Co pana uwiodło w Niżyńskim? Może fakt, że ten wybitny tancerz podpisywał swoje dzienniki "Bóg Niżyński"?

W tym podpisie można widzieć jedynie prosty odcień szaleństwa. Jednak z treści "Dzienników" wynika co innego. Wyłania się z nich obraz niezwykłego artysty i wspaniałego talentu, który poddaje całe swoje życie rewizji i zadaje pytanie o istotę swojej sztuki, o sens swojej dotychczasowej działalności artystycznej. Niżyński dochodzi do wniosku, że do tej pory nie tańczył „dla Boga”, tańczył "dla siebie" i to było złe. Mówi: "od tej chwili będę tańczył dla Boga. Czuję, że zostałem wybrany. Będę tańczył dla Boga, bo sam jestem Bogiem". Ciekawe, zważywszy na fakt, że taniec w ogóle jest sztuką niebywale metafizyczną, od zarania jest częścią rytuałów, Bóg Shiva w tańcu stwarzał świat.
W swoich "Dziennikach" Niżyński pyta, czemu lub komu sztuka powinna służyć, co jest ważniejsze: poklask ludzi, czy służba Bogu? A może sztuka jest poszukiwaniem odbicia Boga w samym człowieku? Te pytania są również dla mnie bardzo ważne. Zresztą myślę, że one mają uniwersalny charakter. Dotyczą sztuki w ogóle.

Niewielu artystów stać na to, by stwierdzić, że tworzą dla Boga. Pan ma odwagę na powiedzienie, że nie tworzy dla poklasku ludzi, tylko dla czegoś wyższego, dla Boga właśnie?

Nie chciałbym, żeby to pompatycznie czy też pysznie zabrzmiało, ale próbuję tak tworzyć. Staram się, by moje przedstawienia i mój teatr służyły czemuś więcej niż tylko uciesze gawiedzi. W tej materii mam po prostu staromodne, by nie rzec - średniowieczne przekonania.

Kiedy pan się zainteresował Wacławem Niżyńskim?

Nieocenzurowana przez Romolę Niżyńską wersja "Dzienników" ukazała się w Polsce dopiero w 2000 roku. Drugim niezwykle inspirującym źródłem była biografia Niżyńskiego autorstwa psychiatry, doktora Tadeusza Nasierowskiego zatytułowana "Gdy rozum śpi, a mięśniach rodzi się obłęd". To książka fascynująca. Ona uświadomiła mi z jak niebywale dramatycznym losem zmagał się Niżyński.

I z chorobą. Czy schizofrenia, na którą cierpiał Niżyński, była dla pana jako artysty, twórcy przedstawienia o Niżyńskim interesującym punktem?

Sama choroba - nie. Tę chorobę potraktowałem jako tragiczne przypieczętowanie jego losu, rodzaj przeznaczenia. Przypomnę, że mamy do czynienia z człowiekiem, który nie dobiegając trzydziestki osiągnął absolutne szczyty. Był gwiazdą światowego formatu, człowiekiem, którego nosiła na rękach cała artystyczna Europa i Ameryka. Był natchnieniem takich kompozytorów jak choćby Strawiński, przyjacielelem Tomasza Manna. Wtedy, na początku XX wieku, Niżyński był prawdziwym Bogiem... I nagle został porażony chorobą. Schizofrenia wtrąciła go na 30 lat do szpitali psychiatrycznych i rozmaitych sanatoriów. Nigdy nie wrócił na scenę. Od czasu do czasu tylko, w okresach polepszenia stanu zdrowia mówił o tańcu, marzeniach i stworzeniu systemu zapisu tańca... Ostatni raz zatańczył na sześć tygodni przed zamknięciem w szpitalu... Choroba pogrzebała go za życia.

Dzisiaj "Bóg Niżyński" gości na deskach warszawskiego Teatru Narodowego...

