Znów gra pan Gospodarza z "Wesela" Wyspiańskiego. Przed siedmiu laty wystąpił pan w przedstawieniu Jerzego Grzegorzewskiego w Teatrze Narodowym.

Piotr Cieplak posługuje się zupełnie inna poetyką niż Grzegorzewski. To są dwa odrębne przedstawienia, a moi Gospodarze to dwie różne postaci. "Albośmy to jacy, tacy..." próbuje opowiedzieć "Wesele" z dzisiejszej perspektywy. Pierwsza część, grana na dziedzińcu teatru, wykorzystuje mechanizm dramaturgiczny z „Wesela”, ale reżyser buduje świat z innych tekstów: "Księgi Eklezjastesa", poezji Marcina Świetlickiego, "Akropolis" Wyspiańskiego. Po przerwie gramy na scenie trzeci akt "Wesela".

Dwukrotnie w ostatnim czasie wystąpił pan też w różnych przedstawieniach "Peer Gynta".

W ubiegłym sezonie zagrałem w teatrze Montownia w przedstawieniu Marka Pasiecznego. Teraz otrzymałem propozycje od Pawła Miśkiewicza z Teatru Dramatycznego. W pierwszym odruchu odmówiłem. Nie wyobrażałem sobie, żeby grać drugi raz rolę w tej samej sztuce, która jest równocześnie w repertuarze innego teatru. W Montowni jestem starym Peerem, opowiadamy jego historię w zgodzie z tekstem dramatu. Przedstawienie Miśkiewicza jest autorskim projektem opierającym się między innymi na sztuce Ibsena. Gram jednego z pięciu Peerów, tego samego człowieka rozbitego na różne stany świadomości. Mój bohater jest pokazany przez pryzmat relacji z matką.

Matkę gra Barbara Krafftówna.

To wzruszające spotkanie. Przed ponad 60 laty pani Krafftówna uczyła się razem z moją mamą - Marią Zbyszewską w Studio Dramatycznym Iwa Galla. Krafftówna jest wielką aktorką, otwartą na partnera i świat.

Jak Miśkiewicz pracuje z aktorem?

Uważnie obserwuje i słucha aktora. Reżyserzy oczekują teraz innego rodzaju aktorstwa - skromniejszego, wypreparowanego. Paweł często udzielał mi uwagi: „Za dużo grasz”.

Pracował pan z największymi: z Jerzym Grzegorzewskim, Krystianem Lupą, Grzegorzem Jarzyną...

Każdy z tych artystów jest inny, niepowtarzalny i nieporównywalny. Jerzy Grzegorzewski zaprosił mnie do teatru Studio, gdzie wystąpiłem w adaptacji poematu Tadeusza Różewicza "Francis Bacon, czyli Diego Velázquez na fotelu dentystycznym". Zetknąłem się z zupełnie innym sposobem myślenia w teatrze. Potem zaangażował mnie do Teatru Narodowego. Po pięciu latach pracy mam prawo sądzić, że znaleźliśmy wspólny język. Myślę, że łatwiej w świecie tego artysty poruszał się doświadczony aktor niż debiutant. Grzegorzewski nie traktował każdego z trudem wypracowanego rozwiązania z nabożeństwem. Potrafił na kolejnej próbie odrzucić je bez żalu i szukać od nowa. Wciąż mam nadzieję na nową przygodę w teatrze. Dlatego spotkaliśmy się z Grzegorzem Jarzyną w Teatrze Rozmaitości. Jarzyna poszedł jednak w inną stronę, miał do tego prawo, nasze oczekiwania się minęły. Miałem wielkie szczęście do ludzi. Pracowałem z Aleksandrem Bardinim, Zygmuntem Hübnerem, Kazimierzem Kutzem, Andrzejem Wajdą. Od każdego otrzymałem coś cennego.

Symboliczną pamiątkę ofiarował panu przed laty Tadeusz Łomnicki.

Stanisława Perzanowska, wybitna aktorka i reżyserka, strażniczka spuścizny Stefana Jaracza, miała przekazać części jego garderoby najzdolniejszemu aktorowi w kolejnym pokoleniu. Szelki oddała Tadeuszowi Fijewskiemu, a krawat - Łomnickiemu. Występowałem z nim w teatrze Studio w sztuce Roberta Pingeta „Arcyś król”. To był okres, kiedy Łomnicki przestał pełnić wszystkie funkcje - członka władz Komitetu Centralnego, rektora PWST, dyrektora Teatru Na Woli. Był aktorem, który gra Króla, a ja jego ministra. Nie zapomnę twórczej radości, gdy przy tej pracy rodziło się coś ulotnego... Pewnego dnia Łomnicki wręczył mi ten krawat. Niestety do dzisiaj nikomu go nie przekazałem.

Jakie warunki musi spełniać aktor, który dostanie go od pana?

Nie oddzielam aktora od człowieka. Mamy wolność, sami ustalamy granice naszej swobody i ponosimy konsekwencje naszych wyborów. Nie wszystko wolno, trzeba kierować się systemem wartości. Dla mnie najbardziej deficytowym towarem w życiu i na scenie jest lojalność. Jestem od lat pedagogiem w Akademii Teatralnej, co zobowiązuje do pewnego zachowania. Niedawno młody człowiek, który pracował w Teatrze Powszechnym, obwieścił w swoim "manifeście": "Młodzi jebią starych". Jeżeli muszą, to niech dzieje się to za sprawą kompetencji, odkrywania nowych światów, talentu, wrażliwości na człowieka, a nie - chamstwem, hucpą, pogardą i dyletanctwem. Sam wychowałem się na literaturze i Teatrze Polskiego Radia, które dzisiaj jest medium o niewielkim zasięgu. Czytam tam prozę, interpretuję poezję. Istnieje zapotrzebowanie na kontakt z literaturą, która budzi wrażliwość.

Wrócił pan po latach do Teatru Powszechnego, gdzie zaczynał karierę.

Ponieważ jego dyrektorem jest Krzysztof Rudziński, bliski współpracownik Zygmunta Hübnera, jednej z najważniejszych osób w moim życiu. Tutaj pracowałem ostatnio z Anną Augustynowicz w "Miarce za miarkę" Szekspira, a teraz poznaję świat Piotra Cieplaka.