Słucha pan jeszcze Trójki?

Rzadko.

Dlaczego?

Niech pani zgadnie?

To ja się pana pytam?

Byłem nawet niedawno w Trójce na koncercie z okazji 30-lecia pracy artystycznej Andrzeja "E-molla" Kowalczyka, mojego kumpla sprzed lat, z którym zaczynaliśmy działalność estradową jeszcze w latach ‘70. O zgrozo! Przyszedłem do studia im. Agnieszki Osieckiej i poza Zosią Sylwin, która zawsze odpowiada za organizację tych koncertów i jest cudownym, dobrym duchem tego radia, nikogo ze znajomych nie spotkałem, a przy takich okazjach widywałem ich zawsze. Czułem się jak onegdaj na koloniach - pamiętam ośrodek wypoczynkowy, który tętnił życiem, był fantastyczny i roześmiany, zawsze coś się w nim działo, i nagle, gdy kolonie się kończyły, wymierał. Niestety właśnie taką Trójkę zastałem. Nie jestem w stanie słuchać jej wiadomości, tak jak nie jestem w stanie oglądać wiadomości w TVP1, a nie daj Bóg w TVP Info. To, co widzę dziś, przypomina mi jeden do jednego czasy komuny, a pamiętam je niestety doskonale.

To co pan ogląda?

Generalnie nie oglądam telewizji. Jeśli włączam, to tylko jak jestem poza domem, w jakimś hotelu, jak mnie już oczy bolą od czytania, to wtedy sobie pstryknę. Ale zazwyczaj szybko wyłączam.

Myślałam, że ogląda pan program, który prowadzi żona, czyli "Pytanie na śniadanie".

Proszę nie mówić tego żonie, ale nie oglądam, bo jest za wcześnie (śmiech). O tej porze śpię, kiedy tylko mogę. Budzę się, gdy ona jest już w domu.

Wracając do Trójki. Pan tego stanu "wymarłego ośrodka" nie doczekał, bo jako jeden z pierwszych powiedział "do widzenia".

Mam wprawę, bo to nie był pierwszy taki raz. Gdy poprzednio zabrano Magdę Jethon, fantastyczną dyrektor Trójki, także "zabrałem" swój głos z dżingla reklamującego stację. Gdy wróciła Magda, wróciłem i ja. Teraz nadziei na powrót, zarówno mój, jak i Magdy jako dyrektor, mam o wiele mniej. Szkoda mi Trójki, bo słuchałem jej już jako bardzo młody człowiek. Jestem poniekąd jej równolatkiem. Jej zawdzięczam gusty muzyczne. Lubiłem jej inteligencki sznyt. Zabrano mi stację, z którą się utożsamiałem, w której bywałem i czułem się jak u siebie. Może niepotrzebnie? Może bez sensu jest przywiązywać się do czegokolwiek, a już na pewno do radia? Boję się, że wszyscy, którzy odeszli, raczej w tej konstelacji nie powrócą.

Andrus, Kantereit, Zimiński. Żal ich panu?

Tak, dlatego, że znam tych ludzi. Wiem, że dla nich odejście było dużo trudniejsze, niż moje zabranie głosu z dżingli. Dla mnie to był jeden gest, dla nich – rozstanie z częścią realnego życia. Rozmawiałem z Arturem Andrusem kilka dni po tym, jak został w pewien sposób zmuszony do odejścia, i nie była to pozytywna rozmowa. Artur robił dobrą minę do złej gry. Widać było, że go to osobiście bardzo dotknęło. Najlepiej całą sytuację opisują słowa prof. Bralczyka: "Jesteśmy jednym krajem, jednym narodem, ale dwoma plemionami", i to jest niezwykle smutne. Głos dyrektora Trójki jest głosem tamtego plemienia, a nasze głosy – innego. Nie sądzę, żebyśmy byli w stanie się porozumieć.

Śledzi Pan to, co się dzieje wokół PISF-u? Najpierw odwołanie Magdaleny Sroki z funkcji dyrektora, teraz wybór jej następcy?

Śledzę w ograniczony sposób. Nagrywaliśmy ostatnio w towarzystwie fantastycznych osób audycję poświęconą Krzysztofowi Kieślowskiemu. To był dzień, kiedy decydowało się to, kto będzie kandydatem na to stanowisko, i nie powiem, żeby to były szczęśliwe osoby. Nie ma o czym mówić. Możemy wymieniać różne instytucje, dochodząc do Sądu Najwyższego, w których dzieje się źle.

