Smak tej prozy, jej ledwie wyczuwalna, a niemożliwa do usunięcia gorycz i niby-oczywista lekkość. A przede wszystkim siła poszczególnych fraz, z pozoru wręcz domagających się, by je mówić do publiczności. A jednocześnie tak podporządkowanych żywiołowi narracji, że nawet na moment nieprzestających być literaturą, a nie teatrem właśnie. Uchwycić ducha opowieści Pilcha to znaczy zamknąć na scenie swoisty geniusz miejsca, rytm słów i koloryt postaci. Tam czas płynie wolno, Wisła staje się całym światem i nawet zabijanie Gomułki nie wywołuje w ludziach przyspieszonego pulsu.

Pilch zresztą też nie potrafił ze swej prozy uczynić dramatu. Jego debiutancka sztuka "Narty Ojca Świętego" komercyjny sukces zawdzięcza w przeważającej mierze tematowi. Pisarzowi nie wyszło przemieszanie konwencji, czasem raziły sztucznością dialogi, drażnił chwilami niepotrzebny bez mała strindbergowski ton. Znać było, że autor "Spisu cudzołożnic" nie czuje się pewnie na obcym gruncie, nie do końca umie poskromić zupełnie inną materię.

Po "Nartach Ojca Świętego" nie czekam na nowe jego dramaty. Jacek Głomb wraz z aktorami zielonogórskiego teatru przekonali mnie jednak, że warto kibicować kolejnym adaptacjom prozy. Słowom Pilcha można, jak się okazuje, nadać na scenie kształt niemal ostateczny, a przycinając tu i ówdzie tekst, ocalić jego esencję. Wreszcie wydobyć niepowtarzalny smak tych opowieści, czyniąc z nich teatr płynący jak rzeka. Takim teatrem jest właśnie "Zabijanie Gomułki" Głomba.

W tym, że to ten reżyser przeczytał Pilcha jak nikt inny dotąd nie ma nic dziwnego. Wystarczy raz czy drugi wybrać się do Legnicy, gdzie prowadzi Teatr im. Modrzejewskiej, zobaczyć tam przedstawienie. Głomb stałym bohaterem swoich inscenizacji czyni miasto i żyjących w nim ludzi. Nie bawi się w wielkie słowa. Z ziemi, brudu, bólu - słowem: najbardziej dojmującego konkretu - wykrawa mocne metafory.

Podobnie zrobił z powieścią Pilcha "Tysiąc spokojnych miast". Z pomocą stale współpracującego z legnicką sceną dramaturga Roberta Urbańskiego w jednym wątku skroplił to, co dla tej historii najważniejsze - zabijanie Gomułki. Całość trzyma się wyznaczonych już przez pisarza ram spektaklu niemalże inicjacyjnego, z finezją dialoguje z dawną literaturą, choćby Gombrowiczem. A przy tym wszystkim pozostaje skrzącym się dowcipem, potoczystym widowiskiem.

Głomb wraz ze swoją scenograf Małgorzatą Bulandą odkrywa dla tej opowieści przestrzeń inną niż zwykła. W Zielonej Górze "Zabijanie Gomułki" grają gdzieś na oswojonym przez teatr strychu. W Warszawie sale klubu Karuzela zmieniono na drewnianą izbę. W środku stół, bok niewiele mniejszy, zastawiony najróżniejszymi kieliszkami i butelkami pełnymi trunków różnego sortu. Taka aranżacja pozwala do woli posługiwać się scenograficznym skrótem. Jesteśmy w domu naczelnika w Wiśle, a za chwilę w warszawskiej knajpie. Adresy nie mają znaczenia. Pokój z lejca się strumieniami gorzałą staje się mikrokosmosem tej historii.

Jej demiurgiem, sprawcą i głównym bohaterem jest pan Trąba (Zbigniew Waleryś) - może najbarwniejszy z Pilchowych bohaterów. Trochę mędrzec, trochę blagier, odrobinę jurodiwyj, czasem zgrywający się tandetnie błazen, a za chwilę ktoś jak ojciec, niemal punkt odniesienia. W fantastycznej kreacji wszystkie te cechy spajają się w jedno, tworząc całość zadziwiającą. Dochodzi do tego jeszcze nieustanne upijanie się Trąby - Walerysia. Nie tylko wódką, raczej słowami oraz własnymi opowieściami, które mają moc stawania się rzeczywistością.

Rola to kryształowa, wolna od najmniejszej wulgarności i niepotrzebnych jednoznaczności. I ona wyznacza kierunek całej inscenizacji. Głomb balansuje w niej między gagami rodem z teatru absurdu a wzruszeniem jak z "Kroniki wypadków miłosnych" Konwickiego. Jakby z niej przeniesiony jest wątek zauroczenia Jerzyka (Wojciech Brawer) Anielicą (Marta Frąckowiak) poprowadzony przez oboje aktorów bez jednego fałszywego tonu.

Najważniejsze jednak, że Jacek Głomb doskonale rozumie dziwny, śmieszny i pokraczny świat "Tysiąca spokojnych miast" i darzy go swą sympatią. Szczerze lubi też wszystkich bohaterów, choć tworzą całkiem oryginalną ludzką menażerię. W "Zabijaniu Gomułki" osiąga rzadką w teatrze równowagę tonacji. Jest komedia, ale bez rechotu na widowni. I jest namysł nad wiślańską enklawą, gdzie skupia się jak w soczewce Polska. Ale w wypełnionym tęsknotą za dobrymi ludźmi zielonogórskim przedstawieniu owa groteskowa Polska zyskuje w końcu inną szlachetniejszą barwę. Jest w niej czułość i spokój. Od tej pory wszystkie kolejne adaptacje prozy Jerzego Pilcha będę porównywać do zielonogórskiego "Zabijania Gomułki".

"Zabijanie Gomułki" według powieści Jerzego Pilcha, reż. Jacek Głomb, Lubuski Teatr w Zielonej Górze