"Lipiec"
Iwan Wyrypajew
Reżyseria autora
Teatr Na Woli
Prapremiera polska 9 października
Ocena: 5/6



Mówią powszechnie o Wyrypajewie jako sumieniu współczesnej Rosji. Chyba trafiają kulą w płot, bo takie miano należy się raczej Koladzie i Sigariewowi. To oni w większym niż Wyrypajew stopniu zdają się w swoich sztukach oddawać mrok rosyjskiej „czernuchy”, bezbłędnie wąchając czas, a ze swych niemal reporterskich obserwacji wyciągając ostateczne wnioski. Autor „Tlenu” natomiast swój żywioł odnajduje w języku. Nieociosanym, chropawym, celowo brudnym, naśladującym gwar ulicy.

Fani twórczości pisarza powiedzą, że jest w tej specyficznej melodii klucz nieoczywisty, że oratoryjne niemal sztuki są dla Wyrypajewa odpowiednikiem poezji. Inni zarzucą mu czasami trudną do wytrzymania manierę, stwierdzą, że pozornie niedbale formułowane zdania są w istocie aptekarsko wycyzelowane. Byłaby to więc precyzyjna mistyfikacja.


W lekturze również „Lipiec” sprawia podobne wrażenie. Utwór Wyrypajewa jest monologiem 63-letniego mężczyzny, który z nieznanych widzowi i czytelnikowi przyczyn morduje, ćwiartuje i pożera swe ofiary. Owszem, jakoś musiały mu podpaść, ale żaden zwyczajny człowiek nie posunąłby się do takiej reakcji. U rosyjskiego autora gniew nieznanego z imienia mordercy ma – jak się zdaje – być metaforą nieomal biblijną. Oto bohater „Lipca” daje samemu sobie władzę na ludzkimi (i zwierzęcymi zresztą też) istnieniami. Tak miałby wyglądać gniew Boga wymierzony w dzisiejszą mizerię ludzkości?
Na scenie tekst ma oczywiście znaczenie, najwięcej jednak zależy od tego, kto go wykonuje. Iwan Wyrypajew jest w tym względzie skrupulatny. Chce, by tekst „Lipca” wykonywała – tak, wykonywała, a nie wypowiadała – kobieta. Więcej wskazówek nie daje. W Moskwie podobno wykonuje „Lipiec” wielka aktorka, ale pisarz nie zgadza się z jej interpretacją. Chce, by aktorka podporządkowała się karkołomnemu brzmieniu tej partytury. Mam pewność, że Karolina Gruszka robi zdecydowanie więcej.

W teatrze dotąd nie pokazała chyba niczego, co oddawałoby siłę jej talentu. W Narodowym nawet w rolach istotnych (choćby w „Tartuffie” Lassalle’a) raczej wzbogacała tło przedstawienia. Współpraca z rosyjskim artystą chyba fundamentalnie ją zmieniła. Po „Lipcu” widzę w Gruszce osobowość wręcz magnetyczną. Ale dopuszczam też myśl, że w jej osobie mamy dziś do czynienia z artystką do granic możliwości plastyczną. Że przyszedł taki Wyrypajew i uformował sobie Gruszkę na nowo, specjalnie na potrzeby tego właśnie spektaklu. Nie wiem, jak było, ale żadna z opcji nie umniejsza klasy aktorki.


Na scenie ma do dyspozycji tylko staromodny mikrofon. Nawet przez moment nie próbuje udawać bohatera tekstu Wyrypajewa. Wchodzi na scenę w lekko ozdobnej sukni, na którą narzuca prostą marynarką. Mówi zdania swego monologu na niemal jednym oddechu, nadając im melodię dziwnego wschodniego zaśpiewu. Wrażenie jest piorunujące, bowiem „Lipiec” obudowany poetyckimi mimo wszystko zwrotami przetykanymi najbardziej wyszukanymi wulgaryzmami, zaczyna brzmieć w jej ustach jak poezja prawdziwa – chora do trzewi, a jednocześnie jakoś nierzeczywista. Podobnie niedotykalna i niezbrukana najmocniejszymi słowami wydaje się być w tej roli Karolina Gruszka. Ze słów i ponad słowami Wyrypajewa buduje własny świat. Nie umiem powiedzieć, jak samym głosem i wytrzymanym do końca gestem to robi. Aktorstwo Gruszki w „Lipcu” zdaje się całkiem osobnym zjawiskiem, na polskich scenach przynajmniej nie mam dla niego właściwego porównania. I nie potrafię wyobrazić sobie tekstu Wyrypajewa w innym wykonaniu.