, a kto traci? Zapuściłem się w teren, by to sprawdzić.

Elbląg za daleko od szosy

W ubiegłym roku elbląska kultura poniosła niepowetowaną stratę. Nowa ekipa rządząca wymiotła ze stanowiska prezesa Grupy Lotos Pawła Olechnowicza, którego zastąpił zaufany człowiek dobrej zmiany. Zmiana nie wyszła Elblągowi na dobre, bo potentat paliwowy zakręcił kurek i strumień pieniędzy od lat płynący wartkim nurtem do organizacji odpowiedzialnych za robienie dużych imprez w mieście przestał nawet kapać. Susza dotknęła Międzynarodowy Festiwal Tańca Baltic Cup, Elbląskie Noce oraz Letnie Ogrody Polityki – wydarzenia kulturalne, które są od dawna oczkiem w głowie mieszkańców. Rezygnacja Lotosu, choć bolesna, wpisuje się w dobrze znany scenariusz, do którego miejscowi zdążyli przywyknąć.

– Był czas, kiedy browar EB i elektroenergetyczny koncern ABB mocno wspierali u nas kulturę. Obecna była tu duża firma transportowo-energetyczna Alstom. Ale te czasy minęły. Dwa lata temu General Electric przejął Alstom i teraz woli kopać studnię w Sudanie niż inwestować w Elbląg. Nie ma też EB, a ostatnio wycofał się Lotos, bo nowa władza wyczyściła spółki Skarbu Państwa. A my na tych ruchach tracimy sponsorów – narzeka Jacek Nowiński, dyrektor Biblioteki Elbląskiej, która patronuje Letnim Ogrodom Polityki. Odpływu wielkiego biznesu nie sposób zatamować. Rok temu z finansowania Elbląskiej Orkiestry Kameralnej wycofał się Siemens.

O pieniądze coraz trudniej. Coś skapnie od prezydenta miasta, coś od marszałka województwa, ale nie są to powalające kwoty. Prezydent robi, co może. Wygrał wybory z poparciem PSL, ale jest niezależny i – jak mówią – w dodatku fachowiec, a ludzie bystrzy i spoza układów zawsze mają pod górkę. Na razie sprząta po poprzednikach – z PiS i PO, którzy zaciągali kredyty, ale ich nie spłacili. Najpierw trzeba więc oddłużyć miasto, a dopiero później zająć się kulturą. Nowiński nie może, niestety, liczyć na ministerialne środki, bo podległy resortowi Instytut Książki zaczął krzywo patrzeć na jego festiwal. – Skrzywił się, że mamy niewłaściwą nazwę. Letnie Ogrody Polityki za bardzo skojarzyły mu się z tygodnikiem „Polityka” i zrobił się kłopot. Niestety, przy ocenie wniosku o dofinansowanie z Instytutu Książki dostaliśmy tylko dwa punkty za zdolność organizacyjną. Dwa punkty po kilkunastu latach doświadczenia w organizowaniu festiwalu. Przecież nie zmienimy teraz nazwy – denerwuje się Nowiński.

Problem Elbląga tkwi w liczbie ludności. To nie Warszawa, Kraków, Wrocław czy Trójmiasto. Duże metropolie konsumują ogromną część budżetu urzędu marszałkowskiego, a reszta województwa musi zadowolić się resztkami. W Pomorskiem tyko 8 proc. środków idzie w teren, bo prawie wszystkie pieniądze zagarniają potentaci – Gdańsk, Gdynia, Sopot. Na Mazowszu Warszawa zasysa ok. 70 proc. ze wspólnej kasy, o pozostałe 30 proc. musi toczyć bój aż 85 pomniejszych miast. Elbląg zamieszkuje 120 tys. mieszkańców, przez co miasto nie ma rozbuchanego budżetu ani nie kwalifikuje się do programów pomocy dla niewielkich gmin. Gdyby było inaczej, koszt organizacji Letnich Ogrodów Polityki można by sfinansować z ministerialnych środków w ramach funduszu Biblioteka+. Sęk w tym, że resort pochyla się jedynie nad potrzebami maluczkich (program obejmuje miasta i wsie do 50 tys. mieszkańców), a średniacy muszą zatroszczyć się o siebie sami.

