"Przypadek Iwana Iljicza"
według Lwa Tołstoja
Reżyseria Jacek Orłowski
Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
Premiera 23 stycznia
Ocena 5/6



Nic. Prawie nic. Na początku pustą niewielką scenę pokrywa ciemność. Z tyłu rząd krzeseł – pięć. Aktorzy w prostych kostiumach. Czerwona sukienka Praskowii (Dorota Kiełkowicz), szary garnitur Lizy (Iwona Dróżdż-Rybińska), na ciemno Fiodor ( (Marcin Łuczak) i Gierasim (Hubert Jarczak). Bez słów, bez gestów. Same spojrzenia, z których wyparowało życie. Wszystko gotowe, by opowiadać o śmierci. A poprzez śmierć mówić o życiu. Każdym życiu.

Nie wiem, czy znam inne opowiadanie, które mógłbym porównać ze „Śmiercią Iwana Iljicza” Lwa Tołstoja. No dobrze – „Śmierć w Wenecji” Manna, „Panny z Wilka” Iwaszkiewicza, prawdopodobnie coś jeszcze pominąłem. To jednak nic nie zmienia. Tołstojowi starczyło ledwie 100 stron, aby powiedzieć wszystko. To znaczy nic. Bo wszystko to nic.

Iwan Iljicz (Bronisław Wrocławski) nosi szary garnitur, jasną koszulę, gustowny krawat. Mówi spokojnie, bo wie, że nie ma sensu poganiać słów. Któregoś dnia Iwan Iljicz uderzył się bok. Myślał, że ból szybko minie, ale się mylił. Potem zaczął czuć w ustach dziwny metaliczny smak. Odwiedził wszystkich możliwych lekarzy, a ci prześcigali się w przeciwstawnych diagnozach. Z czasem miał się coraz gorzej. Zdawało mu się, że jego ciało rozpada się, trawione wewnętrzną gorączką. Gdy nie mógł już wytrzymać udręki, krzyczał. Przed jego krzykiem dla nikogo nie było ucieczki. Potem zobaczył jasno to, co minione. Zrozumiał wszystko. Mógł wziąć wreszcie głębszy oddech. Umarł, a śmierć przyniosła ukojenie.

Prosta historia – reżyser łódzkiego spektaklu Jacek Orłowski zmienia jej tytuł. Zamiast „Śmierci Iwana Iljicza” jest „Przypadek Iwana Iljicza”. Rozumiem to jako gest odpowiedzialności i szanuję go. Skoro poddaje się utwór znaczącym zabiegom adaptacyjnym, należy wyciągnąć z tego konsekwencje. Tytuł przedstawienia jest pojemny. Każe w Iwanie widzieć każdego, w jakimś stopniu obiektywizując perspektywę opowiadania. Stąd w inscenizacji Orłowskiego narracja jest, by tak rzec, podwójna. Nikt nie kryje, że wieczór oparty jest na tekście Tołstoja, gdyż nazwisko rosyjskiego pisarza przywołuje się wprost kilkakrotnie. Rzecz zatem w tym, by opisywany przypadek stracił cechy jakiejkolwiek wyjątkowości. Bazując na literaturze, chociaż na moment się od niej oderwał, przechodząc w samoistny byt. Strategia to uczciwa i uzasadniona, choć ingerencje reżysera w moim przekonaniu nie zmieniają wymowy opowiadania. Zatem nie byłoby nic niestosownego w „Śmierci Iwana Iljicza”. Nie zamknęłaby ona żadnej z interpretacyjnych dróg. „Ślepa kiszka? Nerka? Przecież nie o ślepą kiszkę i nerkę tu chodzi, a o życie i śmierć” – mówi w pewnym momencie bohater Tołstoja. O życie i śmierć – bardziej nawet o życie.


Niezwykłość spektaklu w Teatrze Jaracza i roli Wrocławskiego, co jest jak intymne wyznanie, polega na tym, by budować dystans do opowiadanej historii tylko po to, żeby za chwilę go zburzyć, nie dając widzowi szans na ucieczkę w bezpieczne miejsce. Wrocławski zaczyna szybko, wartko, zbyt swobodnie. Patrzę i samego siebie pytam, czy o to właśnie szło. Czy Iwanowi Iljiczowi nie jest za blisko do barwnych, choć kalekich typów, kreowanych przez aktora w trzech monodramach z Bogosiana, stworzonych przecież wspólnie z Jackiem Orłowskim. Potem jednak ból Iwana zaczyna boleć także mnie. Wrocławski zapada się w sobie, jego sceniczny świat ulega krańcowej redukcji. Światło projektowane przez Katarzynę Łuszczyk wydobywa z szarości tylko jego sylwetkę. Iwan ma tylko siebie. Cały jest swoim własnym bólem.

I wtedy zdarza się coś nieoczekiwanego. Teatr zatacza krąg. Już nie jest tak, że na Iwana Wrocławskiego możemy patrzeć chłodnym okiem, bo tak nakazuje projektowany przez realizatorów obiektywizm spojrzenia. „Przypadek Iwana Iljicza” staje się od tej chwili seansem na wskroś subiektywnym. Wszystko jest w bohaterze i wszystko dzieje się wobec niego. Spotkanie z żoną, która już nie kocha, bo nigdy nie byla kochana, z córką, co niczego nie rozumie, z jej narzeczonym, przychodzącym z innego obcego świata. Tylko służący Gierasim przyjmuje bez szemrania swą rolę, bo przecież „każdy kiedyś będzie umierał”. Wszyscy tu grają znakomicie, ale prócz Wrocławskiego najwięcej pokazuje Hubert Jarczak. Jako Gierasim ma w sobie dziwny spokój i uległość, poddanie porządkowi bólu. Piękna, delikatną kreską rysowana rola.

A Wrocławski? Powiedzieć o nim, że w „Przypadku Iwana Iljicza” jest wybitny to nic nie powiedzieć. Bronisław Wrocławski to jest wielki aktor. Właśnie tak. Nowe role przygotowuje rzadko, jakby wiedział, że nie ma co tracić czasu na drobiazgi. Z Orłowskim pracuje bodaj po raz 10. Wciąż gra trzech swoich Bogosianów, jak mniemam lepiej się tego zagrać nie da. Pamiętam jednak bardziej złamanego nieszczęściem, a jednak jakoś władczego Lomana ze „Śmierci komiwojażera” o a przede wszystkim Zauberkoniga z „Opowieści Lasku Wiedeńskiego”. Była w tym przedstawieniu scena, którą wciąż mam przed oczami. Stary ojciec odnajduje swą córkę na dnie upadku. Rozpoznaje ją, choć wolałby jeszcze jedno oszustwo. Wrocławski zagrał w tym wszystko – w kilka sekund. Zagrał, jak kończy się życie.

Coś podobnego dzieje się w „Przypadku Iwaan Iljicza”. Od szerokiech gestów i mocnego głosu z pierwszych fragmentów niepostrzeżenie przechodzi aktor do rozłożonej na długie minuty męki Iwana. To jest jak pieta. Chociaż Wrocławski niczego nie akcentuje, unika wielkich liter, w udręczeniu Iwana jest coś z Golgoty.

Wszystko to trwa godzinę. Nie mniej, nie więcej. Jacek Orłowski z Bronisławem Wrocławskim, jak kiedyś Grzegorzewski z Peszkiem, wydestylowali ze "Śmierci Iwana Iljicza" teatr esencji.