"Łagodną", czyli lament starego męża nad zwłokami młodej żony samobójczyni, gra się zwykle jako monodram. Na stole leży trup, a obok rozpacza człowiek. Opowiada rwanymi frazami historię opresyjnego związku, tłumaczy swoje racje, próbuje zrozumieć, dlaczego ona się zabiła.

U Wysockiej jest inaczej. Najpierw całą ramę prosceniową teatru w Bydgoszczy wypełnia kinowy ekran. Oglądamy na nim biało-czarne nieme amatorskie filmiki z prywatnego życia bohaterów: oto czterdziestoparoletni mężczyzna (Mirosław Guzowski) zakochuje się w młodej dwudziestoletniej dziewczynie (Dominika Biernat). Uwielbia na nią patrzeć, słuchać, jak bez przerwy paple. Towarzyszy jej, kiedy ona robi makijaż albo suszy włosy. Przekomarzają się na ulicy, oglądają ogłoszenia biur podróży, on najczęściej milczy, ona nieustannie go zaczepia. Bije z tych kadrów niesamowita radość z uczestnictwa w rytuałach pary kochanków, dojrzałość przegląda się w młodości, bo młodość potrzebuje lustra doświadczenia. Ujęcia oddzielają poszatkowane na pojedyncze słowa i zdania wyjaśnienia Dostojewskiego z wstępu do opowiadania. Litery układają się w hasła o fantastyczności i realizmie tej historii, zapowiadają jakiś rytm narracji, eksperyment formalny i psychologiczny.


Nagle cięcie – ekran jedzie do góry i na scenie odsłania się dziwna instalacja – stelaże z reflektorami, byle jak rozłożone kanapy i mikrofony, telewizory, stoły, krzesła. Na pierwszym planie bohater, w tle na katafalku leży jego młoda żona. Rusza scena obrotowa, w różnych zakamarkach przestrzeni poupychani są statyści dopowiadacze (Karolina Adamczyk, Małgorzata Witkowska, Artur Krajewski i Roland Nowak). Mąż Guzowskiego musi mozolnie opowiadać swoją historię, zagłuszany przez tę czwórkę wygłaszających tezy o przyczynach samobójstw, podpowiadających kwestie żonie, przejmujących całe partie monologu na własny użytek.

Wysocka panuje nad tą sceniczną kakofonią, ucieka jak najdalej od sentymentalizmu, nie trzyma strony męża tyrana, który nie umie wyrazić swoich intencji. Dominika Biernat kręci się nieustannie po scenie, wnosi święte obrazy, przebiera się, zastyga w zapamiętanych z jej życia scenkach.


Jednak jest jakieś dziwne odklejenie jej wizerunku od tego, jak widzi tę postać narrator. Nie jest skrzywdzona i poniżona ani autystyczna. To współczesna dziewczyna, beztroska i liryczna w tej samej chwili. Jeśli z raną, to tak głęboko ukrytą, że z widowni jej nie widać. Spektakl w każdej sekundzie potwierdza niezwykły talent Wysockiej do znajdywania obrazów i intencji, bohaterów i sytuacji w na pozór hermetycznym tekście.

Reżyserce udaje się rozpisać monolog bohatera na bardzo precyzyjną konstrukcję z ciał aktorów i obiektów, zamknąć go w obrazach i słowach, zwielokrotnić, wyszydzić i uwznioślić równocześnie. To wszystko jest lodowate, wykalkulowane, zrobione z premedytacją oddalenia widza od emocji. W efekcie wulkan namiętności, szaleństwa i plugawych dywagacji Dostojewskiego zostaje zamieniony na prosektoryjną sekcję zimnego ciała.


Żałuję też, że między dwoma spektaklami Wysockiej realizowanymi ostatnio – "Szosą Wołokołamską" i "Łagodną" – nie ma większego przeskoku estetycznego, śladów pozbieranych wcześniej doświadczeń, przetworzenia tego, co było. W "Łagodnej" dostajemy inny wariant wymyślonej jakiś czas temu teatralnej instalacji. Zrobiony jakby z tego samego punktu świadomości. Ja jednak rozumiem teatr jako nieustanny progres, dodawanie odkryć, dzielenie się artysty z widzem swoją nową wiedzą o świecie i ludziach. A tu mam wrażenie, że Wysocka przystanęła na chwilę i patrzy. Wolałbym usłyszeć, jak krzyczy.

ŁAGODNA | Fiodor Dostojewski | reżyseria: Barbara Wysocka | Teatr Polski w Bydgoszczy | Premiera: 6 listopada 2010