W ubiegłym roku, kiedy Lotos wykonał nieoczekiwany zwrot, jeszcze jakoś udało się posklejać festiwalowy budżet z programem artystycznym. Na LOP do Elbląga przyjechały teatry uliczne, zorganizowano kilka koncertów, ale teraz nie wiadomo, czy ktokolwiek godny uwagi przyjedzie zagrać. – W dobrych czasach mieliśmy 250 tys. zł na festiwal. Można było zaprosić T.Love, Kazika czy Pablopavo. Lotos dokładał jedną czwartą całej kwoty, dziś posiadamy tylko 10 proc. tej sumy. Z pieniędzy, które mam na książki, nie ufunduję koncertów. Niestety, nie nazywam się Penderecki, nie dostanę nic od ministra – rozkłada bezradnie ręce dyrektor Biblioteki Elbląskiej.

A sieczki – jak mówi pogardliwie o sztuce niskich lotów – w Elblągu robić nie zamierza. Choć festynowych atrakcji w mieście coraz więcej. Furorę robi cyrk, do rozpuku bawią kabarety dalekie od finezji „Ucha prezesa” i ciągle przybywa amatorów zabaw rycerskich. Wprawdzie o gustach się nie dyskutuje, ale w Elblągu w ogóle zaczyna brakować poważnych tematów do rozmów. – Klasa średnia jest mało zainteresowana kulturą. Ona tylko co pół roku zmienia w leasingu samochód na większy i stołuje się na mieście. Albo chodzi na squasha, siłownię i pobiegać. A jak na urlop – to tylko za granicę. Ambitniejsza kultura jej nie obchodzi. Ludzie hodują w sobie inżyniera Mamonia albo nawet gorzej. Coraz częściej słyszy się: „Już raz widziałem, więc nie oglądam” – relacjonuje Nowiński. Uważa, że nie ma dla kogo robić sztuki na poziomie. Niby coś drgnęło w środowisku seniorów, bo starsi zaczęli się w końcu aktywizować, ale brakuje ludzi młodych. Emigrują – dokąd się da, byle dalej stąd. W mieście było ok. 10 tys. studentów, ale teraz zostały po nich puste ulice, które zaludniają się jedynie w czasie juwenaliów. No i raz do roku podczas miejskich sylwestrów. Kultura wyższa i alternatywna przestała zasługiwać na rechoczącego z kabaretowych skeczów widza. Uciekła przepłoszona i już tu nie zagląda, jak ci rejterujący inwestorzy. Elbląg – jak podkreślają miejscowi – leży po prostu za daleko od szosy.

Kwidzyn bez kompleksu prowincji

Kultura na prowincji ma różne oblicza – przeważnie oddolnych inicjatyw o charakterze sąsiedzko-towarzyskim dla zabicia czasu albo podejmowanych w celu nakłonienia do działania różne grupy społeczne. Osławione domy kultury poszerzają horyzonty, realizują zajęcia dla chętnych lub chcą zrekompensować deficyty odczuwalne przez zbiorowość odseparowaną od dużych ośrodków miejskich. I tak, przykładowo, dzieci uczęszczają na warsztaty z rysunku, pogłębiając talent, który w pełni nie rozkwitnie w ciasnych ramach szkolnej podstawy programowej, a seniorzy szydełkują, lepią garnki lub malują na szkle, aby tylko choć na chwilę wyrwać się z pustego domu.

Ale dzisiejsza prowincja coraz mniej przypomina tamtą z filmu Holland – przaśną, zaściankową, która kojarzy się z zapadniętym skansenem, a nie prężnym ośrodkiem kultury z autorskim przeglądem albo festiwalem wyrastającym wysoko ponad społeczność lokalną. Regiony rosną w siłę i skutecznie promują swój przekaz kulturowy w skali całego kraju, chociaż w kwestii nazewnictwa nadal ciąży nad nimi językowy stygmat rodem z PRL. – Znaczeniowo kwestia kultury lokalnej z perspektywy internetu i także dużych miast nadal postrzegana jest jak swoista cepeliada, czyli kicz – mówi Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS. – Takimi określeniami posługuje się przeciętny Polak. Gdy rozmawiam ze studentami o kiczu czy o sztuce ludowej, pojęcia te są konotowane pejoratywnie – jako coś krzykliwego, brzydkiego, niestosownego. Jako niesztuka.

