Mira Suchodolska: Jak się narodził Sławomir, przez niektórych uważany za bękarta kultury?
Cześć, tu Sławomir. Ja urodziłem się normalnie, siłami natury, natomiast Sławomir rozumiany jako projekt muzyczny został poczęty i przyszedł na świat jeszcze podczas moich studiów w krakowskiej Wyższej Szkole Teatralnej. Już wtedy komponowałem, pisałem teksty, szukałem pomysłu na siebie. Podczas jednej kłótni z żoną, przyszła do mnie Megiera, nagraliśmy ją, zrobiliśmy videoclipa i wypuściliśmy do Internetu na Dzień Kobiet. W ciągu doby zrobiło się kilkadziesiąt tysięcy wyświetleń. Dlatego postanowiliśmy rozwinąć życie Sławomira.

To komfortowa sytuacja, zarabianie na obśmiewaniu współplemieńców. Robicie sobie jaja z Polaków, a oni uważają, że to supersprawa. Choć spotkałam się ze zdaniem, że psujecie narodowe uczucia estetyczne, gdyż gros waszych fanów przyjmuje Sławomira naskórkowo, takim, jak on się wydaje w pierwszym wrażeniu - megaburak popularyzujący umpa-umpa.
Umpa-umpa? Chyba ktoś nie zapoznał się z platynową już płytą Sławomira. Tam nie ma umpa-umpa. Brak zapoznania się z tematem, o którym wyraża się opinie, to ignorancja. To, co robię razem z moją ekipą, to, jak to kiedyś ktoś określił - jaja na poważnie. Rozumiem, że osoby, które nie mają podobnego do mojego poczucia humoru, mogą czuć się zagubione. Natomiast prawdą jest, że w swoich kawałkach naśmiewamy się z naszych narodowych wad, wyszydzamy je na wesoło. Śmiejemy się sami z siebie. Ktoś powiedział o mnie, że jestem takim polskim muzycznym Boratem. I tak właśnie jest, o to chodzi. Ale jeśli ktoś zobaczy w naszej twórczości siebie, swoje słabości i śmiesznostki - świetnie. Umówmy się, że jestem Stańczykiem naszych czasów. Błaznem, który w krotochwilny sposób opowiada o sprawach poważnych.

Dobrze brzmi, ten Borat, jeszcze lepiej Stańczyk. Ale prawda jest taka, że robicie to dla kasy. Sławomir to najlepiej sprzedający się produkt medialny. Czuć piniondz.
Czuć, nie narzekam. Ale prawda jest taka, że kiedy zaczynaliśmy, nie myśleliśmy o kasie. Gdybym był od początku nastawiony na monetyzację naszych działań, nic by z tego nie wyszło - kanał You Tube szybko weryfikuje. Ten nasz sukces, medialny i finansowy, ta cała zabawa jest wynikiem szukania swojego miejsca i odnalezieniem radości w pracy. Ciężkiej. I ludzie w to uwierzyli.

Oj, uwierzyli, głosują nogami. Ile widzów było na największym koncercie Sławomira?
110 tys. w Zakopanem. Podczas noworocznego koncertu zorganizowanego przez telewizję publiczną. W Kobylnicy latem 2017 roku pojawiło się ponad 80 tys. Tam organizatorem był Polsat. Ale są też niereklamowane wielkie koncerty, gdzie fani pojawiają się również tłumnie.
W zeszłym roku wystąpiliśmy na dożynkach w Kołaczycach koło Jasła. Organizatorzy spodziewali się publiczności na poziomie 1,9 tys., a przyjechało 15 tys. osób. Zrobiło się tam małe Woodstock. Kiedy gramy plenery, to zwykle pojawia się 10-20 tys. widzów.

I co dostają za swoją kasę?
Show, koncert, zabawę. Trwa od jednej godziny do półtorej, zależy jaka jest atmosfera, jak idą bisy, w jakiej formie my jesteśmy. Po koncercie zazwyczaj jest chwila na autografy i pamiątkowe zdjęcie, czasem zostajemy do ostatniego fana, a czasem uciekamy. Ale zazwyczaj państwo są zadowoleni.

Strasznie jesteście zarobieni.
Faktycznie, strasznie. Oprócz koncertów są role w filmach i serialach, programy tv. Teraz gadamy w warszawskim teatrze Capitol, gdzie za chwilę razem z Kajrą wyjdziemy na scenę, bo występujemy w sztuce "Skok w bok" w reżyserii Andrzeja Rozhina. Jesteśmy profesjonalistami, robimy swoją robotę. Tak prawdę mówiąc, to do lutego 2019 r. wszystkie terminy mamy już zajęte. Czekają nas trasy po całej ojczyźnie, po Europie i Ameryce, wróciliśmy właśnie z Kanady i USA. Było Rock Polowo.

