Rolę Winnie w „Szczęśliwych dniach” Becketta traktuję jako pani wyznanie wiary w człowieka, w teatr, w sens istnienia. Wbrew tradycji grania tej sztuki znalazła pani w niej optymizm i nadzieję. Winnie jaśnieje.

Maja Komorowska: Tak o Winnie myślałam i wierzę, że nie sprzeniewierzyłam się tekstowi Becketta, wszystkie słowa są jego. Nic nie zostało skreślone. Wszystko, co było zapisane w partyturze, zrobiłam i powiedziałam. Reżyser Antoni Libera bardzo skrupulatnie tego pilnował. Zostaje jednak jeszcze pejzaż Winnie. Tak nazywam to, co podpowiada wyobraźnia. To, co jest pod zdaniami i wokół zdań. Pejzaż jest tym, co widziałam i czułam, pracując nad „Szczęśliwymi dniami”. Chciałam, aby w tym była nadzieja. Winnie została uchwycona w sytuacji granicznej. W pierwszym akcie zakopana w kopcu po pas, w drugim zostaje tylko głowa. A jednak mówi niejako wbrew swej sytuacji. Zdolność mówienia jest jej błogosławieństwem. Winnie ma w sobie coś z błazna. Ktoś powiedział, że kojarzy mu się z Gelsominą z „La Strady”. Myślę, że jej poczucie humoru i dystans, na jaki umie się zdobyć, potęgują dramatyczność jej położenia.

W pierwszym zdaniu Winnie mówi „I znowu cudowny dzień”. Chyba w to wierzy…
Nie wiem, może w to nawet nie wierzyć. Zdarza się przecież, że twierdzimy, że czujemy się wspaniale, kiedy w istocie jest zupełnie inaczej. Słowa mają moc postanowienia: ma być dobrze. Winnie, jak każdy z nas, ma swoją… torbę. Gdy chce, może do niej sięgnąć. A jednak wie, że na wszystko jest właściwy czas. Niczego nie przyspiesza. Dozuje sobie słowa, codzienne rytuały. Torba? Nie, teraz nie, jeszcze nie pora. Ma w zanadrzu swoje wspaniałe opowieści, ale wie, że nie może powiedzieć ich za wcześnie. Tekst Becketta ma swój rytm, swoją muzykę… Najpierw cudowny dzień, potem modlitwa, a potem wszystkie czynności, które musimy zrobić na początku każdego dnia. Winnie robi tyle, ile może, ile jest możliwe. Myślę, że to jest bardzo bliskie naszego życia. I w tym jest wielkość tej sztuki. W tym oddaniu życia, które jest trudne, nawet gdy nie ma w nim wielkich tragedii. Bo przecież obok nas są i trudno o tym zapomnieć. I wtedy przychodzi do głowy pytanie – dlaczego sobie nie pomagać? Tak, potrzebuję nadziei. W naszych „Szczęśliwych dniach” Winnie, wbrew wszystkiemu, postanawia ją mieć. Ten tekst potrafi unosić, gdy się go mówi, jakby zyskiwało się siły. Winnie, wyrzucając z siebie słowa, czerpie życie jak przez kroplówkę. Niewiele znam takich sztuk… Bernhard, Beckett… Zdumiewa mnie, zachwyca, jak kondycja Winnie może się złączyć z kondycją aktora. Gdy rozpoczynam ten galop tekstu, zawsze czuję, jakbym wypływała w morze. Tylko czy uda się wrócić?


Winnie ma torbę. Co jest najważniejsze w torbie każdego człowieka?

U Becketta te rzeczy, które służą Winnie w ciągu dnia, pozwalają jej przeżyć dzień. Lusterko, szczotka do włosów, szminka, ale też pistolet – ma go na wszelki wypadek. A w naszych torbach? Każdy ma co innego. Zawsze to, co nam służy, pozwala przetrwać, do końca dnia. Do końca życia.

Pani artystyczna droga jest drogą wierności sobie. Pani role łączy jedno – chęć bycia zawsze po jasnej stronie. Tak jest też z Winnie.