Ale PISF branżowo jest Panu najbliższy…

To prawda, ale ja jestem dopiero w którymś szeregu. Najbardziej może na tym ucierpieć nasza kinematografia. Jeden ze starszej daty operatorów powiedział, że po tych ponad dwudziestu latach dorobiliśmy się fantastycznego młodego i średniego pokolenia twórców, którzy potrafią się w tej naszej rzeczywistości rewelacyjnie poruszać. Umieją robić filmy, pisać scenariusze. Ale doktryna, którą próbuje się narzucić, może spowodować, że ze względu na kryteria niektórym będzie trudno zrobić film w sposób przez siebie wymyślony. Podobało mi się to, jak PISF do tej pory rozdzielał te dotacje. Pamiętając, że był to subiektywny wybór pewnego grona ludzi, wydaje mi się, że nie był najgorszy. Po obejrzeniu w tym roku na festiwalu w Gdyni kilku filmów byłem naprawdę zbudowany. To są trzydziestokilkuletni ludzie, którzy robią filmy na poziomie światowym na tyle, na ile pozwalają im finanse. Chodzi o to, aby nie zepsuć kolejnej rzeczy, na którą przez te 27 lat od momentu odzyskania wolności ciężko zapracowaliśmy, czego to drugie plemię, o którym wspominałem, nie chce przyjąć do wiadomości.

Jest pan bardzo krytyczny, ale nie protestuje pan, jak pana koledzy i koleżanki. Nie widać Pana ani w kampanii przeciwko reformie sądów, ani tym poświęconym kulturze jak "Kultura Niepodległa".

Bo ja nie jestem typem rewolucjonisty. Nie lubię wojować. Fakt, że o tym rozmawiamy, to i tak odstępstwo od moich zasad. Mam swoje zdanie, swoje poglądy, ale nie mam zbyt wielkiego przekonania, że to może cokolwiek zmienić. Na marsze nie chadzam i chadzać nie będę, chyba że sytuacja tak by się zradykalizowała, że siedzenie w domu byłoby rodzajem bierności, leżącej poza marginesem wszystkiego. W latach ‘80 też nie miałem w sobie takiego imperatywu by pójść na demonstrację. Myślę, że są ludzie, którym lepiej to wychodzi.

Śledzi pan to, co dzieje się w polityce? Np. wokół reformy sądownictwa?

Sądziłem, że uda mi się trzymać od niej jak najdalej, zajmuję się czymś, co leży na innym biegunie. Ale to bardzo trudne. Mam nadzieję, że sądy mimo wszystko będą sądzić sprawiedliwie i rzetelnie. Kiedy stan wojenny zastał mnie w szkole aktorskiej, wraz z kolegami staraliśmy się po prostu zajmować tym, co do nas należało. Dziś, choć chyba jest trudniej, też staram się robić swoje - chodzę na uczelnię, nie wdając się w dywagacje natury politycznej, gram w teatrze, a gdy przychodzę do domu, nie włączam telewizora, tylko kupiony półtora roku temu gramofon i szczęśliwie niewyrzucone czarne płyty, które zachowałem, kiedy większość z nas się ich pozbywała jako rzeczy zbędnej. Siedzę sobie i ich słucham. Znajduję w tym naprawdę dziką radochę, choć moja małżonka jej nie podziela, bo ona jest człowiekiem czynu, a ja bym najchętniej posiedział, pogapił się przed siebie i tak sobie "poumierał" (śmiech).

Czego pan słucha?

Wszystkiego poza rapem, aczkolwiek i do niego się przekonałem, bo jako człowiek uwrażliwiony muzycznie, zastanawiałem się, na czym polega fenomen tej muzyki bez muzyki. Mój syn Tadeusz miał taki moment, kiedy słuchał rapu, więc poprosiłem go, żeby mi nagrał ze dwie płytki. Długo się w to wsłuchiwałem, aż stwierdziłem, że rzeczywiście ma to sens.

A poza rapem?

Słucham dużo klasyki i muzyki filmowej. Mam w Warszawie całą pajęczynę antykwariatów. Każdy z właścicieli ma mój numer telefonu i dzwoni, gdy pojawia się coś fajnego. Mam też pana Dominika, od którego kupiłem gramofon i który na internecie zna się lepiej ode mnie. Nie ukrywam, że jestem starym pierdzielem i nie zamierzam tego zmieniać, bo nie będę się na stare lata reformował. A pan Dominik wyszukuje mi wszystkie płyty, jakie sobie zamarzę. Ściąga mi je za całkiem przyzwoite pieniądze.

Może pan liczyć na zniżki w tych antykwariatach?

Jak najbardziej, a poza tym lubię się targować. To fajna towarzyska okoliczność.

Zobaczymy pana w filmie "Pitbull. Ostatni pies". Dlaczego zdecydował się pan na udział w tej produkcji?