Graliście do kotleta w polskich klubach dla Polonii?
Do kotleta nie. Na najlepszych scenach muzycznych. Polonijne środowisko to jedna z najlepszych publiczności. Kluby były wypełnione Polonią, ale nie tylko. A sceny to takie, jak ta w Londynie, na której wypromowali się Rolling Stones i Sting. W Chicago Copernicus wypełniony po brzegi zrobił na wszystkich wrażenie. Rodacy, ale i Anglosasi czekają na nas z powrotem.

Dostali płytę „Sławomir - The greatest Hits” i koszulki z Waszego sklepu.
Pewnie. Ale nie tylko, bo Sławomir ewoluuje, zmienia się, robi nowe formaty.

I nowe produkty.
Tak. Mamy swój sklep, kanał na You Tube, social media. Ale tak serio, to my sprzedajemy radość, luz, po prostu rozrywkę.

Komu? Stargetowaliście swoją publiczność?
Oczywiście, że tak. Na początku, kiedy wypuściliśmy Megiere, to widzami byli nasi rówieśnicy. Studenci. Także dzisiaj nasza publika jest młoda, to głównie ludzie w wieku 20-35 lat. Ale niemal podobna liczebnie widownia to osoby dojrzałe, w okolicach 65. roku życia. Oraz dzieci. To niesamowite, dostajemy mnóstwo wiadomości od dzieciaków oraz ich rodziców. Że na przykład dwulatek zasypia tylko przy "Miłości w Zakopanem". Bardzo też nas ucieszył film wrzucony na naszą stronę, na którym jeden z dyrektorów liceum ogólnokształcącego przebrał się na szkolną imprezę ostatkową za Sławomira.

O tempora, o mores...
"Miłość w Zakopanem" to dziś najczęściej coverowany kawałek na YT. Jest nawet kurczak śpiewający ten utwór. Jestem z tego dumny.

Z kurczaka? Na początku rozmowy było, że Sławomir jest projektem muzycznym. Co to znaczy "projekt"? Brzmi jak z korpomowy, w korporacjach wszyscy robią projekty.
Pomysł, po prostu. Wymyśliliśmy sobie po sukcesie Megiery, że ten Sławomir, który się w niej pojawił, będzie żył. Będzie prześmiewcą, kumplem-bratem, a jednocześnie profesjonalistą, wykonującym swoją robotę najlepiej, jak potrafi. Da publiczności megashow, najlepszą muzykę, najlepszą oprawę, jakie są możliwe.

Tralalala - większość krytyków muzycznych, ale także gros intelektualistów, stawia was niżej zespołów discopolowych i podwórkowych kapel hiphopowych.
Sławomir nie mieści się w żadnych ramach ani regułach - wiec próbują sobie jakąś szufladkę znaleźć. Ignoranci. Co mogę więcej powiedzieć. Nie przesłuchali naszych kawałków, a się mądrzą. Gdyby to zrobili, wiedzieliby, że nie mamy bitów ani organków, a każdy z naszych kawałków jest dopracowany, w innym stylu muzycznym. No i grany na żywych instrumentach. Ostatni kawałek "Ty mała znów zarosłaś" to country. Inne to zabawa punkiem, reggae, znajdzie się bossa nova, ballada. Każdy znajdzie coś dla siebie, jeden poskacze, inny się pokiwa. I podobnie z dowcipem - ktoś może wziąć przekaz wprost, inny szuka ukrytych znaczeń. Będzie się bawił tak, jak lubi.

Kiedy Sławomir szedł do szkoły teatralnej, widział siebie na scenie pląsającego w takt oklasków rozochoconych tłumów ściskających puszki z piwem w garści?
Nie każdy ściska na naszych koncertach puszki z piwem, powiem nawet, że to wyjątki. A jak większość młodych ludzi, którym udało się dostać do tej szacownej uczelni, uważałem, że mam misję. Że swoją sztuką będę zmieniał ludzi, mówiąc do nich Norwidem. Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie to wspaniałe miejsce, w którym można się uczyć od najlepszych artystów. I wiele się tam nauczyłem, bo wykładowcy wkręcają studentów, obsadzają ich wbrew ich naturalnym warunkom, zmuszają, aby przechodzili samych siebie. Grałem w sztukach Szekspira, byłem na scenie człowiekiem umierającym z głodu. Ale po wyjeździe do USA zrozumiałem, że moją drogą zawodową jest rozrywka. W tym się dobrze czuję, do tego mam dryg.

