Cienki sok z malin "Balladyny"
"Balladyna" z Teatru Narodowego to kłopotliwy, ale i charakterystyczny finał kończącego się roku Słowackiego. Atrakcyjna wizualnie jest jednak kolejnym sygnałem, że romantyczne dramaty przeżywają na naszych scenach swoje gorsze chwile.
- Blady cień "Balladyny" w Teatrze Narodowym
- Oto przed wami nowa Balladyna
- "Balladyna" w Nowym Jorku to pomyłka
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Piątek 2012-05-25

temp. min 3°C max. 22°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Juliusz Słowacki "Balladyna"
Reżyseria: Artur Tyszkiewicz.
Teatr Narodowy w Warszawie
Premiera 11 grudnia
Ocena: 3/6
Nie sposób nie docenić inwencji Artura Tyszkiewicza, który w trwającym ponad trzy godziny spektaklu pokazał wszystkie niemal możliwości techniczne sceny narodowej – bodaj od czasów
Grzegorzewskiego nie poruszono na taką skalę tych wszystkich machin. Bo jest to przedstawienie niewątpliwie bardzo atrakcyjne, rozmyślnie igrające z kiczem naszej epoki, z jej plastikowością i
tandetą. Pysznym pomysłem jest jezioro Gopło, którym stał się kanał orkiestrowy wypełniony nie wodą, lecz... błękitnymi butelkami PET. W tych butelkach pławi się Goplana, czyli Beata
Ścibakówna ucharakteryzowana na Irenę Solską z długimi rudymi włosami.
Podziw budzi finałowa scena sądu Balladyny i nad Balladyną z sędziami w angielskich perukach ustawionymi na scenicznych zapadniach układających się w gigantyczne ni to schody, ni rzędy gigantycznego audytorium. Scenografia niczym cytat z jakiejś nowoczesnej inscenizacji barokowej opery, zwłaszcza że towarzyszy tej scenie muzyka – ni to recytatyw, ni trio śpiewane z prawdziwym basso continuo realizowanym na klawesynie. Pojawia się ten pomysł nagle, jak wiele innych – jak muzyka wykonywana na żywo z trzema tandetnymi szansonistkami w równie tandetnych białych kozaczkach.
Wnętrze chatki ubogiej wdowy przypomina do złudzenia podobny pokoik z głośnego „Makbeta” Kleczewskiej. Skierka i Chochlik, czyli Jerzy Łapiński i Andrzej Blumenfeld, to włóczędzy śpiący w kontenerze na śmieci... Zamek Kirkora i Balladyny przypomina niesłychanie elegancki salon – niemal jak z komedii Wilde’a. Brać i wybierać. Są tu pomysły smakowite, pastisze wskazujące na to, że ta „Balladyna” mogłaby pójść i w takim cokolwiek parodystycznym kierunku, są też i kompletnie niezrozumiałe – choćby Popiel rezydujący w szafie wjeżdżającej wśród roślin jakby kupionych chwilę temu w jakiejś pobliskiej kwiaciarni... Czasy mamy postmodernistyczne, ale to nieustanne mieszanie wszystkiego ze wszystkim bywa już męczące.
Przedstawienie Tyszkiewicza to także wątpliwy tryumf teatru high-tech. Diabli wiedzą czemu nieźle przecież mówiących aktorów Teatru Narodowego wyposażono w mikroporty. Kilka razy zresztą spłatały one psikusa. A to przesterowały dźwięk, a to sprawiały, że goplańskie jezioro z plastikowych butelek chrupało jak trzęsienie ziemi.
















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!