Antywesele

Szczecin 14.09.2007 Teatr WspolczesnyN/z: Przedpremierowa proba spektaklu Wesele w rezyserii Anny Augustynowiczfot: Wojtek Tolyz / Inne
Arcydramat Wyspiańskiego nijak nie zmieścił się w chłodnym, wyzbytym namiętności teatrze Anny Augustynowicz. Co gorsza jej 'Wesele" jest przedstawieniem bez pomysłu i czytelnych kulminacji. Wielkie rozczarowanie.
- Moje zrujnowane pałace
- Robert Wilson: Dyscyplina to wolność
- Unowocześniona klasyka w teatrze
- Całkowite zaćmienie
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Piątek 2012-05-25

temp. min 3°C max. 22°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Tymczasem jej 'Wesele" z początku razi obojętnością, a z czasem zaczyna mierzić nieudolnością. Rozumiem, że autorka spektaklu chce odgrodzić widownię od sceny grubą szybą, zagłuszyć wszelkie emocje. Dostrzec w 'Weselu" współczesne tropy, sprowadzając dramat do smutnego korowodu bohaterów bez właściwości, powtarzających wciąż te same gesty i grymasy. W takim odczytaniu, choć monotonnym do bólu, byłaby jakaś gorycz, bolesne pytanie. Jednak konceptu starcza Augustynowicz na ćwiartkę przedstawienia. Zostają jeszcze bite trzy godziny, z którymi ni w ząb nie wie co począć.
Koszmar zaczyna się od sceny z widmami. W szczecińskim 'Weselu" od biesiadników odróżniają ich tylko białe anielskie skrzydła, przyczepiane na oczach widzów z boku sceny. I z tymi skrzydełkami Stańczyk, Hetman albo Upiór gaworzą z innymi, jakby wpadli do cioci na herbatę. Szczytem jest jednak sekwencja z Wernyhorą. Augustynowicz ściągnęła do tej roli Irenę Jun. Żal wybitnej aktorki, bo tak ustawionego Wernyhorę mógłbym zagrać nawet ja. Mniejsza o to, że Jun nijak nie przypomina wielkiego jak dąb chłopa z siwą brodą, ale jej oskarżenia trafiają w absolutną próżnię. W sumie wydaje się, jakby wizyjne sceny były w spektaklu kompletnie niepotrzebne. Reżyser obchodzi je dużym łukiem, a widzom pozostaje żałować, że z nich nie zrezygnowała. Dla inscenizacji szkoda byłaby żadna, a oni byliby wolni o godzinę wcześniej.
'Wesele" Augustynowicz pełne jest fałszywych tonów i pretensji do prawienia gorzkich prawd prosto w oczy. Stąd wszystkie te zwroty do publiczności, wychodzenie na scenę spomiędzy rzędów widowni. Proste i oczywiste. Zbyt proste. Wydaje się, że autorka przedstawienia poczuła się zobowiązana do odprawienia teatralnej katechezy, bo to w końcu 'Wesele", Wyspiański, narodowa sprawa. Kłopot w tym jednak, że nie znajduję żadnego prawdziwego powodu, który kazał jej przygotować tę inscenizację. A spektaklu zrobionego kompletnie po nic, po kim jak po kim, ale po Annie Augustynowicz się nie spodziewałem.
Co zatem pozostaje? Kilka zbiorowych układów choreograficzno-gimnsatycznych i Chochoł Anny Januszewskiej - rola z innego, lepszego teatru. Zgaszony, nieubłagany, istniejący w świecie bohaterów niczym wyrzut sumienia, którego nie da się wyrzucić, zapomnieć. Kreacja na dodatkową gwiazdkę, ale spektaklu nie uratuje.
















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!