Spektakl nazywa się „Jesienin”, na scenie będzie tylko Olena Leonenko. Z czyjego punktu widzenia chcecie zatem opowiadać historię poety?

Józef Opalski: Myślę, że nie to jest najistotniejsze. Najważniejszy dla całej naszej trójki jest sam Sergiusz Jesienin. Wszyscy mamy lekkiego fioła na punkcie jego poezji. Ten projekt rodził się bardzo długo. Olena i Janusz już dawno temu zaproponowali mi, żebyśmy coś wspólnie zrobili. Projekty były różne. Wreszcie skończyło się na Jesieninie. Tyle że wciąż zadawałem to samo pytanie: jak to zrobić, skoro bohaterem monodramu ma być kobieta? Zaczęliśmy więc z Januszem obmyślać różne warianty. Wszyscy z Jesieninem kojarzą Isadorę Duncan, a przecież sławnych kobiet w jego życiu było bardzo dużo. Dlatego pojawiały się pomysły, żeby narrator się zmieniał, aby to kobiety właśnie opowiedziały o swoich spotkaniach z Jesieninem…

Janusz Głowacki: Choćby sprzątaczka w hotelu po samobójstwie Jesienina.

JO: Z jednego pomysłu rezygnowaliśmy, przychodziły kolejne. Wreszcie narodził się ten, który realizujemy. Chcemy opowiedzieć naszą historię o Jesieninie. Pokazać, co dla naszej trójki ten genialny poeta dziś znaczy. W Polsce jego obraz jest zaburzony. Wiadomo, że pił, że miał romans z Isadorą Duncan… Mało czyta się jego poezji. Dlatego cała ta niezwykła twórczość jest ciągle do odkrycia.

Olena Leonenko: W rosyjskiej tradycji jest całkiem naturalne, że kobieta śpiewa męskie pieśni, a mężczyźni romanse, w których narratorem jest kobieta. Przeszłam przez piekło grania Wertyńskiego, dlatego jestem oswojona z „byciem mężczyzną” na scenie i opowiadaniem „męskich” historii. Myślę, że poezja jest żywiołem kobiecym. Dlatego jest mi łatwiej zmierzyć się z Jesieninem i jego szaleństwem. A bohaterem przedstawienia jest jego poezja. Nie miałam wątpliwości, że kobieta może zagrać opowieść o Jesieninie. To panowie mieli większy kłopot.

JG: Nie aż tak wielki (śmiech). Uważam, że Olena jest jedyną osoba, która może coś podobnego wykonać w tym kraju. Ma unikalny głos i tę azjatycką głębię. Pochodzi z Ukrainy, jest pół Rosjanką, pół Ukrainką. Martwi się, że w jej polskim slychać odrobinę akcentu, a to przecież właśnie wielki atut, dodatkowy autentyzm. Poezja Jesienina wbija się w pamięć nie wiadomo jak i kiedy. Za to na zawsze. A współczesna poezja? Miałbym kłopot z zacytowaniem czegoś. W Jesieninie jest i tragedia, i rozpacz, i wołanie o pomoc, przeklinanie, nieprawdopodobne bogactwo sprzecznych uczuć. A w tle straszliwa Rosja, z krwią, rewolucją, Leninem. I jeszcze przemiany, które przechodzi ten riazański chłopczyk Najpierw czytał na carskim dworze swoje wiersze, później przeżył wybuch wiary w to, że rewolucja to coś wspaniałego. Potem straszliwe rozczarowanie, rozpacz i nienawiść do rewolucji. A dookoła rosyjskie szaleństwo, czyli egzekucje, krew, a drugiej strony wódka, kokaina i światowa ikona – Isadora Duncan. Zaczynamy od ludzi, którzy nieśli trumnę Jesienina. To byli wielcy pisarze, poeci, artyści. wszyscy zostali wymordowani, podobnie zresztą jak większość ludzi, która ich mordowała. Niewiarygodna historia… Olenie i nam pomaga to, że znakomicie tańczy, więc mamy jeszcze delikatny i wyrafinowany ruch sceniczny.


