Nie tak dawno zżymałem się na artystyczne wybory kierownictwa sceny narodowej. Nie rozumiałem, co przy Wierzbowej robi sztuczydło takie jak "Daily Soup" Amanity Muskarii, a w Małym reżyserska grafomania Michała Zadary ukryta pod tytułem "Chłopcy z placu Broni". Po premierze "Żaru" podobnych wątpliwości nie mam. Bo i literatura znakomita - i to zarówno powieść Sándora Máraiego, jak i jej adaptacja autorstwa Christophera Hamptona - i aktorstwo niecodzienne. A przy tym wszystko pozbawione zalewającej nas codziennie dosłowności, ze szlachetnego wytopione kruszcu. Dlatego w duszny świat "Żaru" wchodzi się z ulgą, a opuszcza go niechętnie. I łatwo zapomina o doskwierających jednak chwilami niedoskonałościach przedstawienia.

Grają w maleńkim pomieszczeniu na trzecim piętrze budynku przy placu Teatralnym. Zwykle widzowie tu nie zaglądają, teraz zostają zamknięci w klatce emocji i wyrzutów. W świecie kłamstwa i zdrady, które, jak u Bergmana, znosi bezpieczną granicę między sceną a publicznością. Bowiem ta garstka ludzi, wpuszczonych do pokoju Henrika (Zbigniew Zapasiewicz) jakby wbrew jego woli, nie może poczuć się komfortowo. Szczególnie, kiedy z namaszczeniem, ale nieodwołalnie, zamknie drzwi. Da znak do rozpoczęcia dziwacznej psychodramy, której stawką jest śmierć. I wtedy będzie słychać nawet bzyczenie muchy.

Henrik Zapasiewicza chodzi po cichu, jakby się skradał. Wyprostowany jak struna, w nieskazitelnym garniturze, celebruje tę chwilę, bo czekał na nią 41 lat. Wiedział, że przyjdzie, bo tylko kiedy minie, będzie mógł odejść. Na zawsze.

Konrad (Ignacy Gogolewski) wbił mu cierń w serce. To z nim zdradzała go żona Henrika - on to wie, chociaż nie znalazł dotąd potwierdzenia. Sándor Márai, tworząc tę dziwną relację opartą na miłości i nienawiści, czerpie wyraźnie ze skandynawskiej tradycji - w tym samym stopniu ze Strindberga i Bergmana. A Hampton, wsławiony choćby wybitną adaptacją "Niebezpiecznych związków", umie przełożyć prozę na teatr. Każe późniejszym realizatorom "Żaru" jego esencji szukać w półcieniach i niedopowiedzeniach, a jednocześnie daje materiał aktorom, jakiego próżno szukać w przytłaczającej większości współczesnych sztuk.

W "Żarze" najwięcej zależy od Henrika. Mniejsza o kilometry tekstu, bo rola olbrzymia. Istotniejsze jest to, co między słowami. Zbigniew Zapasiewicz rozumie to doskonale. Jego bohater to emocje, które nie mogą znaleźć ujścia. Wielki monolog mówiony na niemal jednym oddechu, bez miejsc na pauzy, zaczerpnięcie tchu. Inny aktor być może dałby się ponieść pokusie gwiazdorskiego popisu, ale nie Zapasiewicz. On wie, że liczą się zatrzymane w pół gesty, ciche raniące frazy. W takim ujęciu Henrik, który odmawia wiarołomcy rozgrzeszenia, sam jest skazany na pustkę do końca. Dlatego w finale zastyga w fotelu z zamkniętymi oczami. Wybitna, dojmująca rola.

Reszta zależy w dużym stopniu od reżysera. Rzadkie repliki Konrada są kontrapunktem w wielkim monologu Henrika. Ignacy Gogolewski stosuje je czytelnie, ale czasami brakuje mu werwy, by stać się pełnoprawnym adwersarzem dawnego przyjaciela. Artyście zabrakło wsparcia inscenizatora, bo Edward Wojcieszek zostawił wykonawcom całe pole. W efekcie są momenty, gdy przedstawieniu brakuje napięcia, konflikt postaw przechodzi w retoryczny spór, szeleści papierem, siada tempo. Na szczęście koniec końców zostają słowa i aktorzy. Niewzruszona i ciepła Danuta Szaflarska, Zapasiewicz, Gogolewski. Ludzie ze spiżu, którzy nie grają o poklask. Jakże rzadko dziś widywani na scenie.


"Żar"
Christopher Hampton na podstawie powieści Sándora Máraiego
reż. Edward Wojtaszek
Teatr Narodowy w Warszawie
Premiera 4 października