W 40-tysięcznym Kwidzynie dawno przepracowano kompleks prowincji. Miejscowi od 16 lat mają swój festiwal Animo, który z lokalnej poczwarki błyskawicznie przedzierzgnął się w pięknego motyla podziwianego dziś przez międzynarodową publiczność. Tu nie trzeba na siłę szukać lokalnego guru i zachwycać się jego rękodzielniczą sprawnością w nawlekaniu koralików na sznurek – tu się robi wyrafinowaną sztukę. I wolną od układów. Co jest zwykle nie do pomyślenia w oplecionym siecią polityczno-biznesowych zobowiązań interiorze, gdzie kultura często służy załatwianiu szemranych interesów. Ale nie tutaj. – Animo jest perłą Kwidzynia. Bez polityki i biznesowych gierek. Buzia, rąsia, klapa, goździk – to nie u nas. Tu nigdy nie wychodził na scenę żaden prezydent, burmistrz ani starosta. I nigdy z tego powodu nie mieliśmy żadnych problemów. Nie stawiamy pierwszych rzędów czy ławeczek dla VIP-ów. Burmistrz dostaje zaproszenie na otwarcie festiwalu, ale na część artystyczną kupuje bilet, płaci, wchodzi i uczestniczy w wydarzeniu. Pierwszego dnia jest oficjelem, następnego widzem. Nasza władza nie nadużywa władzy, nie korzysta z przywilejów – zapewnia Piotr Stec, menedżer Sceny Lalkowej im. Jana Wilkowskiego w Kwidzynie.

Niechęć do fraternizowania się z decydentami pozwoliła twórcom wybić się na niezależność. Organizatorzy festiwalu upatrują w tym same zalety, bo to oni mogą dyktować warunki gry. Zapraszają więc prywatne teatry czy zespoły muzyczne zawiadywane przez stowarzyszenia i fundacje. Wszystko mieli się tu z dala od mainstreamu, w pozainstytucjonalnym nurcie i ma oryginalną oprawę. Spektakle dalece odbiegają od utartych nudnych standardów, bo organizatorzy namawiają zagranicznych gości, żeby grali w ojczystym języku. I tak kwidzyńska widownia słucha monologów po szwedzku, hiszpańsku, chińsku czy japońsku. Bo sztuki można nie rozumieć, ale trzeba ją poczuć. I ludzie czują – przychodzą, słuchają, a później toczą ożywione dyskusje w klubie festiwalowym. Ale też polemizują, bo do Kwidzynia nie przyjeżdżają bezbarwni artyści.

Są sztuki odważne, kontrowersyjne, nawet lekko skandalizujące, ale nikt tu nikogo nie obrzuca kalumniami, nie bojkotuje występów, nie zagradza transparentami wejścia na scenę, nie napuszcza obrońców moralności na obrońców wolności słowa. – Jesteśmy wolni od nacisków politycznych i kościelnych. Zdarzają się przedstawienia o tematyce religijnej, ostre, zmuszające do refleksji, ale nikt nas nie obłożył anatemą. Raz na spektakl specjalnie pofatygował się ksiądz, bo ze sceny miały paść przekleństwa. Przedstawienie „Bąbel” było lapidarną spowiedzią alkoholika, ale księdzu się spodobało, nie miał żadnych zastrzeżeń – opowiada Stec.

Na frekwencję zresztą trudno narzekać – w ubiegłym roku przez pięciodniowy festiwal przewinęło się 4 tys. osób, czyli przyszedł co dziesiąty Kwidzynianin. To też pokłosie zainicjowanej trzy lata temu akcji, podczas której wolontariusze dotarli z informacją o festiwalu do 87 proc. mieszkańców. Bo w Kwidzynie nie zaprasza się z billboardów postawionych przy jezdni, tylko indywidualnie, bezpośrednio, wprost, sposobem Owsiaka – na ulicy, w kawiarni, w galerii handlowej. Podchodzi się do człowieka i z nim rozmawia.