OL: Dawno temu tańczyłam w balecie.

JO: Dzięki Olenie dotarliśmy do wielu zupełnie nieznanych w Polsce materiałów. Wielkim pytaniem naszego przedstawienia jest także kwestia, czy Jesienin naprawdę popełnił samobójstwo. Bo od kilku lat krążą w Rosji sprzeczne wersje. Nie ma zezwolenia na ekshumację zwłok. Oczywiście, to nie jest kryminał, ale to pytanie się pojawia. Olena występuje tu w podwójnej roli – wykonawcy i kompozytora. Napisała wspaniałą muzykę do naszego spektaklu.

OL: Ta muzyka przychodziła do mnie głównie w nocy. Jego męczył Czarny Człowiek, a mnie nie dawały spać jego wiersze. Jesienin miał szczęście do tłumaczy. Broniewski przetłumaczył „Czarnego Człowieka” z taką miłością, jakby go sam napisał. „Moskwa karczemna” i „Pieśń o suce“ w tłumaczeniu Seweryna Pollaka to też strzał w serce. To dzięki Januszowi zakochałam się w Jesieninie. Zabrał mnie kiedyś na nocny spacer nad Wisłę i zaczął mówić „Czarnego Człowieka”. Byłam wstrząśnięta. Nigdy nie czytałam tego wiersza. U nas ten ostatni i najwspanialszy okres w twórczości Jesienina był prawie nieznany. Mój tata był ateistą. Przy ikonie, którą mama trzymała w rogu pokoju stawiał portret Jesienina. Kiedy ktoś pukał do drzwi, od razu go chował. Jesienin nawet w latach 80. był w Związku Sowieckim na czarnej liście. W szkole nie uczyliśmy się jego poezji. Zapytałam taty, kto to jest, a on z pamięci mówił mi jego wiersze. Kiedy ćwiczyłam balet, pantomimę, czytałam książke „Moje życie“ Isadory Duncan. W tej książce nie było ani słowa o Jesieninie. A o tym, że byli małżeństwem, dowiedziałam się w Polsce.

JG: Ta poezja wyrasta z bólu i cierpienia ludzi, którzy nie spędzają czasu w bibliotekach. Za to wiedzą wszystko o zimnie, głodzie, zdradzie i rozpaczy. I uznają to za rzeczy całkiem normalne.

OL: Ale nie przestają marzyć.

JG: W rozmowie z Czesławem Miłoszem Aleksander Wat wspomina, że w Kazachstanie w celach więziennych urkowie śpiewali „List do matki” Jesienina. Ta poezja jest niesłychanie dźwięczna, to jest i śpiew i jęk i skarga. To piekielnie trudne do tłumaczenia. Angielskie przekłady Jesienina zarzynają. Gdyby nie Olena, ten spektakl nie miał by sensu. No i reżyser wie o muzyce to wszysko, czego my nie wiemy, oraz zgodził się pokierować tą imprezą. Więc wzięliśmy się za to.


Ile w przedstawieniu jest słów Janusza Głowackiego, a ile Jesienina. Czy to jest opowieść de facto w pierwszej osobie, czy opowieść, która relacjonuje to niewiarygodne życie?

JG: Oczywiście najwięcej jest samego Jesienina. Tyle, ile się dało zmieścić. A reszta to kombinacja tego co sam napisałem, co podpowiedziała Olena i cytatów, różnych ; z Majakowskiego, Isadory Duncan, Imperatorowej Wszechrosji, Lenina, czy właściciela hotelu w Paryżu, który po pijanemu zdemolował Jesienin, i jeszcze paru osób. Jest w tym tragedia wymieszana ze śmiesznością, i wielka liryka z wielkim chamstwem. Czyli jakże mi bliski obraz świata.

OL: Bardzo ważne jest tło historyczne. Chcieliśmy pokazać obraz Matki Rosji, która pożera własne dzieci. Obraz, który odbija się w oczach Jesienina.

