O kanon kulturowy toczy się odwieczna batalia. Jedni poddają go nieustannej krytyce, redefiniują znaczenie, dopisują nowe konteksty lub próbują go ożywić. Drudzy wyznają zasadę, że świętości tykać nie należy, i w myśl tej reguły dążą do zachowania go w semantycznej formalinie, broniąc przed szkodliwym wpływem nazbyt śmiałych interpretacji. Za to wszyscy chcieliby o nim decydować na wyłączność.

Po dojściu do władzy obecnej ekipy rządzącej walka postu z karnawałem w kulturowym ringu przestała być dżentelmeńską wymianą ciosów. Obie strony opuściły gardę i czekają na nokaut. Obserwatorzy potyczki ściskają kciuki za swoich faworytów. Są pośród nich czytelnicy Olgi Tokarczuk, którym nie wadzi jej krytyczna recenzja historycznej roli Polaków jako prześladowców Żydów. Są widzowie "Klątwy" Olivera Frljicia wyrozumiali dla koncepcji teatru mówiącego głośno i bardzo wprost na każdy temat, nawet tak niewygodny jak religijność na pokaz. Są również fani miejskich instalacji, którzy rozumieją, że współczesna sztuka może opuścić muzealne mury i – choćby pod postacią palmy w środku miasta albo tęczy pod kościołem – prowokować do dyskusji zamiast kazać milczeć tak jak podczas wystaw wybitnych dzieł sztuki przeznaczonych wyłącznie do pokornej kontemplacji. A z drugiej strony ringu skandują recytatorzy politycznie zaangażowanej poezji Jarosława Marka Rymkiewicza, znawcy tematyki żołnierzy wyklętych zaimportowanej hurtem do kin oraz na koszulki czy też miłośnicy kultu smoleńskiego, którym przypadł do gustu film Antoniego Krauzego albo deklaratywne malarstwo Zbigniewa Dowgiałły – na osi społecznej emocji zdecydowanie wychylone w prawą stronę.

Po wygranych przez PiS wyborach w tym ideowym starciu przynajmniej optyczną przewagę osiągają obrońcy kultury utożsamianej z pielęgnacją tradycji, oskarżani przez liberalne grona o bogoojczyźniane zadęcie. Fakt, czołowi decydenci zwycięskiego obozu nie kryją konserwatywnych predylekcji. Co i rusz uświetniają swoją obecnością doniosłe z punktu widzenia ich interesu politycznego wydarzenia kulturalne.