To nie jest takie proste. Aktorstwo polega na wcielaniu się często w najbardziej odległe nam postaci i emocjonalne stany. Przecież nie wiem, jak to jest kogoś zabić, a w „Szaleństwie” Duras grałam domniemaną morderczynię. Czy człowiek wierzący nie może zagrać ateisty? Oczywiście, że może. Dobrze jest móc zetknąć z różnymi postaciami. Bella z „Życia rodzinnego” rozsadzała świat wokół siebie. Bohaterka „Za ścianą” zza okularów zmagała się ze swoją niepewnością, swymi kompleksami. A potem przyszła wyzwolona Rachela w „Weselu”, błaznująca wbrew sytuacji ciotka z „Cwału”? Czasem myślę, że Ciotka z „Cwału”, gdy była młoda, mogła być Bellą. I chyba Winnie zrozumiałaby Ciotkę. Lubiłam w niej to, że często nie miała racji, nie zawsze można było usprawiedliwić jej postępowanie. Za to miała pasję, i to ona ją tłumaczyła. Jeżeli to możliwe i bez szkody dla utworu, próbuję bronić moich bohaterek. Rozumiem przez to zbadanie motywacji ich działań. Dlaczego robimy coś złego, co nas do tego popycha? Gdy próbowałam rolę Matki w „U celu” Bernharda w reżyserii Erwina Axera którejś nocy wstałam i jak adwokat zaczęłam zapisywać argumenty na jej obronę. Erwin żałował potem, że nie przyniosłam tych zapisków, przydałyby się przy pracy.


Jednak nie wyobrażam sobie pani w roli, gdzie punktem dojścia byłoby nihilistyczne podejście do świata. 

Z czasem widzimy za sobą coraz dłuższą drogę, taka długa aleja, a przed nami – już coraz mniej. I na tej długiej drodze, którą przeszliśmy, z perspektywy czasu dostrzegamy coraz więcej. Znaczą ją spotkania z ciekawymi ludźmi, a one zawsze były dla mnie ważne. Kiedy zostaje coraz mniej czasu, chciałoby się być po jasnej stronie. I coraz wyraźniej widać, że cierpienia i wszystkie nasze klęski mają swą wagę, czemuś służą. Gdy jest ciężko, staram robić to, co jest możliwe – możliwe w tej chwili. Na przykład sprzątać w szafie, tyle zawsze można zrobić. Tak postępuje Winnie, ucieka się do swoich najprostszych czynności. Chce się ich „uczepić”. Czuje się uwiązana, ale wierzy, że któregoś dnia ziemia pęknie wreszcie i pozwoli jej odejść. Na razie cały trud wkłada w swoje rytuały.

Życie przyzwoite musi być okupione trudem. Winnie płaci nim za każdy cudowny dzień. Potem przychodzi pora na pieśń.

Koniecznie w odpowiednim momencie. „Za wcześnie śpiewać to wielki błąd, lecz z drugiej strony nie można za długo zwlekać”. Winnie błogosławi dar słyszenia. Wciąż przypomina sobie słowa, ćwiczy pamięć. Mówi o przemijaniu. „Nie mam już nic do zrobienia ani do powiedzenia, a muszę mówić dalej”. 
Skoro jeszcze jestem, to trzeba temu sprostać.

Postaci Becketta są wtedy, kiedy mówią. Mówienie jest jak linia życia. Przytacza pani ważne dla siebie zdanie: „Nie mam już nic do zrobienia ani powiedzenia, a muszę mówić dalej”.
Oczywiście, że człowiek się zastanawia, kiedy powinien skończyć. Pamiętam, jak mama powtarzała mi, jak ważne jest wiedzieć, kiedy trzeba wyjść... To naturalne, że się o tym myśli. Winnie musi mówić. Przywołuje klasyków, wierzy w słowo. W zmieniającym się świecie, pędzącym do przodu ta wiara jest szczególnie ważna. Wydaje mi się, że trudno jest nam za tym światem nadążyć. Kiedyś w naszych domach mówiliśmy innym językiem, czuliśmy się w nim bezpieczni.


Beckett jest mistrzem języka. 

Najlepszy dowód, że po tylu latach grania wciąż wracam do zdań Winnie, wypisuję je. Dobrze skonstruowane zdanie jest wielkim darem, wbija się w pamięć. Jest potrzebne.

