"Showtime"
Scenariusz i reżyseria: Michał Siegoczyński
Teatr Praga w Warszawie
Premiera: 22 stycznia
Ocena 2/6



Wydawało się, że Siegoczyński sukces ma w kieszeni. Przygotowuje przecież spektakl inspirowany jedną z najlepiej napisanych sztuk, jakie powstały dla teatru – „Kto się boi Virginii Woolf” amerykańskiego dramatopisarza Edwarda Albee. Ale to nie wszystko – na jej podstawie Mike Nichols nakręcił wybitny film z Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem. Inteligencki, zapuszczony dom bohaterów, pełen książek i pustych szklanek po brandy. Bohaterowie to para zgorzkniałych, zepsutych inteligentów i młode, pozornie ugrzecznione małżeństwo. Wystarczy im jedna noc, kilkanaście szklanek alkoholu, by spaść na samo dno. By na jaw wyszły ich największe brudy, marzenia, urojenia i frustracje. Chce się wyłączyć film, a jednocześnie brnąć w ten gorzki, zdeprawowany, wykolejony świat.

A co z tego świata ocalił Siegoczyński? Niewiele. Jego bohaterowie, owszem kłócą się, wytykają sobie błędy z przeszłości, ubliżają sobie, uroczo wtrącając słowo na k..., świetnie się przy tym bawiąc. Ich słowa nikogo nie bolą, nie ranią, odbiją się jakby od ścian i znikają. Nie ma tu mowy o żadnej tragedii. Ot, po prostu widzimy nieszczęśliwych ludzi, którzy wymieniają się inwektywami i tyle. Martha Ewy Kasprzyk, pochodzi z nowobogackiej rodziny, jest zepsuta i niezbyt mądra, udaje ekskluzywną kobietę.


Jej mąż Paul (dobra rola Krzysztofa Franieczka), to jej utrzymanek – pracuje dla teścia. Raz po raz rzuca żonie kąśliwe riposty, jest jakby z innej bajki. Szkoda, że to jedyna konsekwentnie poprowadzona rola. Druga para to układny i uprzejmy młody prawnik z ambicjami Nick (Antoni Pawlicki) oraz jego narzeczona Mila (Anna Kłos Kleszczewska) też z ambicjami, tyle że zorganizowania wystawy prac dzieci, którymi się opiekuje. Chciałby się rzec – czarująca nieszczęśliwa czwórka.

Przedstawienia nie ratuje nawet kilka przejmujących momentów, zagranych „na serio”, np. kiedy Mila mówi o swojej ciąży, lub kiedy bohaterowie leżąc na podłodze, opowiadają o przykrej przeszłości. Niewiele też wynika z filmowania niektórych scen. Jasne, ma być showtime... tylko, że brak konsekwencji w tych zabiegach.

Nie mam za złe Siegoczyńskiemu, że chciał stworzyć własnych, być może bliższych mu bohaterów. Tylko dlaczego ten świat wydaje się bezdennie głupi, nijaki, wręcz prymitywny? Po co „zabawne” metafory z gimnastyką, wanną, czy masażami w ręcznikach? I po co wreszcie ostatnia scena, z której daje wyczytać się tylko jedno przesłanie – podobne do tego z „Mody na sukces” – kochajmy się, każdy z każdym!