Sam najwyraźniej nie czuje się zbyt radykalny, bo w nadchodzącym sezonie nie zamierza wyreżyserować na deskach Rozmaitości ani jednego spektaklu. Na to, co się będzie działo w jego teatrze, będzie patrzył z wiedeńskiej perspektywy - w tamtejszym Burgtheater przygotowuje "Lion in the Winter", opowieść o miłości, władzy i - jak przyznaje - także trochę o Polsce.

Pana teatr ma jeszcze bardziej krytycznie niż do tej pory oceniać rzeczywistość...

...tak. Rozpoczęliśmy nowy okres w Teatrze Rozmaitości, który faktycznie upłynie pod znakiem teatru krytycznego. Funkcje teatru są bardzo różne, od rozrywkowej poprzez społeczną, polityczną, krytyczną aż do religijnej.

Właśnie zaprosił pan do Teatru Rozmaitości Rene’go Pollescha, jednego z najważniejszych współczesnych dramaturgów europejskich. Waszym teatrom blisko jest do siebie?

Skupiam się raczej na różnicach. My się pięknie różnimy. Nasza filozofia teatru i estetyka nie przylegają do siebie. Natomiast z pewnością podobnie angażujemy się w pracę. W TR Warszawa chcemy wyostrzyć nasz zmysł krytyczny i tworzyć teatr ostro krytyczny wobec rzeczywistości społecznej i politycznej, wobec teatru i nas samych. Pollesch jest chyba najbardziej progresywnym i radykalnym reżyserem europejskim proponującym teatr krytyczny właśnie.

Pollesch mówi o tym, że twórca teatralny ma przede wszystkim obowiązek krytykować, również teatr.

Nie jestem pewien, czy reżyser ma obowiązek krytykować to, co robi. Myślę, że w moją pracę jest niejako wpisany materiał krytyczny. Każdy z kolejnych spektakli radykalnie się różni od poprzedniego. Nie jestem reżyserem tworzącym po to, żeby wypracować swój styl. Kiedy już coś wypracowuję, to za chwilę programowo to zmieniam i skaczę w inne rejony. Muszę przyznać, że zawsze traktuję te skoki jako fascynujące wyzwanie.

Pamięta pan moment, w ktrym zdecydowanie zmienił pan swój styl?

To było wtedy, kiedy stworzyłem Teren Warszawa, czyli wyszedłem ze sceny w Teatrze Rozmaitości. Może kiedyś jeszcze na nią powrócę. Czas, kiedy pracowałem na niej, kojarzy mi się z inscenizowaniem i wsłuchiwaniem w siebie, a także krytycznym spojrzeniem w samą materię dzieła. Później zaczęło mnie bardziej interesować to, jak się teatr ma wobec rzeczywistości, filmu czy też wobec opery. Zderzanie gatunków wydało mi się fasycynujące.

Kilka miesięcy temu zderzył pan teatr i operę w "Giovannim" i krytyka nie zostawiła na spektaklu suchej nitki. Jak dzisiaj ocenia pan ten spektakl?

Jestem z niego bardzo zadowolony. Uważam, że to jeden z moich lepszych spektakli. Moim zdaniem nie jest też źle, że dostał tak niedobre recenzje. Być może w Polsce jest jeszcze za wcześnie na takie przedstawienie. Na świecie już został doceniony, choćby przez zaproszenie go na festiwal do Salzburga, najważniejszą imprezę mozartowską. To zaproszenie sprawiło mi wielką przyjemność. Z drugiej strony uważam, że polska krytyka za bardzo zajmuje się moją osobą, a nie tym, co robię. Pisanie o tym, "co Jarzyna chciał czy myślał" w kontekście recenzji spektaklu wydaje mi się jakąś pomyłką. No cóż, dla mediów jestem pewnie ciekawszy od moich spektakli...

Myśli pan, że przez 18 lat kapitalizmu nasze społeczeństwo nie dojrzało do takich spektakli jak pana "Giovanni"?

Broń Boże. Nasze społeczeństwo jest dość dobrze przygotowane. Widzowie są podzieleni, bo spektakl, tak jak przypuszczałem, budzi radykalne emocje. Natomiast być może to nasza krytyka nie jest doskonała. Nie bardzo jednak powinienem się na ten temat wypowiadać, bo gdyby chwalono w prasie moje spektakle, to pewnie nie miałbym żadnych zarzutów do polskich krytyków. (śmiech)

Od jakiegoś czasu nie reżyseruje pan już na deskach TR. Znudziła się panu własna scena?

