Hanoch Levin nie schodzi z polskich scen. W monumentalnym zbiorze „Ja i Ty i następna wojna” opublikowano jego jedenaście najważniejszych sztuk. W kolejnym, czyli „Królestwie wszechwanny” – małe prozy, skecze, piosenki i wiersze. A jednak źródłu z utworami izraelskiego pisarza daleko do wyschnięcia. Wciąż na afiszach pojawiają się nowe tytuły, co nie dziwi, bo autor ten napisał dla teatru rzeczy bodaj pięćdziesiąt pięć. Inna sprawa, że zainteresowanie Levinem wykracza już poza wymiar mody, a staje się fenomenem. Jeszcze inna, że Levin Levinowi nierówny. Dlatego na kolejne premiery jego dzieł nie reaguje się już z drżeniem serca. Raczej z poczuciem obowiązku sprawdzenia, czy w spuściźnie autora „Kruma” pozostało jeszcze coś naprawdę wartościowego do odkrycia.

Tytuł „Wzrusz moje serce” nie nastrajał optymistycznie, przywodząc raczej na myśl kolejny odcinek telewizyjnego cyklu „Okruchy życia”. Levin zresztą zawsze z upodobaniem żonglował konwencjami, tworząc również wariacje na temat stereotypowego wyobrażenia przepełnionego kiczem melodramatu. Można zatem tytułowe hasło potraktować nie wprost, a uznać je za grę z czytelnikiem, z widzem. Tak będzie lepiej, gdyż paradne pudełko obiecuje tanie słodkości, a całkiem inną kryje w sobie zawartość.

To Levin późny – sztuka pochodzi z roku 1993. Nie można oczywiście stwierdzić, że pisał ją człowiek przeświadczony poczuciem bliskiego końca, bo straszna choroba dopadła go później, w ostatnim roku życia, który miał przyjść za lat pięć. A jednak coś z podobnych nastrojów łatwo w dramacie wyczuć. To nie jest dzieło pisarza pełnego witalności, który postrzega świat w wielu barwach, a ludzi – przede wszystkim kobiety – poprzez pryzmat ich wybujałej cielesności. Nie ma tu marzeń o przeniesieniu się w inną rzeczywistość, obiecującą wiele doczesnych przyjemności. Jest tylko tu i teraz i brak perspektyw na przyszłość. Świat zgaszonych kolorów, iluzorycznych zdarzeń, powtarzanych co dzień, co rok, co chwilę rytuałów. Porównywano chętnie Levina z Czechowem, pisząc, że tak jak autor „Wiśniowego sadu” jest on poetą codzienności i wyjątkowym portrecistą scenicznych postaci, potraktowanych ze współczuciem, ale bez sentymentalizmu. Jednocześnie wskazywano też jego pokrewieństwa z Samuelem Beckettem. „Wzrusz moje serce” w inscenizacji Małgorzaty Bogajewskiej w warszawskim Teatrze Na Woli dostarcza wiele argumentów na ich potwierdzenie. Bezustannie wyczekujący na ukochaną sędzia Lamka mógłby powtórzyć za wieloma bohaterami wielkiego Irlandczyka – urodziłem się i to mnie zgubiło.

A jednak jest w nim trudna do pojęcia determinacja. Lamka (Waldemar Barwiński) żyje złudzeniem miłości. Ukochana śpiewająca w klubie panienka lekkich obyczajów Lalalala (Agata Wątróbska) spotyka się z nim w każdą sobotę o ósmej wieczorem. Zapewne nie robią niczego szczególnego. On pewnie bezustannie coś mówi, ona słucha jednym, a wypuszcza drugim uchem. I tak co tydzień. Te spotkania nadają jedyny sens marnemu życiu Lamki. Pozwalają mu uwierzyć, że to ma sens, uczepić się iluzji odwzajemnionego uczucia, samemu się w nim spalić. Choć Lalalala prowadza się z coraz to nowymi absztyfikantami, nawet nie stara się tego ukrywać. Ale Lamka nie chce widzieć. Prawda znaczyłaby dla niego śmierć.

Lamkę gra Waldemar Barwiński. Znakomity aktor Teatru Dramatycznego niewiele dostawał ostatnimi czasy zadań na miarę swego talentu. Zwykle pojawiał się na drugich planach, poprawny, ale jednak nieco przygaszony. Tym razem wreszcie należy do niego cała scena i w pełni wykorzystuje szansę. Jego Lamka jest niczym Chaplin naszych czasów, śmieszny i wzruszający jednocześnie. Patrzy oczami, w których szklą się łzy. W jego spokojnym głosie znać szaleńczy upór. A przy tym w którymś momencie świadomy swej przegranej Lamka Barwińskiego zaczyna grać wielki temat całego przedstawienia Bogajewskiej. Łagodną rezygnację oraz zgodę na źle urządzony świat, bo – to znowu Beckett – nic nie da się zrobić. Zostaje pogrążenie w melancholii. I trwanie. Mimo wszystko.

Spektakl Bogajewskiej określiłbym mianem komediomoralitetu. Sklejony z drobnych cząstek łączy się w opowieść o przegranych życiach i niespełnieniach. Pszoniak (świetny Robert Majewski) chce uciec od żony, ale nie ma siły. Jego żona (Magdalena Smalara) wciąż ze swojego łóżka żąda od niego kolejnych herbat. I tak ma pozostać. Nawet Lalalala w zbyt mało wyrazistej interpretacji Agaty Wątróbskiej dąży jak ćma do światła do własnego upodlenia. Tłumacz „Wzrusz moje serce” Michał Handelzalc napisał o każdym z osobna, że są homo levinicus. Mali, niepiękni, a jednak w każdej chwili godni współczucia.

Poprzednie przedstawienia Bogajewskiej na scenach Dramatycznego budziły mój opór. W „Martwej naturze w rowie” przegrała z bełkotliwym tekstem Paravidino, brzydotą małego realizmu zabiła „Trzy siostry” Czechowa. We „Wzrusz moje serce” odnalazła własny, niepowtarzalny może ton. Nie tak dawno widziałem świetnego „Tatę” Artura Pałygi, którego wyreżyserowała w krakowskiej Bagateli (spektakl niebawem pojawi się na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych). Może to kwestia skali. Może dla Bogajewskiej są utwory kameralne, mieszające style, gdzie po śmiechu niepostrzeżenie przychodzą łzy. Taki jest właśnie jej Levin w Teatrze Na Woli. Tak jak chce tytuł – wzruszający. Nie trzeba się tego wstydzić.

Wzrusz moje serce | Hanoch Levin | reżyseria: Małgorzata Bogajewska | Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena na Woli