W teatrze trzeba mówić prawdę
W warszawskim Teatrze Praga można już oglądać "Jaskinowca" – one man show Łukasza Lewandowskiego. Uczeń Jerzego Grzegorzewskiego opowiedział nam, dlaczego stracił wiarę w teatr instytucjonalny, czego uczy się od studentów i co jest siłą teatru offowego
- Małecki - teatralny buntownik z wyboru
- Materna: Teraz bawi mnie praca w teatrze
- Janusz Głowacki znowu na deskach
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 23°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Rok 1997. Znalazł się pan w pierwszym naborze do Teatru Narodowego dokonywanym przez Jerzego Grzegorzewskiego. Jak robiło się z nim teatr?
Łukasz Lewandowski: Proszę sobie tylko wyobrazić taką sytuację: student Akademii Teatralnej przygotowuje się do pierwszego dyplomu na deskach Teatru Narodowego – „Noc
listopadowa. Sceny dramatyczne” wg Wyspiańskiego. Reżyseruje Jerzy Grzegorzewski. Tą inscenizacją otwiera swoją działalność w tym miejscu. Plus wybitni aktorzy, których nie sposób
tu wymienić. Nie można chyba wymarzyć sobie lepszego początku. Spotkanie z Grzegorzewskim przy mojej niewiedzy, ale za to przy ogromnej chęci poznania i zrozumienia wszystkiego, to było
najpiękniejsze, co mogło mi się przytrafić. Nic mądrzejszego nie powiem.
Wojciech Malajkat powiedział, że po śmierci Grzegorzewskiego stracił mistrza. Czy pan również?
Nie mam prawa tak mówić. Owszem, byłem pod szczególną opieką Grzegorzewskiego. Na początku swojej drogi zawodowej nie tylko z nim pracowałem. On cały czas dawał mi pracę z innymi
reżyserami – z Bradeckim, Dejmkiem, Englertem, Tomaszewskim, czy Prusem. Cały czas nade mną czuwał, miałem szczęście, że wchodziłem z premiery w premierę.
Skąd ta opieka?
Chyba mnie cenił. Nigdy jednak w jego przedstawieniach na swoich barkach nie miałem takiej odpowiedzialności jak Wojtek Malajkat, ale ciągle byłem na próbach i przyglądałem się, jak pracuje
Grzegorzewski. W szkole wyposażono mnie w podstawowe narzędzia do interpretacji siebie i świata. I nagle się okazało, że to wszystko można zdemontować. Przy Grzegorzewskim dowiedziałem się
dużo złego o sobie. Jaki jestem głupi, jakie mam problemy z wyobraźnią, rytmem, banalnością, płaskością swojego myślenia itd… Standard, który proponował Grzegorzewski już jest
niemożliwy. Choć sporo jest naśladowców. W przypadku Grzegorzewskiego mieliśmy do czynienia z autentycznością, która miała swoje ciemne strony, ale to był człowiek, który oddał życie za teatr. A dziś kto odda? I miał jedną rzadką spotykaną cechę – naprawdę lubił aktorów. Ostatnio usłyszałem, od jednego z reżyserów, że aktorzy nie są w stanie przekazać jego
głębokiej myśli i psują mu jego zabawkę... Proces narcyzmu i infantylizacji kapitana statku wydaje mi się dziś procesem trudnym do zatrzymania. To coraz częstszy przypadek, kiedy ludzie
biorą odpowiedzialność za innych, a są do tego wewnętrznie niedysponowani. Nie potrafią poradzić sobie z ciężarem, który trzeba dźwigać, bo wbrew różnym teoryjkom, teatr to nie tylko
opowiadanie o sobie i swoim ego.
Dlaczego ten „proces narcyzmu” się pogłębia?
Żyjemy w czasach kompletnego zaniedbania, braku analizy tej sytuacji. Możemy czytać Baumana, Bourdieu, Ranciere’a, Baudrillarda, czy innych współczesnych socjologów, którzy próbują
wytłumaczyć, co się dzieje. Ale to dalej jest sytuacja, której nie rozumiemy. Nikt się tym nie przejmuje. Niektórym się wydaje, że oni wiedzą, a i tak najważnieszy jest etat, bycie
„artystą“ za państwowe koryto. Słyszę lub czytam, że jakiś spektakl jest poważną wypowiedzią o... Owszem, to czasami są wypowiedzi przepełnione pasją agresji, ale nie
pasją myślenia, drążenia tematu, głębokiego poświęcenia się sprawie. To nie jest pasja profesjonalistów, uczonych. To jest pasja ambicyjek i emocji, okraszona brakiem umiejętności,
talentu.














































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!