"Merlin"
Tadeusz Słobodzianek
Reżyseria Ondrej Spisak
Laboratorium Dramatu w Warszawie
Premiera 15 stycznia
Ocena: 5/6


To jest ten sam, a jednak inny spektakl. Scenografia i kostiumy pozostały bez zmian, no ale wtedy grano dramat Tadeusza Słobodzianka na Scenie przy Wierzbowej, a zatem w dającej znacznie większe możliwości przestrzeni. Sala Laboratorium Dramatu wymusza ograniczenia. Jest płytsza, odbiera pole manewru. Odnaleźć się w niej spektaklowi zakrojonemu na znacznie szerszą skalę to wcale nie jest łatwa sprawa.

Tekst się nie zmienił. Słobodzianek jest znany z tego, że przygotowuje po kilka wersji swych sztuk, tym razem jednak zostawił wszystko po staremu. Niezmienna pozostała także, o ile mnie pamięć nie myli, partytura scenicznych działań. „Merlin” wciąż robi wrażenie jako widowisko wręcz naładowane energią. Przywodzi na myśl dziką nieokiełznaną ludzko-ludzką mszę.

A jednak jest to zupełnie inna inscenizacja, bo stoją za nią inni aktorzy. W programie obsada jest co prawda podwójna, a czasem i potrójna, ale póki co we wznowieniu inscenizacji Ondreja Spisaka występują wyłącznie nieoglądani przed laty wykonawcy, co ma rzecz jasna znaczenie absolutnie podstawowe. Porównania pomiędzy odtwórcami poszczególnych ról z obu wersji narzucają się same, raz wypadają na korzyść aktorów Narodowego, innym razem artystów z Laboratorium. Mniejsza z tym, choć nie ukrywam, że nie obraziłbym się, gdyby któregoś dnia na Olesińskiej zafundowano nam set z „Merlinem” – pierwotną, a potem obecną obsadę.


Dzisiejszy „Merlin” inaczej rozkłada akcenty. Tytułowy bohater w interpretacji Janusza R. Nowickiego podkreśla zmęczenie starego kapłana, który pociąga za wszystkie sznurki, ale świat wymyka mu się spod kontroli. Rycerze Okrągłego Stołu tym razem wypadają dobrze jako natchniona, a jednocześnie zbrukana ludzkimi słabościami zbiorowość, mniejszą uwagę zwaraca się na każdego z osobna. Spośród nich najciekawszy wydaje się buńczuczny Gowen Mariusza Drężka, równie dobry jest Lancelot Michała Żurawskiego.

Wieczór należy jednak do kobiet. Ginewra Agnieszki Warchulskiej jest władcza, ale i opętana namiętnością. Na pozór niewinna Viviana Anny Gajewskiej w istocie zdaje się piewcą wszelkiego zła. To już kolejna świetna partia młodej aktorki na deskach Laboratorium Dramatu. Kolejna, w której jawi się ona jako artystka odważna i bezkompromisowa. Niewiele aktorek umie tak jak Gajewska ogrywać własną nagość, traktować ją niczym jeszcze jeden kostium.

Spektakl Spisaka mocniej niż przed laty akcentuje własną autotematyczność. Myśl Słobodzianka wciąż wybrzmiewa z właściwą siłą. Świat jest źle urządzony, bo niszczą go sami ludzie. Święty Graal nie istnieje, bo nikt nie chciał go odnaleźć. Brytania spłynęła krwią i pokryła się wstydem, bo honoru nie potrafili dochoiwać jej rycerze. Diagnoza dramaturga nie ogranicza się rzecz jasna do historycznego kostiumu, ale rozciąga również na współczesność. My także możmy poczuć się wezwani do odpowiedzi.

Siłą „Merlina” wciąż pozostaje to, że jak niewiele innych spektakli zaraża on pierwotną dziką energią. Dramat Słobodzianka chwilami brzmi jak mantra, a zbudowany jest na podobieństwo mszy. Nadaje mu to niecodzienny teatralny rytm, a ten z kolei zdaje się wręcz unosić skandując i wyśpiewujących kolejne frazy wykonawców. Imponuje przy tym wyobraźnia reżyseraia, scenografa (Frantisek Liptak) i kostiumologów (obok Liptaka Jan Kozikowski). Skórzane stroje zrównują poszukiwaczy Graala z dzisiejszymi wyznawcami którejkolwiek z sekt, wskazując, że historia zawsze się powtarza, tyle że w zmienionych dekoracjach.

Ci, co widzieli „Merlina” na Wierzbowej przyjmą wznowienie przedstawienia Spisaka jako nieoczekiwany prezent, powrót do wspomnień. Inni dostaną podczas spektaklu w Laboratorium zastrzyk energii. Ten teatr działa odświeżająco.