Od lat prowadzi pani zajęcia ze studentami w warszawskiej Akademii Teatralnej. Czego ich pani uczy?

Teresa Budzisz-Krzyżanowska: Uczę ich, jak zostać człowiekiem, będąc... aktorem.

Co to znaczy?

Wiele ludziom aktorstwo kojarzy się z szybkim, błyskotliwym sukcesem. I oni też, pojawiając się w szkole, chcą szybko zaistnieć, pokazać się. Ale jeszcze nie wiedzą, kim są. Nie przypuszczają, ile trudu wymaga to rozpoznanie.

Myśli pani, że może im pomóc?

Mam taką nadzieję. Chcę towarzyszyć im w dorośleniu. W poszukiwaniu samego siebie. Szkoła bardzo temu sprzyja. Tu mogą przyjrzeć się swemu ciału, wypróbować, do jak niezwykłych rzeczy jest zdolne. Mogą zrozumieć, jaką moc sprawczą ma mądre i pięknie wypowiedziane słowo. Poznają techniki operowania głosem. Wreszcie rozbudzić wyobraźnię i uważnie przyglądać się światu. A wszystko po to, by potem odważnie wyjść do rozmowy z widzem.

To rzadko sie zdarza - odważna, prawdziwa rozmowa?

To zależy od każdego z nas. Czasem trudno o prwadziwą rozmowę już na poziomie prób. I bywa tak, że aktorzy, choć nie mają przekonania co do celowości swoich działań, wykonują na scenie zadania, nawet nie wiedząc, że nie są zbyt mądre. Ja jednak myślę, że warto i trzeba brać odpowiedzialność za to, kim jestem na scenie. Przecież to ja tu i teraz żyję, czuję, myślę. Oczywiście, dzięki pomocy reżysera i partnerów. Ale czasem bez niej, lub nawet wbrew niej.

Żeby to było możliwe, trzeba umieć otworzyć się na drugiego człowieka. Kiedy się pani tego nauczyła?

We wtorek - bo w poniedziałek bohaterowi Różewicza urosły wąsy, pamięta pani - przepraszam, to niestosowny żart. Nie wiem kiedy, ale domyślam się jak. Przez długie lata żyłam szczęśliwie w swoim świecie. Czułam lęk przed światem innym. Chciałam uchronić swoje szczęście. Aż tu nagle... mój świat wyleciał w powietrze, a ja jakby pozbawiona przyciągania, długo wirowałam w kosmosie, szukając w przerażeniu głowy, rąk, nóg, serca i duszy. Ale udało mi się to wszystko pozbierać na nowo. A w tym zamęcie odnalazłam przyjazne światy innych ludzi. I już się nie boję!

Mówi pani metaforycznie o wypadku, któremu uległa kilkanaście lat temu. To panią odmieniło…

To nie były łatwe doświadczenia. Ale dzięki nim nauczyłam się bardziej współodczuwać cudze cierpienia, choroby, rozpacze, bóle ciała i duszy. I to jest dobre. No i przestałam się zamartwiać.

Czym?
Wszystkim! Życie bez trosk wydawało się czymś grzesznym. Wciąż się martwiłam. Nawet tym, że nie mam zmartwień. To było niemądre. Teraz już wiem, że szczęściem jest życie samo, jakiekolwiek by było. I choć to nie zawsze jest łatwe, staram się być w zgodzie z linią swego losu. A wyznaczają ją dwa kierunki: "do przodu" i "w górę".

Myślę, że tylko osoba z takim doświadczeniem jak pani może przekonująco i mądrze zagrać Vivian z "Dowcipu" - chorą na raka; czy teraz w Teatrze Ateneum - schorowaną panią Cristę w "Czy lubi pani Schuberta?"

Tym razem na szczęście nie umieram na scenie (śmiech). To dobrze, że poprzez teatr możemy sobie i innym pomóc w oswajaniu cierpienia. Ono jest przecież doświadczeniem, tak samo ważnym jak szczęście i radość w dobrych chwilach życia.

Piękna, choć trudna, jest w tej sztuce też relacja trzech przyjaźniących się kobiet...

Choć różni je wszystko i irytują się czasem nawzajem, są sobie bardzo potrzebne.

Co szczególnego jest w relacjach między kobietami, że mimo szorstkości potrafią być tak sobie bliskie?

Może to, że nie dzieli nas zbyt duża różnica płci. Myślimy i czujemy podobnie. Choć nie wszystkie i nie zawsze umiemy być serdecznie i blisko.

A co przeszkadza kobietom?

Rywalizacja, ambicja, chęć posiadania - szczególnie tego jedynego. To udręka! Do moment, w którym jesteśmy w stanie powtórzyć za Dulską, że "my z Felicjanem wybiliśmy już dawno sobie te rzeczy z głowy".

Na ile po tylu sukcesach, trudnych doświadczeniach zmieniło się pani myślenie w tej podstawowej kwestii: po co wychodzi się na scenę?

To zmieniło się najmniej. Wciąż przychodzę do teatru, żeby odpocząć, porozmawiać, spotkać się, napełnić puste serce. I o tym myślę, kiedy wychodzę na scenę. I tak samo, kiedy siedzę na widowni. Nasze czasy nie sprzyjają kontaktom - ani czułym, ani serdecznym. Do tego stopnia, że trudno się spotkać nawet... z samym sobą. A w teatrze to może się zdarzyć. Teatr jest chwilą wytchnienia, namysłu, spojrzenia na siebie i świat wnikliwiej niż gdzie indziej - w tym codziennym biegu nie wiadomo, gdzie i po co. Teatr jest miejscem dla tych, którym nie wystarcza to, co jest poza jego murami, jest też bezpiecznym azylem i tajemniczą wyspą, na której mogą spełnić się marzenia.

Ale teatr też się zmienia. Ile jest w tym pani pogodzeniu się z losem zgody na to, że dzisiejszy jest zupełnie inny niż ten w latach 70., gdy w krakowskim Starym Teatrze osiągała pani ogromne sukcesy, czy potem, kiedy grała w spektaklach Jerzego Grzegorzewskiego.

Teatr się zmienia. To naturalne. Ma przecież według Szekspira "służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku postać ich i piętno". Niestety.

Niestety?

Tak. Bo to chyba "duch naszego czasu" sprawia, że nie szukamy już diamentów, zadowoleni napotkanymi kamieniami przy drodze. A choć i te bywają piękne - nie mają blasku.