Najlepsze od lat przedstawienie Jana Englerta
„Księżniczka na opak wywrócona” Jana Englerta to najlepsze z przedstawień, które dyrektor Narodowego wyreżyserował w ciągu ostatnich lat. Zabawa czystą teatralnością zmienia się w poważną rozmowę o ludzkiej tożsamości.
- Jarzyna wygrywa klasykiem
- Wspaniały start teatru Tomka Karolaka
- "Tramwaj" Warlikowskiego z Chyrą w Warszawie
- Antyczna tragedia bez fermentu
- Englert: Nie interesuje mnie teatr narkotyczny
- Jak to w końcu jest z tym Janosikiem?
- "Babel" - takich rzeczy nasz teatr nie widział
- Transgraniczny Kontrapunkt już od jutra
- Premiera "Barona cygańskiego" w Operze Nova
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Piątek 2012-05-25

temp. min 3°C max. 22°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Teatr ostatniej dekady za punkt zainteresowania czasem już do znudzenia bierze problem ludzkiej tożsamości: społecznej, etnicznej, genderowej. Może i dobrze by się stało, by niestrudzeni badacze labilności ludzkiej natury zobaczyli „Księżniczkę na opak wywróconą” Calderona w imitacji Jarosława Marka Rymkiewicza.
Mamy tu bowiem komedię miłosnych perypetii, ostentacyjnie wręcz konwencjonalnych i poza granicą prawdopodobieństwa zamian ról, kostiumów, słownych gier zaplatanych przez Rymkiewicza w biały wiersz, świetnie zresztą brzmiący w wykonaniu aktorów Narodowego. To wszystko zrazu wydaje się świetną zabawą teatrem i jego możliwościami – zabawą jednak być przestanie.
Do przerwy Englert bawi nas reżyserskimi pomysłami. Przez scenę przejedzie tandetny jeleń z papier-mâché, ludowa piosenka Gilety i Perote dzięki swingowej muzyce Macieja Małeckiego staje się pastiszem jakiegoś „Chicago”, Diana – u Calderona dosiadająca przecież konia – pojawia się na skuterku, więc widzowie przypominają sobie, że to żartobliwy cytat sprzed 36 lat, gdy na tej samej scenie w przedstawieniu „Balladyny” Hanuszkiewicza ryczały prawdziwe hondy, budząc zgorszenie purystów i entuzjazm postępowców. Efektowne światła podkreślają scenografię Barbary Hanickiej, delikatny pastisz dekoratorskiej mody ostatnich lat z jej minimalizmem i upodobanie do posługiwania się kiczem. Fontanna z pistacjowych kafelków w chwili miłosnych uniesień kochanków strzela girlandą prawdziwej wody, panie przybierają baletowe pozy, często pojawia się gestykulacja rodem z teatralnej pocztówki sprzed 120 lat. Ludzie, cuda w tej budzie!
Po tej feerii pomysłów w antrakcie zaczynamy sobie zadawać pytanie: czy aby nie za dużo tej zabawy pod szyldem Calderona? I w drugiej części tonacja przedstawienia zmienia się. Gileta grana przez Ewę Konstancję Bułhak, na początku śmieszna prostaczka o kanciastych ruchach, niemal męskim sposobie chodzenia, mówiąca wiersz Rymkiewicza na jednej niemal nucie, czasem gdzieś blisko granicy czytelności, teraz ubrana w karmazynową wieczorową suknię tak samo się zachowuje. W tym momencie budzi się samoświadomość dziewczyny.
To nawet nie jest calderonowski teatr życia jako snu, gorzkiej wiedzy, że o tym, kim jest człowiek, decyduje nie on sam, ale strój, pozycja. Ta świadomość dosięga Giletę. Składający jej do tej pory hołdy obedrą ją z karmazynowej sukni i złudzeń, czyniąc z niej znów prostą Giletę, teraz zhańbioną i zdegradowaną. Scena porażająca okrucieństwem, a przy tym jedna z najpiękniejszych w tym przedstawieniu.
Rola Ewy Konstancji Bułhak to wspaniały przykład aktorskiej transformacji: od kogoś żyjącego w stanie półzwierzęcym aż do prawdziwego człowieka ze wszystkimi jego lękami, niepewnością i rozpaczą. Wielka rola. Te komplementy należą się całemu zespołowi – właściwie należałoby przepisać tu cały afisz. Radością jest patrzenie na tak liczną grupę ludzi urodziwych, utalentowanych i mówiących ze sceny rzeczy, które zostają w nas dłużej niż sam spektakl. To sukces i tego przedstawienia, i całego Teatru Narodowego.
















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!