Niezależnie od tego, czy pisarzowi zawsze było po drodze z inscenizatorem. Wystarczy wspomnieć tylko krakowski "Portret", w którym udało się Jarockiemu zamknąć całą historiozofię Mrożka. A z nowszych rzeczy częściowo przepisaną przez reżysera "Miłość na Krymie", też z Narodowego. Stała się gorzkim rozrachunkiem z minionym stuleciem, cenzurą wystawioną za ten czas en masse – całej inteligencji. Była zapisem końca epoki oraz dowodem lęku przed nadchodzącym, ale nieznanym.

"Tango" rodziło się długo, co w przypadku Jarockiego nie dziwi. Powstawało wbrew wyrokom losu – wpierw Eugeniusza miał grać Zbigniew Zapasiewicz. Po niespodziewanej śmierci artysty rolę objął Andrzej Łapicki. Ostatecznie w premierze wystąpił Jan Englert. Nie wiem, ile miał czasu na próby. Wyszło więcej niż dobrze. Doszły do tego powtarzane plotki, że Jarocki czyta "Tango" w zgodzie z interpretacją Jana Błońskiego, widząc w nim nie groteskę, a tragedię. Zatem wszystko, co śmieszne, pada ofiarą reżyserskiego ołówka, zastąpione na przykład obszernym fragmentem "Raju utraconego"Miltona.

Gotowy spektakl jest okazją do zweryfikowania tych pogłosek. Znów okazuje się, że chyba nikt jak Jerzy Jarocki nie potrafi w polskim teatrze tak czytać wystawianych tekstów i z tej lektury wyciągać może zaskakujących, ale zgodnych z myślą autora wniosków. Do "Tanga" wrócił artysta po 44 latach od swej pierwszej krakowskiej wersji. Można było mieć pewność, że jak wszystkie sztuki Mrożka zmieści się ono jak ulał w precyzyjnym mechanizmie teatru wielkiego reżysera. Jednak w ujęciu Jarockiego staje się czymś więcej niż poprowadzoną z żelazną logiką układanką o przerażającym finale.

"Tango" mieści się we współtworzonej przez scenografa Jerzego Juka Kowarskiego estetyce spektakli Jarockiego, ale swą ostrość i oskarżycielską siłę bierze z bacznej obserwacji świata za oknami. Jest rzecz jasna czymś więcej niż tylko gorzkim komentarzem starego mistrza na temat współczesności. Jak najważniejsze jego przedstawienia stawia pytanie najcięższego kalibru. Ot, choćby o kondycję człowieczeństwa. Koniec cywilizacji W dużym stopniu organizuje widowisko projektowana przez Juka Kowarskiego przestrzeń.

W pierwszej części siedzimy pod ścianą Sceny przy Wierzbowej. Krzesła, fotele, kanapy – stare lub nowoczesne, każde z innej parafii. Tuż obok na podłodze Eugenia (Ewa Wiśniewska) rżnie w karty z Edkiem (Grzegorz Małecki). Eleonora (Grażyna Szapołowska) w podartych dżinsach pręży ciało w pozach jak z jogi. Stomil (Jan Frycz) w wojskowych spodniach opadających na wydatnym brzuchu i rozpiętej podomce wycina karton potrzebny do kolejnego eksperymentu. Na materacu, w zmierzwionej pościeli śpi Ala (Kamilla Baar). Znaleźliśmy się w domu u Stomilostwa niczym podglądacze. Oni nie zdają sobie sprawy z naszej obecności, więc zachowują się swobodnie. Możemy z najbliższej odległości patrzeć, jak wygląda ich nowoczesność.

Jarocki unika jednak prostych osądów. Nie szydzi z póz Eleonory, babcia jest nawet całkiem sympatyczna, Stomil nie stroi się w pióra domorosłego guru awangardy, tylko wierzy, że jego artystyczne działania mają uzasadnienie. Cała przewrotność reżysera "Tanga" w Narodowym polega na tym, że rehabilitując na tyle, ile się da kompromitowanych zazwyczaj bohaterów, bynajmniej nie osłabia on wymowy inscenizacji. Przeciwnie, u Jarockiego Stomil, Eleonora, zdziecinniali dziadkowie są nieodrodnymi dziećmi swej-naszej epoki. Świat ostatecznie wypadł z formy, nic – nawet odwieczny rytuał – mu jej nie przywróci. Zostały tylko ruchy pozorne, czy to pseudoartystyczne instalacje, czy gry towarzyskie.