Początkowo miasto miało dużo więcej do powiedzenia, bo wkładało 98 proc. środków do wspólnego garnka, ale wtedy festiwal dopiero rósł. Teraz ma międzynarodową markę i podąża tropem Teatru Muzycznego w Gdyni, który więcej zarabia na sprzedanych biletach i aliansach biznesowych, niż zyskuje na współpracy z miastem. Cały miejski budżet Kwidzynia szacuje się na 140 mln zł, z czego ok. 5,5 mln zł idzie na kulturę. Pierwsze w kolejce po pieniądze jest Kwidzyńskie Centrum Kultury (4 mln zł), później biblioteka publiczna (1 mln zł), a o resztę puli walczą w konkursach grantowych organizacje pozarządowe, czyli m.in. właśnie stowarzyszenie Scena Lalkowa im. Jana Wilkowskiego, która robi Animo. Robi pasjonacko, przy pomocy czterech osób, które nawet nie są na etatach. I nic na tym nie zarabia, stara się co roku wyjść na zero. – Zarabiamy gdzie indziej – ucina Stec. – Tylko raz musieliśmy dołożyć. Pieniądze na festiwal zdobywamy z różnych źródeł – wspierają nas ambasady krajów, z których przyjeżdżają artyści, korzystamy z Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego, z funduszy skandynawskich. Miasto daje ok. 50 proc. Ze sprzedaży biletów oraz z donacji od lokalnych biznesmanów jesteśmy w stanie łącznie uskładać jedną czwartą potrzebnej sumy.

Biznes w Kwidzynie odważniej wchodzi w kulturę niż samorządy trzęsące się ze strachu przed nadzorującymi je regionalnymi izbami obrachunkowymi. Władza lokalna musi w dobie rządów PiS dwa razy oglądać każdą wydaną złotówkę, bo organy kontrolne ponoć stały się szczególnie skrupulatne. Przedsiębiorcy nie muszą być tak chorobliwie ostrożni. I nie są, ale trzeba umieć do nich trafić, co też jest sztuką, której nie da się wyreżyserować raz a dobrze. – Kultura nie potrafi rozmawiać z biznesem. Organizatorzy imprez mówią: „Dzień dobry. Przyszedłem po pieniądze”. Zamiast: „Chcemy zrobić zajęcia integracyjne dla rodzin z państwa korporacji”. Do niektórych firm chodzę od siedmiu lat i jeszcze niczego od nich nie dostałem. W tym roku przyjdę po raz ósmy. I tak do skutku – zarzeka się Stec.

Grunt, że jest do kogo wydeptywać ścieżki. Jedna trzecia Kwidzynia to strefa ekonomiczno-biznesowa. W mieście działa ogromna fabryka papieru, wokół której skupia się mnóstwo koncernów z zagranicznym kapitałem – amerykańskim, chińskim, włoskim, holenderskim. Z nimi łatwiej się dogadać, bo sojusze kulturalno-biznesowe w Azji, Ameryce, na zachodzie Europy to normalka. Ale nie ma nic za darmo. Chcecie kasę na festiwal? Dajcie coś od siebie. Stąd bonusy dla pracowników firm w postaci warsztatów plastyczno-teatralnych dla żon i dzieci odseparowanych od mężów i ojców zatrudnionych w Kwidzynie. Dzięki tej ofercie kulturowej udało się ściągnąć do miasta całe rodziny inżynierów, na czym skorzystały i lokalny biznes (pewność, że pracownik nie wyemigruje za inną pracą, skoro ma rodzinę u boku), i lokalna kultura (wzrost festiwalowej frekwencji). Są już nowe pomysły, jak tę przyjaźń wielkiej sztuki z wielkim kapitałem pielęgnować – rozważany jest system payroll, który ma polegać na dobrowolnym odprowadzaniu drobnych kwot po przecinku od comiesięcznych wynagrodzeń pracowników z zakolegowanych firm na rzecz festiwalu. Pracownicy tego nie odczują, a dla Animo każdy grosz się liczy.