Teraz nadszedł czas innego teatru.

Każdy ma prawo szukać. Zmienia się ludzka świadomość, wrażliwość. Na pewno ważne jest, aby w miarę upływu lat nie zamykać się, być otwartym na poszukiwania. Dopilnować, żeby nie zgorzknieć. Patrzyłam na teatr Jerzego Grzegorzewskiego – jedne przedstawienia były mi bliskie, inne bardziej odległe. Ale zawsze przykuwały uwagę i pobudzały wyobraźnię. Coraz bardziej mi go brak w tym pejzażu teatralnym. Minął już jakiś czas, a obrazy z jego spektakli mam przed oczami. Wracają jak sen.

Dziś na tej mapie teatralnej są inne zjawiska.

Tak, teatr musi być różny. Trzeba dać ludziom prawo wyboru – i widzom, i aktorom. 
Trzeba się cieszyć Krystianem Lupą, Krzysztofem Warlikowskim, Grzegorzem Jarzyną. Oni szukają naprawdę, czasami burząc nasze poczucie bezpieczeństwa. Ale taka jest cena, żeby powstało coś nowego, coś, do czego nawet nie jesteśmy jeszcze przygotowani.

„Umierać musi, co ma żyć”. To Wyspiański.

Właśnie. Poszukiwanie jest podróżą i ci twórcy w tę podróż ruszają. I płacą za to cenę.


A jednak każdy jest przywiązany do tego, co było. Z upływem czasu idealizujemy przeszłość.

To prawda, choć wraca również to, czego nie udało nam się zrobić lub zrobiliśmy źle i teraz jakoś kłuje. Ważne, by zachować równowagę. Jak Winnie – dotrwać do końca.

Najtrudniej chyba znaleźć optymizm w tym, co nieodwracalne. „Nic się nie da zrobić” – to pierwsze zdanie „Czekając na Godota”.

Ale Winnie mówi: „Opuszczać i podnosić głowę, opuszczać i podnosić”. Upadać i podnosić się. Znów – patrzeć w przyszłość. Pamiętać o przyszłości. Chociaż „Wszystko wydaje się dziwne. Bardzo dziwne. Niby wciąż takie same, a jednak coraz dziwniejsze.

Mogłaby pani powtórzyć za nią te słowa?

W każdej roli można znaleźć zdania bliskie, do nas przylegające.

Nawet nie tylko do pani, bo Winnie zajmowała uwagę. Zdarzało się, że ludzie przychodzili na to przedstawienie po kilka razy. 

Winnie jest wdzięczna za to, ze ktoś jej słucha. Kiedy ktoś słucha, trzeba mówić. W zawodzie aktora ma to dosłowne przełożenie. Ludzie słuchają, więc aktor mówi.


Wciąż słuchają. „Mimo wszystko” w Teatrze Współczesnym idzie kompletami kolejny sezon, w „Aniołach w Ameryce” Warlikowskiego zagrała pani rabina, zaraz powrót do „Wymazywania” i jego rejestracja telewizyjna.

Tak to jest. Czasami myśli się, że już czas kończyć. A jednak ciągle jeszcze gram „Szczęśliwe dni” i właśnie „Mimo wszystko”. Kiedy znajduję czas, jeżdżę na spotkania z ludźmi, rozmawiam z nimi, mówię wiersze wielkich poetów. Mam świadomość, że kiedy nie będę już miała miejsca w sztuce, zostanie mi ten sposób spotkania z widzem. Poezja ma wielką siłę. Często do niej wracam. Na przykład do „Tarniny” Zbigniewa Herberta. Chyba nie ma takiej sztuki, która opisałaby to wszystko, czego dotknął Herbert w tym wierszu. Pojawiają się propozycje. Cieszę się, że są, ale nie wszystko można zrobić. Przyszedł czas, kiedy trzeba się zastanowić, co jest możliwe, a co nie. Ile się jeszcze chce mówić, ile trzeba mówić. Trzeba to rozeznać. Rozeznać, czy ludzie chcą mnie jeszcze słuchać i co mam jeszcze tak naprawdę do powiedzenia.

Czy bierze pani pod uwagę, że może się pomylić?

