"Sztuka bez tytułu"
Antoni Czechow
Reż. Agnieszka Glińska
Teatr Współczesny w Warszawie
Premiera: 19 grudnia
Ocena: 4/6



Do dziś przed oczami mam sceny z „Płatonowa” Mai Kleczewskiej w bydgoskim Teatrze Polskim. Było to przedstawienie chwilami niespójne, przewrócone do góry nogami i niedoskonałe, ale bolesne. Inscenizacja Agnieszki Glińskiej jest na przeciwnym biegunie, ze wszystkim tego zaletami i wadami.

Ma być na wskroś tradycyjnie. I stroje z epoki, i klasyczne fryzury, nawet pieniądze w formie pożółkłych talonów. Sprzętów jednak nie będzie zbyt wiele – Glińskiej nie chodzi o naturalistyczną iluzję życia. Konieczne skreślenia tekstu też nie są radykalne. Reżyser nie zrezygnowała do końca z dosłowności tekstu. Nie bała się też tanich scen melodramatycznych i zderzenia ich z refleksją całkiem serio, kiedy przez postać Głagoliewa zaznacza konflikt pokoleń, piętnuje kabotyństwo pijanego Tryleckiego, portretując wstyd jego córki Saszy. Co zatem Glińska chciała powiedzieć o bohaterach? Że są nieszczęśliwymi, podłymi i zepsutymi do szpiku bestiami? Stara się ich bronić, zwraca uwagę, że są ofiarami swojej cielesności, inteligencji, swoich ojców i epoki, w której żyją.


Kluczowa wydaje się druga scena. Bohaterowie schodzą się do salonu generałowej Wojnicew. Siadają jednak w rzędzie, zwróceni przodem do widowni – rozmawiając ze sobą, patrzą w dal. Chwilami wydają się nieobecni, zastygli w pozach. Wymieniają ukradkowe spojrzenia, wymowne gesty, różni ich nawet sposób siedzenia – oto Czechowowska galeria. Generałowa swobodna z przyklejonym uśmiechem, Sasza skupiona i nieśmiała, Sonia z podniesioną głową, Maria rozdygotana, Trylecki śpiący, Sergiusz szczęśliwy, Głagoliew przesadnie skromny i ugrzeczniony, wreszcie Michał Płatonow z rozłożonymi nogami kpi, żartuje, kąsa zalotnie, chce rozdawać karty. Glińska stopniowo zburzy ich pozy. W trzecim akcie, pomyślanym jako sen Płatonowa, rozsypią się, rozepną gorsety poprawności. Zobaczymy karykatury kobiet wyjących o miłość.

Płatonowa gra Borys Szyc. Jego Płatonow to dzieciak, bezczelny pyszałek. Jednocześnie przerażony i zachwycony sobą. Trochę niepewny, ma świadomość swojej nieokreśloności. Szkoda, że tak słabo Glińska zaznaczyła jego relacje z kobietami – to widzowie mają się domyślać, dlaczego Sonia (świetna Katarzyna Dąbrowska) klęka u jego stóp, Generałowa za nim szaleje, Maria Grekow (Monika Pikuła) mimo upokorzeń go kocha, a Sasza (bardzo dobra Dominika Kluźniak) chce dla niego umrzeć.


Generałowa Wojnicew Moniki Krzywkowskiej swoją charyzmą i zdecydowaniem panuje nad całością. Strojem zaznacza pochodzenie, miną nadrabia pustkę i niespełnienie. Wypowiada słowa z szybkością karabinu maszynowego, z gracją i nieukrywaną dumą swobodnie rozmawia zarówno z kochankiem, jak i wierzycielami. Nawet kiedy wyznaje miłość Płatonowowi, robi to tak, żeby nikt potem nie mógł posądzić jej o śmieszność. Wyraźną kreską zaznaczony jest też bandyta i koniokrad Osip Andrzeja Zielińskiego. Żywcem wyrwany z dzikiej puszczy. Prymitywny jak trzeba, efektowny i bezinteresownie zakochany w generałowej. Skończona rola.

Zresztą pochwały należą się niemal wszystkim aktorom – bo „Sztuka bez tytułu” to świetnie zagrany spektakl. Zbudowany z dobrze pomyślanych scen, z których szczególnie dotkliwa i wyrazista jest ostatnia. I gdyby w takim tonie była utrzymana cała inscenizacja, byłby to pełen sukces. Tymczasem spektakl Glińskiej miejscami wydaje się zbyt ugrzeczniony, rozmyty. Chciałby się do tego zdemoralizowanego świata dorzucić trochę brudu, przyciemnić kolory. Żeby do końca, jak w zamyśle Gińskiej, było jak u Czechowa.