JG: I jest w tym wielka Isadora Duncan, która nic nie z tej Rosji nie zrozumiała, albo nie chciała zrozumieć..

OL: Czyli zderzenie Wschodu i Zachodu.

JG: Kiedy wyemigrowałem do Ameryki, Susan Sontag wciąż miała trochę wątpliwości, czy komunizm naprawdę jest taki straszny. Dopiero Brodski ją do końca przekonał.



Tę opowieść gra pani jako osoba stąd?

OL: Urodziłam się w Kijowie, ale od kiedy skończyłam 17 lat i zaczęłam pracować w cyrku, zwiedziłam cały Związek Radziecki, więc poznałam tego potwora. Mieszkałam i w Petersburgu, i Moskwie. Dlatego nie jestem tak bardzo przywiązana akurat do Kijowa, chociaż się mówi, że tam gdzie jest pępek zakopany, tam jest twoje miejsce. A mój pępek jest zakopany w sztuce. Mieszkam w Polsce od kilkunastu lat, współpracuję w Ateneum od lat sześciu i mocno jestem związana z tą sceną. Opowiadam historię Jesienina z punktu widzenia człowieka, którym jestem teraz. Sztuka jest moim domem.

JO: Powiedz, czym jest poezja w Rosji, bo jest zupełnie czym innym niż w Polsce.

OL: Janusz przytoczył dziś piękne zdanie Mandelsztama…


JG: Ono dotyczyło trochę i Polski. Wszędzie, gdzie systemy są oparte na kłamstwie, tam słowa nabierają wyjątkowego znaczenia. Mandelsztam napisał, że nigdzie na świecie poezja nie była tak ceniona jak w ZSRR bo nigdzie za wiersze nie rozstrzeliwano. Dwa lata temu byliśmy z Oleną w Moskwie na grobie Jesienina. Była wtedy ostra zima, minus 30 stopni. A na jego grobie świeże kwiaty, płonące świece. On jest trochę jak rosyjski Jim Morrison, jest poetą przeklętym. Kobiety modlą się, młodzi poeci czytają swoje wiersze...

OL: Jeśli Jesienin się powiesił, to dla ortodoksyjnych prawosławnych Rosjan jest potępieńcem. Ale jeśli został zamordowany – jest świętym męczennikiem. Jednak do tej pory nie ma zgody na ekshumację jego zwłok.

JO: Widzieliśmy film dokumentalny, w którym badacze zgłosili do rządu żądanie, żeby zająć się ostatecznym wyjaśnieniem jego śmierci. Nigdy nie uzyskali odpowiedzi.

OL: Na gipsowej masce, która była zrobiona po śmierci Jesienina, widać, że miał złamany prawy łuk brwiowy, a prawe oko wypłyneło. Wątpliwości na temat jego samobójstwa jest o wiele więcej.



Wasze przedstawienie jest rozpięte pomiędzy świętością a potępieniem, czyli skrajnymi stanami, przez które Jesienin jest odbierany? I nie będzie żadnego rozstrzygnięcia?

JG: Będzie podziw, wpółczucie, strach i dużo pytań.

OL: Chcemy przypomnieć widzom, że sztuka to niekoniecznie to, czym nas karmi telewizja.

JG: W Rosji ciągle poezja i literatura znaczy o wiele więcej niż w naszym wyzwolonym już kraju.



To przedstawienie jest rehabilitacją poezji?

JO: Na pewno. Większość wierszy, które wybraliśmy, bez wątpienia będzie odkryciem dla publiczności. Udało nam się zebrać współpracowników, którzy są w Jesieninie zakochani równie mocno jak my, czyli scenografa Dorotę Kołodyńską, choreografa Jacka Badurka, reżysera światła Piotra Pawlika…

OL: Mamy znakomitych muzyków – Klaudiusza Barana, Rafała Grząkę, Roberta Siwaka..