W Rozmaitościach jest bardzo mała scena i nie każdy projekt się na nią nadaje. Mniej więcej od trzech lat reżyseruję poza nią. Zresztą zrobiłem tu już tak dużo spektakli, że to miejsce mnie tak nie inspiruje jak kiedyś. Potrzebowałem przewietrzenia i zacząłem szukać nowych przestrzeni w Warszawie, niemających wcześniej nic wspólnego z teatrem. Dzięki temu nauczyłem się, że organizowanie teatru w miejscu zupełnie nieteatralnym jest bardzo trudne.

17 listopada w wiedeńskim Burgtheater odbędzie się premiera sztuki "Lion in the Winter" Jamesa Goldmana w pana reżyserii. Czy w tym spektaklu wyjdzie pan poza ramy teatru, będzie pan poszerzał jego język?

Zaproszono mnie do wiedeńskiego Burgtheater, miejsca dość znaczącego na teatralnej mapie Europy. Doszedłem do wniosku, że ten fakt przyczyni się do rozpropagowania w Austrii polskiego teatru. Wcześniej wystawiał tu jedynie Erwin Axer. Mam satysfakcję, że w kraju, w którym się nie lubi Polaków, w spektaklu na dużej scenie Burga zagrają polscy aktorzy. To przemyślany ruch. Chcę, żeby TR z jednej strony wyszedł z dzielnicowej struktury i zwrócił się do Europy, z drugiej wpuścił tę Europę do siebie. I stąd te plany dotyczące kilku międzynarodowych projektów.
W Wiedniu przede wszystkim chciałbym reprezentować polski teatr. Zależy mi, żeby wszedł on do świadomości wiedeńskiej widowni.

Kogo z polskich aktorów obsadzi pan w tym spektaklu?

Dopiero kilka dni temu wyłoniła się obsada. Powiem tylko tyle, że obok dwójki naszych aktorów zagra dwóch Szwajcarów, dwóch Niemców i jeden Austriak. Spektakl będzie grany po niemiecku.

W Wiedniu zrobił pan już "Medeę". Dlaczego nie zaprosił pan tego spektaklu do "Rozmaitości"?

Bo nie chcę być w niekomfortowej sytuacji: dyrektor teatru zaprasza za pieniądze podatników swój spektakl z Wiednia.

A czy przypadkiem nie jest panu wygodniej reżyserować w Wiedniu, bo z tamtej perspektywy może pan sobie pozwolić na ostrzejszą krytykę?

Nie pasjonuję się bezpośrednio polityką. W teatrze zajmuję się po prostu człowiekiem. W tym wypadku interesuje mnie to, w jaki sposób życie ludzkie - jednorazowy dar – odnosi się do tego, co się dzieje w społeczeństwie i polityce. W "Lion in the Winter" bohaterowie wyrzekają się wszystkiego dla władzy. Do ich życia, do wytworzonego wizerunku nie pasuje miłość.

Odnajdziemy w tym spektaklu współczesną Polskę?

Myślę, że tak. Akcja dramatu rozgrywa się w gronie władców, więc każdy z widzów będzie mógł poszukać odpowiednich skojarzeń.

Zapewne jak w nowych spektaklach, które pokaże pan wkrótce w TR. W nowym sezonie do Warszawy przyjedzie słynny Luc Perceval...

Perceval zaplanował u nas warsztat oparty na sztuce Gorkiego "Na dnie". Pojawi się także Vladimir Pankow, który przygotuje przedstawienie, przyjedzie młody reżyser brytyjski Daniel Kremer uprawiający dość radykalny teatr. Na 11 listopada zaplanowana jest premiera sztuki "Szewcy u bram" w reżyserii Janka Klaty.
Wszystkie produkcje będą poprzedzone warsztatami. Podjęliśmy też działania związane z rozwojem dramaturgii. Złożyliśmy wniosek do komisji europejskiej o grant na przeprowadzenie międzynarodowego projektu dramaturgicznego Sex/Text. Weźmie w nim udział sześciu dramaturgów i sześć teatrów z Europy. Ambicją naszą jest, by TR Warszawa był domem dramaturgów. W przyszłym sezonie dramaturgiem - rezydentem będzie Paweł Demirski.

Rośnie panu konkurencja. Krzysztof Warlikowski, dotąd kojarzony z Rozmaitościami, został dyrektorem Teatru Nowego. Boi się pan konkurencji?

Cieszę się, że niejako z Teatru Rozmaitości powstaje kolejny teatr. Jestem pewien, że to będzie silny ośrodek, z którym przyjemnie będzie konkurować.