Po pierwsze, taką mam robotę. Po drugie, bo robi to Władek Pasikowski. Nie mam nic przeciwko Patrykowi Vedze, nigdy go nie poznałem i z nim nie pracowałem, ale Władkowi po prostu nie odmawiam. Zrobiłem z nim parę niezłych rzeczy i bardzo lubię z nim pracować. A po trzecie, fajnie jest wystąpić w "Pitbullu". Gram epizodzik, kwiatek do kożucha, bardzo specyficzny. Ale nie będę spoilerować.

A "Botoks" pan widział?

Nie, ale słyszałem tyle negatywnych opinii, że chyba już nie obejrzę. Coraz mniej lubię oglądać filmy, spektakle, ale i czytać książki, po których zostaje mi w głowie, że ludzie są źli, okropni i wszystko jest do dupy. Szukam pozytywów, w całej tej małopozytywnej sytuacji. Myślę, że świat zwariował i balansuje na granicy rozsądku.

Wiele osób zżyma się na to, że w "Pitbullu" wystąpi Doda. Panu to przeszkadza?

A dlaczego ma mi przeszkadzać? Jeśli ktoś, kto nigdy nie był taksówkarzem z dnia na dzień może wziąć odpowiedzialność za pasażera i wozić go po mieście, to dlaczego ludzie, którzy nie odbyli studiów aktorskich, mają nie grać w filmach? Miejscem, do którego dostęp jest ograniczony, jest teatr. On weryfikuje bezlitośnie. Mało znam przypadków ludzi bez studiów aktorskich, którzy radzą sobie na jego deskach. A co do Dody… Jej rola byłaby wyzwaniem dla każdej aktorki. Jestem ciekaw, co ona z tym zrobi i jak Władek, który jest bardzo oszczędny w prowadzeniu aktorów, przeprowadzi panią Dorotę przez gąszcz komplikacji w historii jej postaci.

Trzeba bywać i fotografować się na tzw. ściankach, żeby być w grze, dostawać role?

Myślę, że nie trzeba, ja całe życie obywałem się bez tego. Ale takie mamy czasy, że być może od czasu do czasu warto się pokazać. Coraz częściej udział w akcjach promocyjnych jest elementem naszych umów, a wtedy nie ma możliwości, by na tej ściance nie stanąć. Uśmiechnę się, zapozuję, pójdę dalej, wypiję kieliszek wina.

A do tych tabloidów, które ostatnio często o panu piszą, zagląda pan?

Staram się tego nie robić. Nie przyjmuję tej rzeczywistości do wiadomości. Nie zaglądam też do żadnych komentarzy na portalach plotkarskich. Nie chcę sobie psuć humoru. Według mnie jest masa sfrustrowanych ludzi, którzy leczą w ten sposób swoje kompleksy. Są też ludzie, którzy hejtowaniem zajmują się zawodowo i za pieniądze są w stanie zrobić wszystko.

Pana żonie zdarza się wypowiadać w tabloidzie. Nie ma pan ochoty jej powstrzymać?

Zdumiałbym panią, ale żona wypowiada się niezwykle rzadko. Czasem ją temperament zagoni i coś bąknie, co ma szalone reperkusje, jest cytowane, mielone przez dłuższy czas. Prowadzimy mały prywatny spór – ja żeby ograniczyć jej obecność w mediach tabloidowych, a ona, by wyjaśnić, jak jest naprawdę. Ja wolałbym się nie wychylać, chociaż jestem już na granicy zabrania głosu i opowiedzenia o mojej sytuacji osobistej, widzianej z mojego punktu widzenia. Jeszcze do tego nie dojrzałem.

Wracając do spraw zawodowych - wspomniał pan o uczelni. Co panu daje bycie "profesorem"?

Do tego tytułu jeszcze mi daleko. Na razie piszę doktorat.

Z czego?

Z tego, czego staram się nauczać od ponad 20 lat i co mnie od 40 lat zajmuje zawodowo, czyli interpretacji piosenki. Mówiąc nieskromnie, uważam, że nieźle mi to wychodzi. W tym doktoracie "chwalę się" dwoma bardzo ważnymi dla mnie przedstawieniami: pierwsze to "Zimy żal" z 1989 roku z piosenkami z Kabaretu Starszych Panów, a drugie - "Big Zbig Show", który jest pastiszem 18 PRL-owskich festiwali. Odwołuję się też do "Zamachu na Mozarta", który zrobiliśmy 10 lat temu, i który do dziś jest grany na deskach Teatru Syrena.

A jak jest z tym nauczaniem?

