Ostatnio zagrała pani ponad dwa lata temu w „Tereminie” Artura Tyszkiewicza. Skąd ta przerwa?
Monika Krzywkowska: Nie zawsze aktorzy mają wpływ na to, jak często grają. Dobór repertuaru, obsady do kolejnych spektakli – to nasz pech lub szczęście. Ostatnio we Współczesnym odbyło się kilka świetnych premier, ale albo bez ról kobiecych, albo z rolami nie dla mnie – miałam pecha. Nieskromnie myślę jednak, że mam w tym teatrze całkiem nieźle. Czuję się doceniana przez dyrekcję i reżyserów.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że teatr to terapia. Na czym to u aktora polega?
Po pierwsze, u mnie odbywa się to na polu towarzyskim. Przychodzi się tutaj – do ludzi, z którymi przebywa się godzinę przed spektaklem. Można z kolegami obśmiać swój dzień, problemy, zdarzenia. A po drugie, terapią jest możliwość grania. Koleżanka z teatru, Stasia Celińska powiedziała kiedyś, że będąc młodą aktorką, usłyszała od starszej koleżanki „Dziecko, w życiu musisz grać, a na scenie możesz pobyć sobą”. W czasie pracy nad spektaklem można zbadać swoje uczucia, czasem przykre przeżycia. To, że gra się sobą i ciągle pobudza emocje jest trudne i męczące, ale dzięki temu one mają szansę się wydostać i pomóc w pracy nad rolą. Nie mówię oczywiście o wybebeszaniu się na scenie, bo to widz natychmiast odczuje. Ale o umiejętności korzystania ze swoich doświadczeń, by powiedzieć coś prawdziwego.


A jak do tego o czym pani mówi ma się spotkanie z reżyserem? Czy reżyserzy celowo pobudzają emocje w aktorach? Pytam w kontekście pracy z Agnieszką Glińską, z którą spotykacie się przecież już kolejny raz?
Tak, znamy się od kilku lat. Bardzo cenię Agnieszkę i absolutnie jej ufam. Nie wiem, jak ona to robi. Chyba chodzi o to, że bardzo w nas wierzy. Chwilami mam wrażenie, nie tylko w przypadku tego tytułu, że jestem źle obsadzona, że nie dam rady. A ona odwrotnie. Jest najwierniejszym kibicem. Słucha, troszczy się i szanuje nasze propozycje. To nie tylko uważny słuchacz, ale też dobry psycholog. Poza tym Agnieszka ukończyła wydział aktorski, dlatego doskonale rozumie proces dochodzenia, wątpliwości, wstyd aktora. Daje proste i celne uwagi. Nie odpuszcza dopóki scena nie wygląda tak, jak ona chce. Czasami miesiącami nad czymś pracujemy. Potem dochodzimy do wniosku, że być może popełniliśmy jakiś błąd w założeniu, że spróbujmy odwrócić daną sytuację, bo przyzwyczailiśmy się już do niej za bardzo. Jesteśmy w ciągłej mobilizacji. Za chwilę premiera, a wciąż wprowadzamy zmiany i szukamy. „Proces twórczy” trwa. Spektakl będzie chyba gotowy, kiedy zagramy go ze 100 razy. W tym przypadku premiera jest tylko pierwszym zmierzeniem się z widzem i z tremą.

Andrzej Wanat napisał przy okazji „Płatonowa” Jerzego Jarockiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu, że „Dziś konieczne są cięcia ogromne. Z „Płatonowa”, którego cały tekst wymaga przynajmniej sześciu godzin, można wykroić parę odmiennych dramatów”. Co wybrała Agnieszka Glińska?
Bardzo mało wycięła, szanując percepcję widza i to, że „Sztuka bez tytułu” była pierwszym dramatem napisanym przez młodego Czechowa, który jeszcze nie miał sprawności dramaturga. Nawet to, co w tekście wydaje się niedoróbką, czy początkiem wątku, który potem się słabo puentuje, Agnieszka uznała za rzecz ciekawą. Rzecz, która może i się puentuje tylko za szybko z niej rezygnujemy i nie chcemy prześledzić jej do końca. Bardzo skrupulatnie i troskliwie podeszła do tekstu. Próbujemy tak poucinać sceny, żeby całość trwała cztery godziny. Dziś pewne zdania mówi się prościej, np. „kocham cię i zostań ze mną”. Długie tyrady, które znaczą to samo przestają mieć sens. Są to skróty wprawdzie uwspółcześniające, ale nie pozbawiające kultury słowa, obrazu bohaterów, ich języka i łatwości w wyrażaniu myśli.


Gra pani Annę Wojnicew – chyba najtrudniejszą rolę kobiecą w „Sztuce bez tytułu”. Jak nieoczywistymi środkami zagrać kobietę na skraju załamania nerwowego?
Generałowa nie mieści się „sama w sobie”, w swoim życiu, czasie i miejscu – ma poczucie, że urodziła się niepotrzebnie. Jest „zapięta w gorsecie” klasy, dumy, panowania nad sobą. Nie zdradza swoich uczuć. Dla mnie prawdziwym wyzwaniem jest granie kobiety zawsze uśmiechniętej, która w środku jest nieszczęśliwa i niespełniona. Próbowałam myśleć o niej w ten sposób – jaki ktoś jest naprawdę, co się z nim dzieje widać, kiedy inni nie patrzą. Generałowa ma wiele twarzy: inną dla osób, na których jej zależy i od których jej los zależy – takich sytuacji oczywiście nienawidzi, ale musi to przełknąć. A inną dla tych, z którymi w ogóle się nie liczy. Agnieszka poradziła mi, żebym uważała na współczesną skłonność do używania wachlarza kobiecych środków, np. w celu załatwienia czegoś. Generałowa owszem też ich używa, ale się nie oferuje – dba o własną niezależność i przez całe życie gra, że nic nie musi. Szansę na ujawnienie tej najgłębiej skrywanej prawdy i bólu daje Generałowej trzeci akt. W interpretacji Agnieszki Glińskiej jest to senna, deliryczna wizja Płatonowa. Odwiedzają go czy raczej nawiedzają, wówczas bohaterowie dramatu. Widzimy ich jego oczami, a on rozumie i przeczuwa ich największe lęki.


A kim w pani interpretacji jest dla Generałowej Płatonow?
Przyjacielem. Jest bardzo podobny do niej. Odpowiada jej przede wszystkim intelektualnie – lubi jego inteligencję i cynizm. To jest jedyny mężczyzna na jej poziomie. Poza tym ona czuje, że to jest dla niej ostatni moment, kiedy może zanurzyć się w romans, miłość. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, jakie to śmieszne. Jest zażenowana sobą, że tak jej zależy.

Czy powinno się uwspółcześniać „Sztukę bez tytułu”?
Uważam, że nie trzeba. Ona dalej jest aktualna. Dziś, podobnie jak sto lat temu, ludzie tęsknią, cierpią, pragną. Zmieniły się tylko gadżety i okoliczności, a nie intensywność przeżywania rzeczywistości, pokonywania trudnych sytuacji, finansowych uzależnień, które zmuszają nas do robienia tego, na co nie mamy ochoty. Bohaterowie sztuki bez tytułu są do nas bardzo podobni.