Coraz mniej lubię się ruszać z Supraśla, bo coraz bardziej rozumiem, że to, co się dzieje na scenie, na przykład w "Bogu Niżyńskim" nie może odbywać się w dowolnych warunkach. Ten spektakl to rodzaj obrzędu. Ma kapłana w postaci Niżyńskiego. Tu odbywa się dziwna, reżyserowana przez niego msza żałobna, panichida. Taka msza nie może się odbywać w warunkach przypadkowych, stąd tak wielkim ryzykiem są nowe sceny.

A nie wydaje się panu, że widzowie wierni Wierszalinowi już od 17 lat, od czasów głośnego "Turlajgroszka" mają panu za złe, że zboczył pan trochę ze swojej artystycznej drogi, którą pan szedł przez całe lata 90.?

A nie mieliby mi za złe, gdybym przez ten czas grzecznie robił to, czego spodziewali się ode mnie? Może i nie, bo wcześniej umarliby z nudów. Co prawda znam takich dramaturgów, którzy przez 17 lat napisali cztery sztuki i ciągle sami siebie uważają za wybitnych, ale w gruncie rzeczy współczuję tego rodzaju "artystom". Nicują stare ciuchy i nie przychodzi im do głowy, że nic już z tego nie wynika. Teatr jest wędrówką i ja do tego wędrowania mam takie samo prawo jak widzowie. Jeszcze nie zwariowałem, żeby być apologetą samego siebie i powtarzać po raz któryś to, co kiedyś ponoć mi się udało.
Jasne, Wierszalin to teatr autorski i w takim teatrze obowiązuje pewna jedność stylu. Widz przychodzący "na Wierszalin" nie może poczuć się zdradzony. Tyle, że w sztuce zdradzać trzeba nieustannie. Zdradzać, jednocześnie nie zdradzając.

Przez lata jednak było tak, że Wierszalin był bardziej znany na świecie niż w Polsce. Czy teraz to się zmieniło?

Zmienił się przede wszystkim Wierszalin. Dziś, zdecydowanie bardziej stanowczo niż przed laty, poszukuję w teatrze sytuacji, którą nazwałbym rytualną. Bo tylko tak dotrzeć można do tego, co jest fundamentem, korzeniem, źródłem teatru. Zależy mi, żeby widz nie przychodził do nas tylko po wrażenia estetyczne, ale stawał się również "współwyznawcą".

Czy podczas spekakli "Boga Niżyńskiego" dochodzi do rytuału, zdarzenia metafizycznego?

Mogę tylko powiedzieć o każdorazowym dążeniu. Ale czy osiągnęliśmy precyzję japońskich kolei, które przenoszą pasażerów między Tokio a Kioto z dokładnością do pół sekundy? Tego nie gwarantuję…


A jednak są tacy, którzy uważają, że Niżyński w pana spektaklu został niejako wskrzeszony... To był pana cel - przywrócić światu Niżyńskiego

Spróbowałem przede wszystkim opowiedzieć umysł Niżyńskiego, jego sposob myślenia i odczuwania świata. Na przykład z góry założyłem, że mój Niżyński nie będzie tańczył baletowo, bo nie balet był dla samego Niżyńskiego najważniejszy w chwili, gdy zszedł ze sceny i chorował zamknięty w Kreutzlingen. Dla niego najważniejszy był taniec. Taniec metafizyczny. On pytał sam siebie czy można zatańczyć mszę? Skoro można ją zaśpiewać, zagrać na instrumentach, dlaczego jej nie odtańczyć? W akcie agresji powiedział do Diagilewa: "zatańczę na twoim grobie". Później, przez lata całe, w zamknięciu i bezruchu myślał o tym, co on takiego w istocie obiecał swojemu kochankowi? Zrozumiał, że nieustannie tańczy na naszych grobach Bóg… Mówił przecież o Bogu, który "tańczy nasze winy na krzyżu", złożone stopy Chrytusa kojarzyły mu się ze stopami tancerza… Pisząc sztukę, spróbowałem myśleć w imieniu Niżyńskiego, albo też - myśleć Niżyńskim. Może dzięki temu powstało zupełnie odmienne od innych przedstawienie.