A może chodziło o to, że konkurencja jest wielka, niezbyt wysokiemu osobnikowi płci męskiej, z aparycją jak wszyscy, trudno byłoby się przebić?
Każdego roku z różnych szkół aktorskich wychodzą dziesiątki absolwentów, każdy ma misję i chce mówić Norwidem. Tymczasem zapotrzebowanie na takich fachowców jest ograniczone. Dlatego też nawet ci najzdolniejsi, najwyżsi, najprzystojniejsi, biegają po castingach, z których nic nie wynika. Już, już, mieli dostać rolę swego życia, bo byli najlepsi, ale w ostatniej chwili zabrał im ją ktoś mniej utalentowany, mający gorsze warunki fizyczne, ale za to większe plecy. Postanowiłem sam zbudować swój czworoboczny. Pracować na własnych warunkach. Nie być od nikogo zależnym.

To jeszcze raz zapytam, choć w Polsce ponoć nie bardzo wypada - jest ten piniondz? Dobrze się na Sławomirze zarabia?
Dziękuję, nie narzekam, wystarcza mi na życie. Ale żeby była jasność - nie jestem utracjuszem, który zarabia kupę kasy i natychmiast ją spala na imprezach. Większość tego, co zarobię, inwestujemy w projekt. I cieszę się, że nas na to stać. Ostatnio kupiliśmy dwie konsole, każda za 200 tys. euro. Ale może lepiej tego nie pisać, bo mnie zjedzą. To strasznie dużo pieniędzy. Lepiej niech będzie, że każda z nich kosztowała 100 tys. euro.

Cokolwiek nie napiszemy, i tak będzie źle. Dla niefachowców 100 czy 200 tys. euro to i tak niewyobrażalnie duża kwota. Ci, co się znają, jak przeczytają, że sprzęt był tańszy, stwierdzą, że Sławomir to sknera. W co jeszcze inwestujecie?
Głównie w ludzi, a więc w jakość. To koszty, których nie ponoszą zespoły grające disco polo, do których się nas przyrównuje. Jeden koncert to ekipa licząca 15 osób, nie tylko dwóch kierowców busów, ale także inżynier dźwięku, oświetleniowiec, menadżer. No i muzycy - gitara elektryczna, bas, perkusja, klawisze... Ostatnio dobił do nas ochroniarz, z bardzo dobrą przeszłością i referencjami, ma na imię Paweł i tylko tyle mogę o nim powiedzieć.

Ma was chronić przed miłością fanów, czy przed antyfanami, którzy nie trawią waszej twórczości?
Ma sprawić, żeby nas nie dotykano. Bo wszyscy chcą nas uścisnąć, poklepać, napić się razem. Jak na koncercie są tysiące osób, to takie objawy sympatii stają się nie tylko męczące, ale i niebezpieczne. Poza tym taki człowiek, jak Paweł, ma za zadanie widzieć i wyczuwać niebezpieczeństwo tam, gdzie my ani organizatorzy go nie przeczuwamy. Taka sytuacja: dajemy koncert w pewnym miejskim klubie, który znajduje się na piętrze. Jest atmosfera, ludzie tańczą, skaczą. W pewnym momencie Paweł zarządza ewakuację. Goście zostają wyprowadzeni w sprawni sposób, my także. Bo okazało się, że jak publiczność zaczęła szaleć, to strop zaczął się uginać i był bliski zawalenia. Ale udało się, nikt nie został ranny.

No, jak macie ochroniarza, to już jest to level hard. A co z makijażystką?
Robimy się we własnym zakresie, choć czasem, przy większych imprezach, tę kwestię załatwia organizator. To wszystko jest kwestią wynegocjowanej umowy. Jaki kontrakt podpiszesz, taki masz.

W jaki sposób przekonaliście takie osoby jak Ewa Kasprzyk, Witold Dębicki czy Małgorzata Socha do tego, żeby wzięli udział w waszym - przepraszam - projekcie? To kwestia sympatii czy kasy?
My się znamy, spotykamy na planach, lubimy się. I mamy podobne poczucie humoru, tudzież dystans do siebie. Poza tym jesteśmy profesjonalistami. Każdej z tych osób przedstawiliśmy propozycję, piosenkę, a także pomysł na scenariusz. Jak się spodobało, robiliśmy.