Leszno politycznie pogodzone

Skąd brać środki na kulturę to nie tylko lokalny problem. To temat ogólnopolski, który odżywa zwłaszcza przy okazji stadionowych koncertów zagranicznych gwiazd. Nawet niewielkie miasto, oszczędnie dotąd gospodarujące finansami, dokłada wszelkich starań, aby igrzyska jednak się odbyły. A jeśli jeszcze za pasem są wybory, politycy wykazują niebywałą aktywność w znajdowaniu nieistniejących sum. Bo na co dzień udają zatroskanych społeczników, którzy mają dobre chęci, lecz puste kieszenie. – Trudno mi powiedzieć dlaczego, ale zwykle na działania dotyczące kultury jest zbyt mało funduszy. Być może pokutuje wśród polskiego społeczeństwa ciągła potrzeba gonienia Zachodu w sensie ekonomicznym i to powoduje, że w mniejszym zakresie zwracamy uwagę na kwestie niematerialne. Często także na stanowiskach zarządczych obsadzane są osoby, które koncentrują się na sprawach ekonomicznych. W tym właśnie upatruję brak porozumienia między osobami decydującymi o finansach a animatorami kultury – tłumaczy Bulaszewska.

W uprzywilejowanej sytuacji jest Leszno – kolebka muzyki barokowej i mała ojczyzna poety i dramatopisarza Stanisława Grochowiaka. Tamtejszy Teatr Miejski założono rok temu. Powstał dzięki porozumieniu prezydenta miasta (koalicja PiS ze stowarzyszeniem PL 18) z urzędem marszałkowskim (PO-PSL), więc ma dwóch ojców karmicieli, którzy obiecali wspólnie łożyć na pierwszy publiczny teatr w mieście. – Wcześniej to była instytucja marszałkowska – mówi twórca i dyrektor teatru Błażej Baraniak. – Ale marszałek przekazał ją miastu z całym majątkiem i wraz z dotacją pod warunkiem, że przez 10 lat miasto będzie dokładało drugie pół. Obie instytucje trzymają się w szachu, co jest korzystne dla teatru.

Dotacja składa się na budżet w wysokości 2,8 mln zł – najniższy z możliwych, jeśli chodzi o teatry publiczne w Polsce. Początki były trudne, bo poprzedni prezydent nie był zainteresowany teatrem w Lesznie, ale władza się zmieniła i powiały sprzyjające wiatry. Radni, którzy byli w kontrze, również zmiękli. Lepiej było się dorzucić i skorzystać z już gotowej infrastruktury niż budować teatr od podstaw, za 40 mln zł. Dobrze, że się dogadano, bo na tej ponadpartyjnej zgodzie skorzystali lesznianie. Ludzie już nie muszą jeździć do Poznania czy Wrocławia w poszukiwaniu kulturalnych rozrywek – mają je u siebie, na wysokim poziomie. Czechow, Gombrowicz, Mickiewicz – jest w kim wybierać. Jest grupa 200 osób, która nie opuszcza żadnej sztuki, reszta pisze własne recenzje ze spektakli na Facebooku, a seniorzy otwarcie przyznają, że do tej pory nie byli w teatrze, a teraz będą regularnie przychodzić i już zostaną.

Według szacunków aż jedna trzecia miasta zawitała do nowego teatru. Może to tylko efekt świeżości i z falą entuzjazmu wkrótce spadnie też frekwencja. A może to już twardy elektorat i – jak mówi żartobliwie dyrektor artystyczna Beata Kawka – dałoby się z niego stworzyć partię polityczną. – Przed wojną w Lesznie ścierały się trzy żywioły: polski, niemiecki i żydowski, ale miasto liczyło ledwie 25 tys. mieszkańców. Później Gierek wymyślił tu województwo i Leszno urosło. Teraz to powiatowe miasteczko zasiedlone przez zamożnych mieszczan, ale bez przemysłu – same banki, lumpeksy i prywatne uczelnie. Jak powstanie w końcu trasa S5, stanie się sypialnią Wrocławia i Poznania – prorokuje Baraniak.

Na razie gwar nie milknie, a miasto nie zasypia, bo tu się budzi do życia wielka sztuka. Gdyby filmowy Krzysztof mieszkał w Lesznie, nie musiałby marzyć o wyjeździe do wielkiego teatru. Miałby go na miejscu.