JG: Dziś, w ogólnym zgłupieniu i schamieniu, za poezję często uważa się piosenki do serialu. Olena udowodniła, że Jesienina można śpiewać, i z Bożą pomocą, to będą hity. Jest w nich wielka siła.


OL: Wyrwałam się przecież z piekła. I przeżyłam…

JG: Kiedy żył Gustaw Holoubek, zaproponowaliśmy mu zrobienie spektaklu o Jesieninie. Powiedział: „To cudownie, może nareszcie zrozumiem, dlaczego tak bardzo kocham i tak bardzo nienawidzę Rosji”.

OL: Holoubek chciał to wyreżyserować. Ale odszedł. A Józef Opalski jest jedynym człowiekiem, z którym można było podjąć to wyzwanie.

JO: Po latach wracam do Ateneum. Znalazłem niedawno stary list Janusza Warmińskiego z lat 90., który zobaczył jednego z moich pierwszych „Weilli” i zaproponował mi żebym zrobił Kurta Weilla u niego w teatrze. Ale umarł i nie zdążyłem.



Jak spektakl o Jesieninie mieści się w pana wizji teatru muzycznego?

JO: Olena śpiewa znakomicie. A jednak do niektórych wierszy nie potrafiłem wyobrazić sobie muzyki. I na tym polu Olena również odniosła sukces. Rzadko się zdarza, żeby muzyka była tak organicznie zrośnięta z poezją. A, widzenie świata Janusza Głowackiego jest bardzo bliskie mojemu. Dlatego, że rozpięte jest między tym, co tragiczne a tym, co ironiczne. Bardzo szybko znaleźliśmy wspólną wrażliwość. A to już połowa sukcesu. Zawsze jest problem z żyjącymi autorami, bo siedzą na próbach, nudzą…(śmiech), a w tym wypadku, jedziemy „na wspólnym wózku”. Świat, który próbuję w tym spektaklu przedstawić, jest w jakimś sensie światem Janusza Głowackiego, który chce pokazać swój stosunek do Jesienina i do świata.

JG: Jest miedzy nami rodzaj porozumienia. Co jakiś czas, kiedy Olena próbuje i jeśli jesteśmy zachwyceni, to patrzymy na siebie, kiwając głowami na „tak”. Ale jeśli mamy wątpliwości, to patrzymy na siebie niepewnie. A nie jest to najczęstsze uczucie między autorem i reżyserem.

JO: Proponujemy coś naprawdę dziwnego. Publiczność Teatru Ateneum zna Olenę, ale obawiam się, że jej wielbiciele mogą mnie znienawidzić…


OL: Ogromnie się cieszę, że nareszcie śpiewam po polsku. Że wymyśliłam muzykę, którą kocham, która ma wibracje drapieżne, nie salonowe. Akordeon, bębny szamańskie , wspaniali muzycy, ktorzy zrobili aranżacje – drapieżne, ironiczne i liryczne. Plus ruch – bo tańczę, plus poezja, gra świateł, piękny koscium…



Robicie to przedstawienie w kontekście dzisiejszego teatru? Czy znaleźliście sobie niszę – Jesienina – którego nie dotyczy to zgłupienie współczesnej rzeczywistości?

JO: Nie tknąłbym się w teatrze niczego, co by mi było obce. Nie chciałbym niszczyć autora, w tym wypadku ani Jesienina, ani Głowackiego. Mogę się bawić, tak jak to zrobiłem w „Sekretach nietoperzy” w Teatrze STU aluzjami do współczesnego, młodego teatru. Jesteśmy jak najdalej od każdej mody na taki czy inny teatr. Nasze przedstawienie nie jest dyskusją z modą. Ono odniesie największy sukces, jeśli widz wróci do domu i sięgnie po Jesienina. Bo dla większości taki Jesienin będzie odkryciem.

OL: Nasze wzory - to przedstawienie, w którym Milva śpiewa Brechta w reżyserii Strehlera, albo teatr Piny Bausch…

JG: Dodałbym jeszcze „Kabaret” Boba Fosse.