Narodowy teatr Francji ostatnio pokazywał się w Polsce z niezbyt dobrej strony. Ci wszyscy, którzy pamiętali występy Komedii ze znakomitymi „Szelmostwami Skapena” Jean Louisa Benoita albo z „Don Juanem” Jacquesa Lassalle, w którym wspaniałą tytułową rolę zagrał Andrzej Seweryn, podczas ostatnich wizyt przecierali oczy ze zdumienia. Najpierw zobaczyliśmy wieczór złożony z dwóch jednoaktówek. Pierwsza – „La Festa” Scimone w reżyserii Bułgara Galina Stoeva – zdawała się nieświadomą,a nieudolną kopią dramatów Marka Koterskiego z „Domem wariatów” na czele. „Pocieszne wykwintnisie” w inscenizacji Dana Jemmeta dla odmiany stawiały tylko i wyłącznie na ukazanie sztuki Moliera jako niemal cyrkowej farsy. Techniczna sprawność wykonawców niewiele tym razem wynagradzała.

W ubiegłym roku natomiast Comedie Francaise podczas warszawskich Spotkań Teatrów Narodowych zaprezentowała „Podział południa”. Słusznie zapomniany dramat Paula Claudela reżyser Yves Beaunesne wtłoczył w ramy teatru rapsodycznego z poprzedniej co najmniej epoki. 
W głównej roli zobaczyliśmy znaną z „Kochanka Lady Chaterley” Marinę Hands. Tam była przejmująca, tutaj bezradna wobec szeleszczących papierem recytacji Claudela. Zagorzali przeciwnicy Comedie Francaise, ci co od lat wieszczyli jej kres, dostali idealny argument na potwierdzenie swoich słów.

Jednak Komedia Francuska to teatralny kombinat. Spektakle odbywają się na trzech scenach. W mogącej pomieścić niemal 900 widzów Salle Richelieu gra się spektakle z założenia klasyczne i najbardziej prestiżowe produkcje. Theatre Du Vieux Colombier (300 miejsc), odległy od głównej siedziby, przeznaczony jest do widowisk kameralnych i awangardowych. Studio-Theatre (136 miejsc), jak sama nazwa wskazuje, służy działaniom warsztatowym i studyjnym. W bieżącym sezonie – dla przykładu – w repertaurze Salle Richelieu znalazło się 13 tytułów. Wśród nich „Skąpiec” Moliera, „Wielka magia” De Filippo, „Misterium buffo” Fo, „Ptaki” Arystofanesa. Wśród inscenizatorów zaś Denis Podalydes, Jean-Pierre Vincent oraz sam Luca Ronconi, obecny szef Piccolo Teatro Di Milano.

Podczas krótkiego pobytu w Paryżu udało mi się zobaczyć dwa przedstawienia, dające dobre wyobrażenie o obecnym stylu Comedie Francaise. I sttanowiące dowód, że ostatnie polskie występy Francuzów to tylko odskocznia od głownego nurtu repertuaru, być może przeznaczona niemal wyłącznie na przeróżne tournee. W każdym bąź razie Komedii Francuskiej niczego nie brakuje.

Więcej – ze swego statusu klasyków nad klasykami potrafi czerpać nader przewrotny użytek.


Oto „Wesołe kumoszki z Windsoru” – jedna z tych Szekspirowskich komedii, które u nas wystawiane są rzadko i zwykle z opłakanym skutkiem. W Comedie Francaise zrealizował ją Hiszpan Andres Lima, u siebie szef wysoko notowanej trupy Animalario. W jego spektaklu wszystko pozornie jest takie, jak się spodziewaliśmy. Lima wtłacza „Wesołe kumoszki…” w konwencję teatru niemalże jarmarcznego. Aktorzy popijają wino z mosiężnych kubków, mają podoczepiane nosy, wypchane brzuchy i wymyślne fryzury. Intrygi toczą się wartko, dając wypełniającej salę do ostatniego miejsca widowni powody do gromkiego śmiechu. 
Zatem tradycja triumfuje? Nie do końca. Trudno nie zauważyć bowiem, że pod tą teatralną fiestą ukryte jest drugie dno. Triumf miłości zdaje się niepełny, wszystko ukartowane i precyzyjnie wycyzelowane, pierwszoplanowe postaci ukrywają gorycz i rozczarowanie porządkiem ziemskich spraw. Aktorzy Komedii Francuskiej pokazują to wszystko po mistrzowsku,. Świetna jest madame Petule Catherine Hiegel i pani Duflot Catherine Sauval. Jowialny Falstaff Bruno Rafaelliego energią i masą zdaje się rozsadzać scenę. Jedną z najbarwniejszych ról tworzy Andrzej Seweryn jako przybyły gdzieś ze Wschodu doktor.

Hiszpański reżyser czyta komedię Szekspira tak, jak chciał tego autor „Hamleta” . Finałowy happy end staje się tylko tanią sztuczką, iluzją na krótką metę. Tradycja wyśmiewa samą siebie.

Drugi z widzianych przeze mnie spektakli przygotował nasz dobry znajomy Jacques Lassalle. Przed laty poznaliśmy jego „Mizantropa” i „Don Juana” (oba z wielkimi rolami Seweryna), potem w warszawskim Teatrze Narodowym przygotował „Tartuffe'a” oraz „Umowę” Marivaux. Wiemy już zatem co nieco o niekazitelnym stylu reżyserii. Pamiętamy, że byli i tacy, co oskarżali Lassalle'a o hołdowanie zasadom bardzo starego teatru, chociaż jego inscenizacje głęboko korzeniami tkwią w świecie teatralnej nowoczesności. We Francji Lassalle, były administrator generalny Comedie Francaise, pozycję ma godną pozazdroszczenia. „Figaro divorce”, nieznaną w Polsce sztukę Odona von Horvatha, inscenizuje tak, jakby nie istniała lekka konwencja spod znaku Beaumarchais. Co prawda, pochyla się nad losem stworzonego przez francuskiego komediopisarza bohatera, ale stanowi to tylko pretekst do zarysowania krajobrazu Europy u progu rewolucji. Zgaszone w barwach, gorzkie i ironiczne przedstawienie Lassalle'a czerpie tyle samo z poetyki znanej z twórczości autora „Opowieści Lasku Wiedeńskiego”, co z myśli Brechta. Jak jego najważniejsze dzieła jest zimne i pozbawione współczucia wobec portretowanych na scenie ludzi. Lassalle z wielką przenikliwością pokazuje fiasko rewolucji , zanim ta w ogóle zdążyła wybrzmieć. Wielką satysfakcję daje oglądanie tch samych co poprzedniego aktorów w krańcowo innym repertuarze, używających diametralnie innych środków, czasem będących wręcz nie do poznania. Jeden przykład: Bruno Rafaelli, niedawny Falstaff, gra kostycznego hrabiego Almavivę bez cienia uśmiechu, samą tylko wyprostowaną jak struna postawą. Pozostali wykonawcy bez trudu pokazują, że zmiana masek to fach, w którym są niezrównani.

Przez chwilę popatrzyłem na dzień powszedni „akademików” z Paryża. Wiem, że tradycja w ich ujęciu wcale nie chyli się ku schyłkowi. Tym bardziej, że co i rusz sama podstawia sobie pod nos krzywe zwierciadło.