Te wasze teledyski faktycznie robione są zawodowo. Ile dni trwa wyprodukowanie jednego klipu?
To skomplikowana operacja logistyczna. Jak już masz piosenkę i scenariusz, to potem razem z operatorem trzeba ustalić, gdzie i w jaki sposób to będzie kręcone. A więc znaleźć obsadę, wymyślić kostiumy, ustalić miejsce. I zapewnić sobie pomoc innych ludzi w realizacji. Natomiast czas kręcenia jest różny i zależy od drobiazgów, jak choćby pogoda. "Ni mam hektara" było kręcone w ciągu 11 dni, ale za to Aneta zajęła nam tylko tydzień. Z ostatnim kawałkiem, trawą, czyli "Ty mała tak zarosłaś", uwinęliśmy się w trzy dni. Bardzo lubimy nagrywać nasze teledyski w naszej rodzinnej gminie Niedźwiedź w Małopolsce, bo tam możemy liczyć na wsparcie ludzi. Ale takie konkretne - do "Ni mom hektara" koleżanka pożyczyła nam krowę, do innego klipu - pick-upa, kolejny znajomy dał ekipie nocleg w swoim pensjonacie.

Nooo, jesteście ich ziomkami, którzy odnieśli sukces. Ludzie są z was dumni.
Tak jak my z nich.

Ciekawa jestem, ile z tego, czego nauczyli was w krakowskiej szkole, wykorzystujecie na scenie. Bo przecież nie tylko tego, jak grać umierającego bezdomnego.
Mnóstwa rzeczy. Na przykład tego, jak śpiewać, żeby nie zarżnąć gardła czyli impostacji. Tutaj szczególnie wiele mam do zawdzięczenia Zbigniewowi Grygielskiemu. Umiem śpiewać wysokim głosem i chętnie z tego korzystam. Albo akcentacji. Czyli tego, w jaki sposób stopniować napięcie, jak zaznaczać punkty krytyczne, żeby uzyskać pożądany efekt. Czasem jest tak, że tekst jest niby-zabawny, ale publiczność się nie śmieje. A wystarczy przestawić słowa w szyku zdania, aby efekt komiczny był niesamowity. W tej kwestii naszym mistrzem, wielkim przyjacielem, był Michał Bobrowski. Niesamowity gość, wielki człowiek. To on wymyślił "Spotkania z balladą", które były emitowane na antenie TVP przez 30 lat. Ale, o czym mało kto wie, Michał walczył podczas II wojny światowej, był porucznikiem AK w zgrupowaniu "Żelbet". Mieliśmy to szczęście, że jako młodzi ludzie mogliśmy jeździć w trasy z kabaretem, który prowadził, podglądać starszych kolegów, uczyć się od nich. Michał napisał dla nas pierwszy program kabaretowy. Bardzo nam go brak.

Zrobiło się poważnie. Zaraz zaczniemy rozmawiać o wartościach w życiu.
Chętnie. Bo dla nas wartości są ważne. Ja i Kajra jesteśmy takimi osobami, dla których liczy się odpowiedzialność, nie tylko za siebie, ale i za drugiego człowieka. Uważamy, że jeśli coś się psuje w stadle, to należy to naprawić, a nie rozwalać. Dlatego dobrze nam się idzie razem.

Wam i waszemu dziecku. Jak ma na imię?
Kordian, półtoraroczny mężczyzna.

Więc nie z Norwida, ale ze Słowackiego...
Tak wyszło. Ale zawsze to wysoka kultura.

Mężczyzna Sławomir zbudował dom i karierę, spłodził syna, pewnie zasadził też niejedno drzewo. Ja natomiast jestem ciekawa, jakim samochodem przemieszcza się dziś Mr. Zapała. Trzy lata temu niemal nie posikałam się ze śmiechu, kiedy obejrzałam kawałek w TVN, w którym wkręciłeś dziennikarzy, opowiadając im, jak to zbudowałeś swoje przedłużenie męskości na Golfie 3.
To nasze najukochańsze auto. Jak byliśmy z Kajrą finansowymi golasami, zaczynaliśmy dopiero swoją drogę w dorosłość, kupiłem od kolegi przechodzony samochód, VW golfa rocznik 1991. Woził nas wszędzie, niezawodny, kochany, zawiózł do tego momentu w naszym życiu, w którym teraz jesteśmy. Niedawno dostaliśmy propozycję, że najlepsi fachowcy wezmą naszego staruszka i zrobią go, by był jak spod igły. Jasne, że zgodziliśmy się. Nasza "trójka" jest jedynym celebrytą w naszym domu.