"Trip 71" jak cień Huntera S. Thompsona
W długo oczekiwanym przedstawieniu Studia Koło "Trip 71" jego autor Igor Gorzkowski wysyła do widzów paradoksalny jak na specyfikę teatru komunikat: zamiast oglądać spektakl, idźcie do kina! Sztuka pozostaje raczej szkicem godnym rozwinięcia niż równoprawną słynnemu filmowemu odpowiednikowi adaptacją zapisków kronikarza lat 70.
- Podsumowanie roku 2009: teatr
- Pierwotna, dzika energia "Merlina"
- Podobno jestem specjalistą od świrów
- "Oniegin" Trelińskiego z Rosjanami
- Polski teatr czasu transformacji
- Drugi teatr Jandy rozpoczyna działalność
- Zjawisko: Karolina Gruszka
- Artyści a polityka
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 23°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
"Trip 71"
Hunter S.Thompson
Reżyseria Igor Gorzkowski
Studio Teatralne Koło w Warszawie
Premiera 7 stycznia
Ocena: 3/6
Na początku musiała być fascynacja prozą Huntera S. Thompsona i scenariuszem Terry’ego Gilliama, potem niepewność. Jak poprowadzić spektakl, czy konkurować z głośnym filmem, czy
też dokonać własnej wariacji wokół powieści amerykańskiego kronikarza lat 70.? Trudno osądzić, jaką drogę Gorzkowski ostatecznie wybrał, ale z pewnością nie zaryzykował na miarę
swoich możliwości. Dla kogoś, kto widział „Las Vegas Parano”, najnowszy spektakl Studia Koło może być już tylko scenicznym przeniesieniem wiążących scen z filmu.
Jeżeli zaś ktoś widzi tę historię po raz pierwszy, zyskuje niewiele więcej. Bo „Trip 71” pozostaje raczej szkicem godnym rozwinięcia: zadziwiające, dlaczego zabrakło Gorzkowskiemu pomysłu na rozpęd tej opowieści. Właściwie brakuje tu motywacji, bo Duke (Sławomir Grzymkowski) i Gonzo (Wiktor Korzeniewski) na początku dokonują retrospekcji własnych przygód, ale już za moment są uczestnikami zdarzeń w narkotycznym amoku. I trudno przekonać kogokolwiek, dlaczego tak się dzieje.
Jeśli odnosić tę gonitwę do poszukiwań american dream jak u Huntera i Gilliama, osadzamy ten spektakl w kontekście, który u twórcy Koła nie znajduje żadnego oparcia, tak by móc dyskutować o zatraceniu się we współczesnym świecie, obłędzie konsumpcji, sferze tu i teraz. Inne sposoby „podpięcia” bohaterów do jakiejś opowieści wydają się pretensjonalne. Być może to manifest młodości w ciekawych czasach, ale bez tła teraźniejszości? Choć na scenie chwilami wiele się dzieje. Znakomity jest moment, gdy Duke i Gonzo próbują się poruszać po uciekającej podłodze, którą imitują prostopadłe linie rzucane z projektorów. Gorzkowski przez moment opanowuje całą przestrzeń sceny, pochłania widza, umieszczając w głowach postaci.















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!