Próby trwają po 8-10 godzin dziennie. Wszyscy aktorzy są już w teatrze na pół godziny przed rozpoczęciem pracy. Ćwiczą, rozciągają mięśnie. "Wilson wymaga od nas nie tylko dobrego aktorstwa, ale i ogromnej sprawności fizycznej" - mówi jeden z kilkunastu aktorów wybranych przez Wilsona spośród kilkudziesięciu kandydatów.

Zimą odbyły się pierwsze castingi. "Czuliśmy się jak na egzaminach do szkoły teatralnej. Wilson chciał sprawdzić, co potrafimy. Nie miało dla niego żadnego znaczenia, co do tej pory zrobiliśmy, w jakich spektaklach zagraliśmy. On po prostu szukał odpowiednich aktorów do swojego projektu" - opowiada jedna z aktorek, która przeszła przez castingowe sito. I dodaje: "Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, co to będzie za spektakl, ale wszyscy chcieli pracować z Wilsonem".

Wśród nich była też Katarzyna Figura, która wówczas nie była pewna, czy ten amerykański reżyser zdecyduje się zaangażować ją do swojej sztuki. "Z tego, co wiem, on szuka młodych aktorów i w związku z tym trochę tu nie pasuję. Jednak gdybym nie spróbowała swoich sił, pewnie do końca życia plułabym sobie w brodę. Uważam, że dla aktora praca z Wilsonem to wielkie wyzwanie" - mówiła aktorka.

Teraz wraz z innymi aktorami pod czujnym okiem reżysera próbuje kolejne sceny spektaklu, kompilacji dramatów "Symptomy" Gabrielli Maione i "Akropolis" Stanisława Wyspiańskiego. Premiera tego widowiska, które Wilson nazywa warsztatem, zaplanowana jest na późną jesień.

Krążą o panu opinie, że jest pan bardzo autorytarnym reżyserem. Czego wymaga pan od aktorów?
Moja praca jest bardzo formalna, surowa, precyzyjna i mechaniczna. Chcę osiągnąć zaplanowany rezultat, a to wymaga pewnej dyscypliny. Jednak jest w tym pewna wolność. Przez ponad 40 lat mojej pracy nigdy nie powiedziałem nikomu, co ma myśleć lub czuć. Sama forma jest nudna. Najważniejsze i najbardziej ekscytujące jest to, jak się ją wypełnia. Wiem, że nie można osiągnąć doskonałości, ale za to cały czas można się uczyć. Praca nad tym spektaklem to nie jest siedzenie w kawiarni albo oglądanie telewizji. Najpierw moi aktorzy muszą się skoncentrować. Rozpoczynam każdą próbę od 20-minutowej ciszy. Zdaję sobie sprawę, że dla większości aktorów może to być dziwne. A ja wiem, że w ciszy łatwiej o pomysły... Owszem, próby są surowe i dziwne, ale mam nadzieję, że kiedy zakończymy pracę, aktorzy przyjdą do mnie i powiedzą, że nigdy dotąd nie mieli w teatrze takiej wolności. Uważam, że jedyną szansą, by pokonać maszynę, jest stanie się tą maszyną. Wtedy można zacząć myśleć...

I to jest ta dyscyplina i wolność. One się w pana teatrze wzajemnie nie wykluczają?
Nie, bo w dyscyplinie znajduje się wolność. Kiedy robi się coś po raz pierwszy, możemy mówić o spontaniczności. Jednak żeby to powtórzyć, trzeba to zapamiętać, nauczyć się tego, zrozumieć i dopiero zrobić. I właśnie ta powtarzalność daje wolność. Charlie Chaplin powtarzał każdą filmową scenę nawet po dwieście razy, bo chciał osiągnąć perfekcję. Ja działam w teatrze podobnie. Poprzez dyscyplinę narzucaną sobie i aktorom zyskuję wolność.

Po wielogodzinnych castingach zaczął pan w końcu pracę nad spektaklem. Na jakim etapie pracy czy też przygotowań teraz pan jest?
Czytamy tekst z aktorami, jednak nie po to, by ustalić, kto gra jaką rolę, ale po to, by wsłuchać się w ich głosy, w ich brzmienie. Po przeczytaniu proponuję, by wszyscy zapomnieli o tekście, bo on na tym etapie pracy jest najmniej ważny. Skupiam się raczej na tym, co bezgłośne, czyli na ruchach, gestach, mimice, świetle, kostiumie i inscenizacji. Spektakl będzie podzielony na dwie części. "Symptomy” będą grane po angielsku, a "Akropolis” po polsku. Każda część złożona jest z siedmiu scen. Pierwsza jest lustrzanym odbiciem drugiej. Niedługo zamierzam zająć się sprawami dźwiękowymi: słowem i muzyką. Chcę sprawdzić, jak one współgrają z częścią wizualną tego spektaklu. Nie mam zamiaru ilustrować czy dekorować tekstu, bo uważam takie działanie za antytwórcze. Moim zdaniem inscenizacja i tekst to dwa niezależne teatralne byty, które trzeba umiejętnie połączyć. Jestem pewien, że widzowie, którzy jesienią zobaczą ten spektakl, mogliby zrobić następujący eksperyment: śledzić to, co się dzieje na scenie z zatkanymi uszami. Jestem pewien, że przedstawienie w warstwie wizualnej byłoby dla nich ciekawym przeżyciem.

Dlaczego połączył pan "Symptomy" właśnie z "Akropolis"? Czy przyjmując zaproszenie pracy w Dramatycznym, był pan zobowiązany wystawić jakiś polski dramat?
Zaproszono mnie do Dramatycznego i nikt niczego ode mnie nie wymagał. Nie musiałem brać na warsztat "Akropolis”. Mogłem, ale nie musiałem obsadzić aktorów związanych z Dramatycznym. Zdecydowałem jednak, że zaangażuję młodych i bardzo młodych aktorów. Doszedłem do wniosku, że czym jestem starszy, tym bardziej interesuje mnie praca z aktorską młodzieżą. Nie zamierzam jednak tworzyć szkoły aktorskiej, ale czuję, że jestem na takim etapie kariery, że chcę przekazywać swoją wiedzę. Praca z polskim dramatem to dla mnie kompletna nowość. Pokażę go ze swojej perspektywy. Wielokrotnie już reżyserowałem w krajach europejskich. Zdarzało się, że pracowałem w teatrach narodowych i wystawiałem dzieła narodowych twórców. Według mnie, dzięki takiemu połączeniu tekst staje się bardziej uniwersalny, a publiczność, która go zna niemal na pamięć, może mieć do niego większy dystans.