Na które trudno o bilety... Odejdźmy na chwilę od metafizyki i umysłu Niżyńskiego, a porozmawiajmy o ekonomii. Wierszalin borykał się z problemami finansowymi. W jakiej teraz formie ekonomicznej jest pana teatr?

Od 2006 roku Teatr Wierszalin jest instytucją kultury posiadającą stałą dotację z sejmiku województwa podlaskiego, zaś od tego roku jest współprowadzony przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Gdyby nie ta komfortowa sytuacja, być może nigdy by nie doszło do powstania przedstawienia "Bóg Niżyński". Stworzono nam trwałe podstawy istnienia, a to ma kapitalne znaczenie dla rozwoju zespołu. Po raz pierwszy od lat mogę po prostu planować działalność teatru i myśleć o nim w perspektywie wieloletniej, a nie z przedstawienia na przedstawienie.

A jak ta perspektywa, przynajmniej roczna, się przedstawia?

Jeśli pyta mnie pani o plany repertuarowe, to nie zdradzam. Choćby dlatego, że nie wierzę w niemiecki model teatru. Tam z dwuletnim wyprzedniem wiadomo, czy na etażerce królowej Gertrudy leżeć będzie kościany grzebień, czy szczotka z końskiego włosia. Mogę jedynie powiedzieć, że obecnie przygotowujemy nowy spektakl na podstawie książki Włodzimierza Pawluczuka "Wierszalin. Reportaż o końcu świata". Premiera pod koniec kwietnia.

Czy tym przedstawieniem wyjaśni pan również widzom, dlaczego pana teatr nazywa się Wierszalin i co to takiego ten Wierszalin jest?

Nikt nie robi tego lepiej niż sam Pawluczuk. Moim przedstawieniem chcę oddać sprawiedliwość prawdziwemu odkrywcy Wierszalina, tym bardziej, że rozmaitym "wierszalino-znawcom" pamięć nie dopisuje. Wolą rozwodzić się nad tym, jak do Wierszalina dojechali na rowerze, niż wspomnieć o Pawluczuku, dzięki któremu o istnieniu Wierszalina w ogóle się dowiedzieli. No cóż, takie czasy…
Jednak to dzięki książce Pawluczuka cokolwiek wiemy dziś o proroku Ilii, to jest Eliaszu Klimowiczu oraz rzeszy jego wyznawców. To dzięki opisanym w niej zdarzeniom do Wierszalina swego czasu przyjechal Jerzy Grotowski, później też Włodzimierz Staniewski, twórca Gardzienic. To książka Pawluczuka w latach siedemdziesiątych odkryła Wierszalin światu, przecząc notabene komunistycznej tezie o wyższości osławionej "bazy" nad "nadbudową". Opowiadała bowiem o ludziach, którzy żyjąc w wielkiej biedzie, nie marzyli o dobrach materialnych. Marzyli o zdobyczy duchowej - "wtórnym" przyjściu Jezusa Chrystusa na ziemię. Jedną z wyznawczyń Ilii, jedną z "Marii", bo było ich tam kilka jak wiadomo, była notabene siostra mojej babki, ze strony ojca. Kiedy w 1939 roku po wejściu Sowietów i "zniknięciu" Klimowicza sekta poszła w rozsypkę uciekła do rodziny, pod Moskwę i tam pozostała. W Wierszalinie przetrwała garstka najwierniejszych. Czekali na swojego proroka. Pawluczuk opowiadał mi, jak grubo po wojnie, pod koniec lat sześćdziesiątych jeden z nich, niejaki Daniluk, przekonywał go, że Ilija żyje i jest na Kremlu spowiednikiem samego Chruszczowa… Chcę opowiedzieć o tych ludziach, przywołać ich na scenie. Chcę ich ożywić i przyglądać się im, może trochę jak Kantor, który swoje "klisze pamięci" wskrzesił w "Umarłej klasie".