"Chłopiec jak malowanie, a jednocześnie dziwnie jakoś odrażający" - tak o Stawroginie pisał Dostojewski.

Na temat Stawrogina powstały dziesiątki rozpraw, a jednak cały czas pozostaje tajemnicą. Mnie w nim uderza dramatyczna niemoc odczuwania, czy może raczej współodczuwania jakiejkolwiek głębszej emocji. Ogromna siła, która nie ma ujścia.

Anarchiści traktowali go jako swoisty ideał.

Myślę, że w "Biesach" dużo barwniejszy pod tym względem jest Piotr Wierchowieński. W galerii rosyjskich ikon literackich Stawrogina, moim zdaniem, wyróżniało coś innego. On dysponował diabolicznym, fenomenalnym instrumentem - umysłem. Tworzył skomplikowane, wyjątkowe struktury i natychmiast je niszczył. Chyba w ten sposób unicestwił Boga, a potem swoją duszę. Stawrogin jest wewnętrznie wychłodzony. To jego krzyż. Próbuje dobra, ale nie sprawia mu to przyjemności. Próbuje zła - również bez satysfakcji, bez pełni.

A skąd brały się jego niezrozumiałe, toksyczne związki z kobietami?

Były desperacką próbą dotknięcia jakiegokolwiek smaku. Oczywiście nieudaną. Stawrogin był częścią świata, w którym nie można było jednoznacznie stwierdzić, gdzie jest dobro, a gdzie zło. Kto jest carem, kto przebierańcem. Rosja była rozdygotana. Trudno było zachować emocjonalny pion. Wszystko odbywało się naprawdę. Zarazem nic nie było naprawdę.

Kim jest Stawrogin w "Biesach" Krzysztofa Jasińskiego?

Krzysztof Jasiński chciał zrobić spektakl o wymiarach zła. W "Biesach" najbardziej interesowały go właśnie biesy.

W przypadku Stawrogina zło nie było szczególnie diaboliczne.

Nie, ten wymiar zła polega na kompletnym duchowym wyjałowieniu, na niezdolności odczuwania strachu, bólu czy miłości. Tego typu emocjonalna pasywność rodzi jednak aktywne zło. Stawrogin wspomina ludzi, których zamordował, i twierdzi, że nie budzi to w nim żadnych emocji. Jedynym obrazem, który go prześladuje, jest widok zrozpaczonej 10-letniej dziewczynki, którą zgwałcił. Nie sam gwałt, a jedynie obraz rozpaczy.

Pięć lat temu w znakomitym "Idiocie" w reżyserii Barbary Sass grałeś Rogożyna. Teraz Stawrogin. Genialna literacka galeria.

Moja trudność ze Stawroginem polega na jego zimnie. Rogożyn w "Idiocie" był namiętny, w "Biesach" mamy do czynienia z facetem, który namiętności poszukuje bezskutecznie.

Próbowałeś odnaleźć w nim tę gorączkę?

Jest w powieści krótki ustęp o dzieciństwie Stawrogina. Małym Mikołajem opiekował się dorosły mężczyzna, który traktował to dziecko jak równorzędnego partnera. Budził Stawrogina po nocach, szlochał w jego ramionach, obejmowali się… Kiedy to czytałem, cierpła mi skóra, czekałem, co będzie dalej.

Było coś dalej?

Nie musiało. Przecież i tak zrozumieliśmy, że jeżeli nie było tam pedofilii wprost, to na pewno była to pedofilia psychiczna. Stawrogin spędził ze Stiepanem Wierchowieńskim osiem lat życia. W powieści czytamy, że kiedy wyjeżdżał do Petersburga, był "chudy, wątły, blady i nieobecny". Dostojewski dodaje jeszcze, że "Stiepan Trofimowicz zaszczepił w nim wieczną tęsknotę".

Twoje najciekawsze role - Rogożyn w "Idiocie", Melchior w "Skórze węża" czy Czeladnik I w "Trzecim akcie" Jerzego Jarockiego miały w sobie niezwykłą witalność, permanentny stan podgorączkowy.

Bardzo lubię te dziwne, chorobowe rejony. Dlatego ponury chłód Stawrogina kosztuje mnie tyle wysiłku.

Realizacja "Biesów" od dawna była marzeniem Krzysztofa Jasińskiego.

Pierwszy egzemplarz "Biesów" dostałem od Jasińskiego cztery lata temu. Wtedy były to jeszcze "Biesy" w adaptacji Alberta Camusa. Potem sam napisał tę adaptację od początku.

Jasiński jest ważną osobą w twoim zawodowym życiu. Wygrany osiem lat temu casting do roli "Hamleta" w jego reżyserii stał się dla ciebie przełomem.

Może to trywialne, ale w teatrze nie zawsze chodzi o sam spektakl. Czasami ważniejsze jest spotkanie. Miałem kilka ważnych spotkań, które nie zawsze owocowały wyśmienitymi rezultatami artystycznymi, ale rozwijały mnie i jako człowieka, i jako aktora. Tak samo wspominam dzisiaj "Hamleta" i pierwszy kontakt z Jasińskim. Poza tym on mnie intryguje. Ma straceńczą fantazję. Długo coś kreuje, żeby w jednej chwili wszystko zniszczyć. Lubię w nim również to, że nie stara się epatować swoją inteligencją. To facet, który po prostu kocha życie.

Wkrótce, w Teatrze Słowackiego w Krakowie, zaczynasz próby do "Closer" Patricka Marbera.

Czasami zdarzają się teksty, o których - już w trakcie pierwszej lektury - wiem, że kiedyś je zrobię. Tak było z "Samotnością pól bawełnianych" Koltesa i teraz z "Closer". Ten tekst mówi o ludziach, którzy zagadują uczucia.

Rewers do Stawrogina?

Być może. Czworo bohaterów "Closer" to - jak większość z nas - zawodowi gadacze. Są inteligentni, błyskotliwi i ironiczni. Tną jak brzytwa.

Pierwszym słowem, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o aktorstwie Radka Krzyżowskiego jest "niepokój". Oczy zawsze ci błyszczą, potrafisz pięknie marzyć.

No chyba coś w tym jest. Mogę powiedzieć, że jestem jednym wielkim, drastycznym niepokojem. Ale głęboko wierzę, że kiedyś uda mi się dobić do takiego poziomu samowiedzy, w którym odnajdę spokój: nie tracąc przy tym ciekawości świata.

"Biesy" to nie jest chyba dobra terapia uspakajająca.

Każda kolejna rola ma swojego biesa. Ale Stawrogin to akurat zupełnie inny bies, niż na początku przeczuwałem. Boję się tych rejonów osobowości Stawrogina, o których wiem, że gdzieś są, ale jeszcze do nich nie dotarłem. Wiem, że muszę włożyć rękę do ognia, żeby zobaczyć, co mi zostanie: tylko bąble czy same kości. A mam poczucie, że jeszcze jej nie włożyłem.