Pierwszy akt tego "Tanga" rozpędza się wolno, jakby aktorzy, a wraz z nimi widzowie, dopiero oswajali nietypową przestrzeń. Tyle że tak ma być – celowo nieefektownie, bez przyczyn i bez skutków. Całkowita apatia, inercja, rozmazanie. I zaczynamy rozumieć, że Jarocki powrócił do utworu Mrożka, gdyż znalazł w nim obraz końca cywilizacji. Ta dawna, znaczona przez tradycję, odeszła w niepamięć. Zastąpiła ją nowoczesność, czyli brak czegokolwiek. Wszystko wolno i wszystko straciło znaczenie. Wśród bankrutów Dlatego bohaterowie "Tanga" oprócz śmiechu budzą też smutek. To zbiorowisko bankrutów, którzy przegrali swoją egzystencję i teraz tylko imitują życie.

Bankrutem, tyle że bardziej od innych zacietrzewionym, jest też Artur (Marcin Hycnar). Zacięte usta, przyciasny garnitur, nie chodzi, tylko biega. Próbuje bezskutecznie walczyć z nowymi porządkami, bo ich nie akceptuje, ale także dlatego, że jest poza ich nawiasem. Ten Artur od pierwszej chwili nie budzi zaufania. W ujęciu Jarockiego i doskonałej interpretacji Hycnara Artur jak Hamlet czuje, że cel usprawiedliwi każdy jego czyn. Jak Henryk ze "Ślubu"Gombrowicza próbuje narzucić światu rygor tradycji, sprawić, by rodzice wreszcie się pozapinali. Szuka form, które na powrót przywróciłyby egzystencji treść. Przegra, bo stawia tylko na puste gesty, rytuały.

Jerzy Jarocki dał polskiemu teatrowi kanoniczne odczytanie "Ślubu" i poprzez najważniejszy dramat Gombrowicza interpretuje dziś "Tango". Artur jak Henryk ma ciągoty, by całą ludzkość "wziąć za mordę". Edek jest jak Pijak, gorsze, zwulgaryzowane odbicie bohatera. Nie zawaha się zrobić tego, o czym tamten ze wstydem myśli. Jarocki nawiązuje do struktury "Ślubu", powtarza sceny ze słynnego krakowskiego przedstawienia. W ten sposób "Tango" nabiera bardziej osobistego wymiaru – w twórczości artysty staje się kodą. Coś chyba poprzez te wszystkie liczne nawiązania zamyka.

Podobnie jak "Ślub" ze Starego Teatru w roku 1991 nowe "Tango" Jarockiego niezaprzeczalnie wielkim spektaklem staje się po przerwie. Przywrócono tradycyjny podział na widownię i scenę. Ta przypomina rodzinny grobowiec, cały w czerni, dla bohaterów staje się zaś pułapką. Artur chce poczuć władzę, wygrywa raz po raz niepokojący rytm werbli. Beznamiętny, śliski jak wąż Edek mówi tylko po cichu, nienaturalnie miękko. Stanie się zbrojnym ramieniem Artura, a potem w jednej chwili obróci się przeciw niemu. Rewolucja pożera własne dzieci, na jałowej ziemi może narodzić się tylko dyktatura. W "Tangu" Jerzego Jarockiego przegrywają wszyscy. "La Cumparsita" Edka i Eugeniusza brzmi długo, ale jest jakaś sztywna, mechaniczna. Przejmuje czystą grozą.

Ktoś powie, że to stary teatr. Pomyli się. Wspaniale grane przez aktorów Narodowego przedstawienie (role Hycnara i Małeckiego mam za olśnienia, na innych patrzyłem z podziwem, tylko grana jedynie zewnętrznością Eleonora Szapołowskiej wydała mi się ledwie szkicem postaci) stanie się nowym głosem w dyskusjach o Mrożku, a dla Jerzego Jarockiego dowodem reżyserskiej siły. "Tango" z Narodowego zapewne jeszcze nabierze mocy, już teraz jednak zdaje się punktem odniesienia.