Jak pracowałaś nad rolą Edith Piaf?

Monika Węgiel: Czytałam jej biografię, oglądałam wywiady, których udzielała, obserwowałam, jak się rusza, jak mówi. Piaf miała bardzo charakterystyczną gestykulację, sposób poruszania. Chodziła jak facet, wiecznie lekko przygarbiona jakby niosła trzy kilogramy ziemniaków. Kiedy śpiewała, szeroko stawiała nogi. Miała specyficzny grymas twarzy – ni to uśmiech, ni skrzywienie.


Piaf to też legenda, powracający w kinie i w teatrze mit. W ostatnich latach w Polsce grały ją w bardzo osobisty sposób Katarzyna Jamróz, Anna Sroka, Dorota Lulka, Agnieszka Matysiak... O kim ty opowiesz?

O kimś, kto wiecznie chciał mieć kogoś na własność, tęsknił za bliskością, ale jednocześnie nie potrafił być blisko, wręcz odpychał ludzi. Kto emocjonalnie dojrzewał jedynie jako artysta, ale… nie jako człowiek. O kimś, kto miał mnóstwo romansów, wielbicieli, pieniędzy, sławę i popularność, ale jednocześnie ciągle odczuwał jakiś brak. Bo Piaf była osobą strasznie zagubioną, samotną. Do tego rozwibrowaną wewnętrznie, przeżywającą skrajne emocje. Bywała też często bardzo nieprzyjemna, awanturnicza. Duży wpływ na to, jaka była, miało jej uzależnienie od alkoholu, leków, heroiny i od ludzi. W jej życiu nigdy nie nastąpił moment, w którym wytrzeźwiała.


To pierwsza tak duża rola w twojej karierze aktorskiej.

Mam nadzieję, że podołam zadaniu, choć jest bardzo trudne…


Nie „przybiła” cię ta praca?

Ktoś mnie zapytał, czy są jakieś punkty styczne między mną a Piaf – odpowiedziałam „oby jak najmniej”.


Ale śpiewać zaczęłaś bardzo wcześnie, podobnie jak ona. Pierwsze wyróżnienie na Festiwalu Piosenki Śpiewanej we Wrocławiu dostałaś mając zaledwie 12 lat. Kilka lat później, jeszcze nie mając matury, miałaś już 20 nagród oraz własne recitale na przeglądach i konkursach w całej Polsce. Jak siebie pamiętasz z tamtego czasu?

To było instynktowne, nieświadome – czułam, że chcę śpiewać i już.


A wstyd, lęk? W końcu kiedy zaczynałaś, byłaś dzieckiem, niedoświadczoną gimnazjalistką.

Nie. Czułam się pewnie. Lubiłam to.


Mówisz to tak zdecydowanym głosem, że muszę ci uwierzyć.

Ze śpiewaniem u dzieci często jest tak, że to rodzice je do tego namawiają. Często niepotrzebnie, wbrew woli, na siłę, byle pchać w kierunku kariery.


Choćby drastyczny przykład Michaela Jacksona.

Ale u mnie tak nie było. To były moje własne decyzje. Sprawiało mi to przyjemność, więc za tym szłam.


Czyli śpiewanie oczywiste jak oddychanie.

Tak. Chociaż przez to, że zawsze miałam bardzo niski głos – w przedszkolu nie potrafiłam śpiewać tak wysoko jak inne dzieci. Nie miałam skali „dziecięcej”, więc wszyscy myśleli, że po prostu się do tego nie nadaję.


Ale dzięki niskiemu głosowi świetnie sprawdzasz się w repertuarze Edith Piaf, Ewy Demarczyk, Toma Waitsa czy Nicka Cave’a. Nie boisz się wtórności, porównań? Masz dopiero 25 lat, ledwo skończyłaś studia

Każdy się boi porównań. Ale minęły przecież czasy, kiedy piosenka literacka, piosenka francuska czy Piwnica Pod Baranami były popularne. Nie ma narzędzi promujących śpiewających aktorów ani ich tekściarzy. W kulturze popularnej nie pojawiają się ludzie na miarę Demarczyk, choć sama nieraz słyszałam na różnych przeglądach osoby wspaniale śpiewające, po których słuch zaginął. Jest mnóstwo festiwali poezji śpiewanej, które nic nie znaczą, nie wpływają na to, że zaczynasz częściej występować. Nawet prestiżowy Wrocław i Przegląd Piosenki Aktorskiej. Kiedy dostałam nagrodę, pomyślałam, „teraz to nareszcie się zacznie”. A tymczasem telefon milczał, nic się nie zaczęło. Chciałabym mieć swój repertuar, ale jest jak jest. Rynek muzyczny stał się bardziej ciasny, pop upomniał się o „swoje” i wypchnął piosenkę poetycką. Jestem aktorką, i śpiewając piosenki, które wszyscy znają, powinnam znaleźć im nową interpretację. Tylko wtedy mogę mówić o swojej twórczości.


Co ci daje śpiewanie? Jako aktorka skupiłaś się głównie na tym – występujesz też w dwóch, bardzo różnych muzycznie spektaklach Teatru Współczesnego w Warszawie: „Moulin Noir” i „To idzie młodość”.

Są takie chwile, dla których warto to robić. Zazwyczaj jednak wychodzisz na scenę i śpiewasz. Bywa, że jesteś „gdzieś obok”, nie czujesz emocji. Wykonujesz piosenkę i schodzisz ze sceny. To twoja praca. Ale jest też i tak, że śpiewam i mam wrażenie, że coś, co trwa 3 minuty, dzieje się w jakimś innym wymiarze czasu. To jest jak przejście w inny stan świadomości, w inną rzeczywistość i zdarza się niezwykle rzadko. To co czuję, śpiewając, to jedno. Ale drugie, to co czują i jak reagują ludzie, jak są skupieni. Wtedy wytwarza się między nami jakaś niesamowita więź.


Brzmi wzniośle. Masz misję?

Misją aktora jest dobrze grać. Oczywiście, irytuje mnie chałturnicze podejście do pracy, ale nie przepadam też za deklaratywnymi stwierdzeniami: "Nigdy nie zagram w reklamie", "Nigdy nie pójdę do serialu". Ciekawe zresztą, że o takich co najgłośniej krzyczą, najszybciej upomina się rynek komercyjny. Taka uroda naszego środowiska, że skłonności do przesady, deklaracje bez pokrycia, skłonność do mitomanii są tu na porządku dziennym i trzeba przymykać na nie oko. Na co dzień gram w Teatrze Współczesnym w Warszawie, ale niedługo pojawię się jako jedna z lekarek w serialu „Na dobre i na złe” i uważam, że nie ma to związku z tym, jak poważnie traktuję pracę w teatrze.