Wulgarny, neurotyczny, sfrustrowany. Przekracza bariery obyczajowe - mówiąc o rodzinie, która jest piekłem, masturbacji czy porannym oddawaniu stolca. Adaś Miauczyński to żywa emanacja ciemnej strony i podświadomości przeciętnego Polaka.

Dramat "Dom wariatów" - w którym Miauczyński pojawia się po raz pierwszy - powstał w sposób szczególny. Koterski zwykle pisze scenariusze bardzo długo, przez wiele miesięcy, po kilkaset stron. Po to, by w ostatecznej wersji pozostawić z nich tylko 10 procent, pracował jak w transie. "Dom wariatów" jako jedyny został napisany w niespełna trzy tygodnie. Sam autor wielokrotnie podkreślał, że tekst został mu niemal "podyktowany". "Jakaś wewnętrzna potrzeba, w moim odczuciu potrzeba odtrucia się, detoksu normalnego, ponieważ pochodziłem z rodziny toksycznej (...)".

I faktycznie. Koterski portretuje chorą, wyalienowaną jednostkę społeczną, nazywaną potocznie rodziną. Ojciec, Matka, Syn nie mają sobie nic do powiedzenia; wszystko tonie w marazmie i dziwnym napięciu, gdzie nawet banalne rozlanie herbaty na stole staje się traumą.

Po "Domu wariatów" powstawały kolejne - "Nienawidzę", "Życie wewnętrzne", wreszcie "Dzień świra". Niemal jak serial o tym samym człowieku. Pogrążonym w swoich neurozach, lękach i frustracjach; mieszkającym w bloku samotnie lub z byłą żoną. Klnącym gorzej niż szewc nieudaczniku, nienawidzącym wszystkich i wszystkiego. Polaku kochającym i nieznoszącym jednocześnie swojego kraju. Adaś Miauczyński starzał się wraz ze swoim autorem. To postać-ewenement w kinie polskim, jeśli nie światowym.

Kino Koterskiego ma głębokie korzenie w teatrze. Większość jego scenariuszy pierwotnie była tekstami dramatycznymi - cztery z nich ukazały się w formie książkowej ("Dzień świra" Świat Literacki 2002).

Reżyser wielokrotnie wystawiał je na scenie i chyba żadna z jego premier nie przeszła bez echa. Choćby "Życie wewnętrzne" z 1987 roku w stołecznym Teatrze Współczesnym stało się przebojem kasowym - zagrano je niemal 200 razy; główne role stworzyli Marta Lipińska i Krzysztof Kowalewski. Głośny "Dom wariatów" w Teatrze Ateneum w 1999 roku wsławił się wielką rolą Gustawa Holoubka, a "Zęby" w Teatrze Dramatycznym z powodu cenzury obyczajowej.

Cała dramaturgia Koterskiego, tak jak zresztą on sam, bezdyskusyjnie ktoś bardzo osobny w polskim show-biznesie: od dłuższego czasu nieudzielający wywiadów, stroniący od kolorowego świata mediów, tylko przez niektórych warszawiaków rozpoznawany na ulicy, kiedy jedzie na rowerze, jest maksymalistycznie autorska, indywidualna i jedyna. Sam język jest jej odrębnym bohaterem: natręctwa, powtórzenia, rozbity szyk, obsesyjne poprawianie samego siebie i innych czy słynne "Dżizus kurwa ja pierdolę" które przeszło już do języka codziennego niczym momentalnie rozpoznawalne logo.

Podobnie cała gama tematów: od problemów z oddawaniem moczu u panów po 50., przez masturbację czy rasizm... Wszystko, co u przeciętnego człowieka zawsze upudrowane i mieszczańsko ukrywane, w tekstach Koterskiego przybiera postać eksplodującego wrzodu.

Ale paradoksalnie bohater Koterskiego - przechodząc cały proces zmiany świadomości: od neurotycznego, zamkniętego w sobie Adasia z "Domu wariatów", przez sfrustrowanego nauczyciela w "Dniu świra" i w końcu bezkompromisowo rozliczającego się z własnym życiem, chorobą alkoholową dojrzałego człowieka we "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" z antybohatera staje się... współczesnym wzorem mężczyzny. Żywym przykładem zmian obyczajowych - zmiany wrażliwości i myślenia. Kimś innym jest przecież 33- letni Miauczyński z "Domu wariatów", kimś innym 66-latek z "Wszyscy jesteśmy Chrystusami".

Ten ostatni odważnie mierzy się z własnymi słabościami i upadkiem. Pyta, czym jest ojcostwo i co znaczy bliskość. Ze zmysłem psychologa analizuje sztafetę błędów i schematów przekazywanych z pokolenia na pokolenie, jakby żyjąc realizowało się jedynie klątwę rzuconą na rodzinę, z której się pochodzi. I pokazuje cenę, którą trzeba i warto zapłacić, by ją przerwać.

Jeśli popatrzeć całościowo na twórczość Koterskiego, wstrząsająca staje się świadomość, jak daleką drogę trzeba przejść, by umieć po prostu być blisko z drugim człowiekiem.