Zaskakująca inscenizacja "Orestei" w Operze
Warszawski spektakl "Oresteia" Xenakisa sprawdza się jako współczesna wizja opery, czyli rytualno-rozrywkowego zwierciadła mitów zbiorowej świadomości. Gratulacje należą się Michałowi Zadarze za samo podjęcie trudnego zadania reżyserskiego.
- Teatr Ósmego Dnia. A może wczorajszego?
- "Trzy siostrzyczki Trupki" w Teatrze na Woli
- Niezwykła premiera "Antygony" w Szczecinie
- Siłowy instruktaż zdrady i "eech"
- Wojewódzki jak Allen. Zaskakująco dobry!
- 50 lat Kaliskich Spotkań Teatralnych
- Nagie pośladki przykryły klęskę Lupy
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-02-16

temp. min -13°C max. 2°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Sceniczny potencjał "Orestei" jest nikły i nie przez przypadek dzieło Xenakisa wykonuje się najczęściej w formie oratorium. Kompozytor wybrał z oryginalnej trylogii Ajschylosa fragmenty o największej emocjonalnej oraz symbolicznej sile, które jednak niekoniecznie układają się w spójną narracyjnie i dialektycznie całość. Autor inscenizacji staje więc w praktyce przed wyborem pomiędzy narzucającą się archaizacją a konfrontacją starogreckiego mitu z własną opowieścią. Własną, ale też nieuchronnie polityczną, historyczną i eksploatującą topikę tragizmu władzy oraz bezwzględności dziejowego fatum.
Grzech pierworodny
Takie intencje interpretatorzy "Orestei" przypisywali zresztą samemu Xenakisowi - nie tylko greckiemu emigrantowi, lecz także przedstawicielowi pokolenia, które absurdów i okrucieństw XX stulecia doświadczyło w całej rozciągłości. Organiczne powiązanie władzy ze zbrodnią, przekleństwo grzechu pierworodnego oraz reakcja łańcuchowa wendety, którą powstrzymać może tylko boska interwencja - oto motory napędowe machiny dziejów.
Problem w tym, że związki historii PRL oraz mitu założycielskiego Aten mają charakter iluzoryczny. W obu wypadkach za grzech pierworodny napędzający spiralę zbrodni uznać można by łamiącą boskie prawo wojnę. Tyle że w bitwie o Troję Achajowie występowali w roli agresorów, czego nie można powiedzieć o znaczeniu jakichkolwiek polskich sił politycznych w wydarzeniach II wojny światowej. Także dramatyczne przetasowania na szczytach PRL-owskiego aparatu trudno powiązać z mechanizmem zemsty albo wyższą koniecznością.
Prawdziwy dysonans pojawia się jednak w finale, kiedy chór Ajschylosa reaguje entuzjastycznie na dojście do władzy ekipy Edwarda Gierka, a boska interwencja Ateny – przerywającej ludzką spiralę zła - okazuje się... głosem propagandy sukcesu. Tego paradoksu nie omieszkał wyjaśnić jeszcze przed premierą sam Michał Zadara. Według reżysera to właśnie na początku lat 70. przeszliśmy od dyskursu historyczno-ideologicznego do epoki kultu dobrobytu, która trwa do dziś. Ciekawe, czy uczestnicy polemiki o historyczną rolę generała Jaruzelskiego albo moralny wymiar okrągłostołowego kompromisu zgodnie uznają Zadarę za Aleksandra przecinającego węzeł gordyjski...
>>> Czytaj dalej
























































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!