Tak, ale myślę, że trzeba dać sobie prawo do błędu. Błędy też mogą mieć sens. Nawet po to, żeby zatęsknić za tym, czego się nie zrobiło.

Tęsknota to słowo, które powraca często w „Pejzażu” – pani rozmowach z Barbarą Osterloff.
Tęsknota łączy się z brakiem. Tak mówiłam o tym w „Pejzażu”: „To poczucie, że coś przeminęło. – ten brak – jest ważny. Nie można się go pozbawić, ale można starać się go dopełniać. Dopełniać ten b r a k. Czy nie dlatego tworzymy?”.


Na razie pani mówi. Nikt nie wyobraża sobie chyba Akademii Teatralnej bez Mai Komorowskiej, chociaż myślała pani o rezygnacji.

Wciąż jednak jeszcze jestem. Ale trzeba brać pod uwagę, że tak jak Winnie może „braknąć słów”, coś w człowieku wysycha. Nie wiem, czy dziś zrobiłabym „Opowieści Hollywoodu” albo „Akropolis”. Pomysły przychodziły same, dawały poczucie tworzenia. Pamiętam podnoszącą się wodę w „Opowieściach…” – jak pokazać w szkole, że ktoś się topi? Woda idzie do góry, „zmartwychwstaje” i zamienia się w niebo. Dziś nie wiem, czy bym to potrafiła.

Tym, co nie pozwala wyschnąć, jest literatura…

Tak.

…i ludzie…

Gdy człowiek jest już starszy, po kolei odchodzą. Idziemy wielką grupą i ona z czasem topnieje. Ale błogosławieństwem jest, że przypływają nowi. Dochodzą do nas i znów idziemy razem. A potem może nas zabraknąć, a oni będą dalej szli.

No właśnie – ludzie. Po Jerzym Grotowskim spotkała pani Jerzego Jarockiego i zagrała rolę komediową, wręcz bulwarową. W sztuce „Każdy kocha Opalę”.

Jerzy Jarocki tak dużo mnie nauczył. Bez niego przejście do repertuarowego teatru, po pracy z Jerzym Grotowskim, byłoby bardzo trudne. Miałam wielkie szczęście. Helmut Kajzar we współpracy z Józefem Szajną… Niezapomniana dla mnie rola Hamma w „Końcówce” Becketta w reżyserii Jerzego Krasowskiego, praca z Krystyną Skuszanką w najlepszym ich czasie. Potem Erwin Axer i dramaturgia Bernharda. I Maciej Englert, który dał mi „Letycję i lubczyk” – następną komedię, rzecz o wielkiej tęsknocie do koloru. 




Był jeszcze „Kwartet” Zbigniewa Zapasiewicza – sztuka jak sztuka, ale jakie role! Tam też szalenie ważna była torebka bohaterki.

Tak. Pomyślałam, że ciągle musi mi towarzyszyć. Ważne też były buty. Zbyszek się śmiał, że zawsze pytam o buty. To prawda, bo sposób chodzenia bardzo wiele mówi o postaci.

No i spotkanie z Krystianem Lupą.

Tak. Niezwykłe spotkanie. Zobaczył mnie w „Szczęśliwych dniach” i powiedział, że musimy razem pracować. Jego wyobraźnia mnie zachwyciła. Potem spotkała mnie jeszcze niespodzianka, kiedy za Stanisławę Celińską grałam rabina w „Aniołach…”. Zresztą z charakteryzacją z Becketta, więc byłam nie do rozpoznania. W filmie Krzysztof Zanussi, Andrzej Wajda, Edward Żebrowski, Tadeusz Konwicki, Krzysztof Kieślowski.

Taka droga… I wróciła pani do „Szczęśliwych dni”.

Wróciłam. Pomyślałam, że to mógłby być dobry koniec. Punkt dojścia.

Role się ułożyły w piękny dywan. Teraz można po nim przejść i poczuć… No właśnie – co?
Jak Winnie – jestem za to wdzięczna. A co będzie dalej? Zobaczymy. Chciałabym znaleźć trochę czasu, aby zająć życiem. Nawet w Polsce nie zdążyłam odwiedzić tylu miejsc, nie byłam w Bieszczadach. Muszę pojechać w Bieszczady.