Stanisław Ignacy Witkiewicz "Szewcy"

reż. Maciej Prus

Teatr Polski w Warszawie

Premiera 7 listopada




"Szewcy" Prusa to już nie klęska – to katastrofa. Prawdopodobnie chciał reżyser opowiedzieć tekstem Witkacego o wypaleniu współczesnej inteligencji, jej ideowym bankructwie i życiowym zagubieniu. Może chciał dowieść, że jakakolwiek rewolucja jest dziś niemożliwa, wszystko kończy się na gderaniu kilku zmęczonych facetów.

Nikim innym nie jest bowiem bezbarwny, powtarzający mamrotliwie "Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy", Sajetan Tempe Olgierda Łukaszewicza. Źdźbła siły nie sposób znaleźć w prokuratorze Scurvym, gdyż Tomasz Borkowski gra go tak, jakby coś pętało mu nogi. Spektakl Prusa powinien być obowiązkową lekcją dla studentów reżyserii na temat "jak pod żadnym pozorem nie obsadzać spektakli". Granie Księżnej jest bowiem dla Katarzyny Stanisławskiej męką nie do opisania. Młoda i zdolna aktorka (niedawno przecież świetna Sonia w "Wujaszku Wani" Filsztyńskiego) jest antytezą bohaterki Witkacego. Decyzją reżysera, jak sądzę, odebrano jej cały seksapil, co powoduje, że jest zapewne najnudniejszą Iriną, jaką widziały polskie sceny. Tyle że w małym stopniu jest to wina Stanisławskiej. Ona po prostu nie mogła tego zagrać.

"Szewcy" Prusa to sceniczny potworek – teatr nudy absolutnej. Wygląda na to, że przedstawienie zrodziło się z niemocy reżysera, którą zaraził potem wszystkich współpracowników. Zdarza się, tyle że lepiej byłoby zatem ograniczyć inaugurację nowej Sceny Kameralnej Teatru Polskiego do wypicia lampki szampana. Przynajmniej by nie bolało.