Opera żerująca na staroświeckiej konwencji
Po spektaklu "Sera" z 2003 roku Henrik Hellstenius zyskał w Warszawie status gwiazdy z importu. Niestety, jego "Ofelie" pokazują, że norweski kompozytor co najwyżej bawi się staroświecką konwencją operową.
- Rzucił Muhammada Alego dla arii operowych
- Szklana opera Philipa Glassa
- Roztańczony portret Kurta Weilla
- Lady GaGa ma chętkę na rock-operę
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-02-16

temp. min -13°C max. 2°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Do myślenia daje fakt, że o wiele większe emocje niż premierowy pokaz dzieła Hellsteniusa wzbudziły w ten weekend wyciągnięte z archiwum "Sonety" Mykietyna oraz balet "Alpha Kryonia Xe" Aleksandry Gryki. Tymczasem na "Ofeliach" - pomimo niekończących się scen kopulacji i dekadenckiego poczucia humoru - najzwyczajniej wiało nudą.
Ascetyczna "freudowska" scenografia Yngvara Julina oraz dosadna i przewidywalna inscenizacja Jona Tombrego kierowały uwagę na banalne i "przefajnione" libretto Cecilie Loeveid. Norweska dramaturg zmarginalizowała główny wątek dramatu Hamleta, by odkryć przed nami ukryte warstwy mitu. Szkoda, że dokopała się wyłącznie do wyświechtanych postmodernistycznych stereotypów. Bo jak inaczej nazwać pozbawiony rozwinięcia oraz głębszego narracyjnego sensu motyw kazirodczej relacji łączącej Hamleta z matką? Albo tyleż prawdziwą, ile bezpłodną artystycznie konstatację o przedmiotowym statusie kobiet w patriarchalnej kulturze Zachodu? Rzeczywistość okazuje się wyjątkowo nieskomplikowana: faceci to despotyczni manipulatorzy nakręcani bezmyślnym popędem do seksu, władzy i zemsty. Kobiety dzielą się na próżne, znudzone królowe (Getruda) oraz infantylne, uległe księżniczki (Ofelia). Ale jakie znaczenie ma to dla naszego rozumienia tragedii tytułowej bohaterki - trudno powiedzieć.

























































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!