To, że uczę, jest wynikiem przypadku. Pewnego razu Jan Englert, będąc rektorem PWST a teraz Akademii Teatralnej, zaproponował, żebym spróbował swoich sił. Nie było to łatwe, bo wszedłem na miejsce prof. Aleksandra Bardiniego, który odchodził na emeryturę. Zaprosiłem go na pierwszy egzamin. Dostałem wtedy od niego fantastyczną recenzję, której się nie wstydzę i do dziś opowiadam o niej studentom. Bardini ocenił mnie tak: "Pcim Dolny, ale będą z pana ludzie". Mam nadzieję, że od tego Pcimia kawałek odjechałem, robię wszystko, by studenci wyszli na ludzi.

To prawda, że magisterkę zrobił pan po 26 latach właśnie po to, żeby uczyć?

Chyba po 23, ale mniejsza o szczegóły (śmiech). To było bardzo zabawne doświadczenie, bo w komisji egzaminującej siedział promotor, mój przyjaciel, Wojciech Malajkat. Nikt nie zadał mi żadnego pytania, tylko sobie miło i sympatycznie rozmawialiśmy.

Współcześni studenci mają łatwiej, niż pan miał?

Teoretycznie mają dużo większe możliwości samorealizacji. Gdy ja kończyłem szkołę w 1985 roku, ambicją każdego z nas było znalezienie etatu w dobrym teatrze, granie w dobrym zespole. Ja sam miałem nieludzkie szczęście dostać angaż już na czwartym roku studiów. Dziś studenci mają większe pole manewru, ale jak każdy wolny rynek, i ten jest dość okrutny. Tych, którzy kończą szkołę i się ich pamięta, jest dosłownie kilku. Miałem też kiedyś jedno smutne spotkanie. Siedziałem w ogródku restauracji przy Kruczej, kiedy podszedł do mnie bezdomny. Powiedział, że jest moim były studentem.

Jedną z możliwości, które daje wolny rynek, jest gra w serialach. Pan od tego stronił, ale w końcu dał się złamać i zagrał w produkcji "W rytmie serca". Dlaczego?

Z prozaicznych powodów. Po pierwsze, bo to naprawdę dobry projekt, który reżyseruje Piotrek Wereśniak, a za kamerą siedzi Jarek Żamojda, mój kolega ze studiów. Postać, którą gram, jest inna od tych, do jakich przyzwyczaiłem widzów. Wcielam się w czarny charakter. Drugi powód to finanse, trzeba z czegoś żyć i płacić rachunki.

Można jednak odnieść wrażenie, że na ekranie nie pojawia się pan zbyt często.

Podzielam pani zdanie, mogłoby mnie być więcej (śmiech). Nie wiem, na ile moja sytuacja osobista spowodowała, że mniej grywam w filmach, na ile to, że zmieniłem warunki. Jestem i starszy, i grubszy. Nie ma specjalnego zapotrzebowania na tego typu aktorów i, jak widać, nie dotyczy to tylko kobiet. Mimo to pracuję dosyć intensywnie. Gram w paru teatrach, od czasu do czasu jeżdżę ze swoim recitalem po Polsce, więc nie mam poczucia, że mnie brakuje. A za telewizją nie tęsknię. Jest we mnie pewien luz i spokój, że nikomu niczego nie zazdroszczę. Cieszę się też, że przestaję być rozpoznawalny. Życie "normalsa" bardzo mi odpowiada.

Gdyby pan miał wymienić reżyserów, dzięki którym pan zaistniał, byliby to?

Jerzy Grzegorzewski, bo to człowiek, który mnie ukształtował i nie ma w tym odrobiny przesady. Na pewno Kazimierz Kutz, z którym zrobiłem nieskończoną liczbę rzeczy zarówno w filmie, jak i Teatrze TV, oraz Krzysztof Kieślowski. Z wielu powodów. Nie do przecenienia jest to, że wszystkie moje roboty zagraniczne zawdzięczam udziałowi w "Białym" i w "Dekalogu". To filmy, które na świecie są doceniane, podobnie zresztą jak sam Kieślowski.

Widzi pan jego następcę w Polsce?

Jest całe mnóstwo reżyserów w średnim wieku, jak Wojtek Smarzowski, którzy spokojnie mogliby kręcić filmy oglądane na świecie. Tylko do tego potrzebne są pieniądze i odpowiednia promocja.

Nie boi się pan odbioru nie tyle pana roli, co całego nowego "Pitbulla"?

Coraz mniej jest rzeczy, których się boję. Łącznie z ostatecznym odejściem. To przychodzi z wiekiem. Mam dużo innych problemów na głowie.

A gdyby Pan mógł cofnąć czas, to zmieniłby Pan coś w swoim życiu?

Nie. Mam poczucie, że dostałem dużo więcej, niż oczekiwałem. Z perspektywy chłopca z małego miasteczka kipię ze szczęścia, że stało się, jak się stało.