Klasycyzująca, powściągliwa scenografia Dominiki Skazy. Industrialnie, mocno brzmiąca muzyka Aleksandry Gryki. Delikatny, tętniący życiem dekolt teatralnej kasjerki, który unieważnił późniejszą niby-zmysłowość na scenie. Tyle dobrego da się powiedzieć o tej inscenizacji. Reszta jest zbiorem przypadkowo zlepionych krotochwil, zabawką aktorów prowincjonalnych.

Gietzky, ciekawy interpretator dzieł kameralnych, na dużej scenie nie dał rady. Odarł szekspirowski dramat nie tylko z kontekstu władzy, pieniądza czy braku akceptacji dla seksualnej odmienności, lecz i z jakichkolwiek symboli, które dałoby się zaczepić we współczesności. Nie ma tu społeczności wykluczonych. Nie ma kast ni klas. Nie ma weneckiego, bogatego kupca-homoseksualisty Antonia. Nie ma zamożnego, ortodoksyjnego Żyda Shylocka. Nie ma bogatej i inteligentnej Porcji. Są figurki z papier mache.

Na początku wydawało się, że reżyser trafnie dostrzegł, iż historia Shylocka, który pożycza pieniądze Antoniowi pod zastaw funta mięsa z jego ciała, jest równie prawdopodobna jak fabuły commedia dell’arte. Że to konwencja. Stąd usprawiedliwienie dla umownej, niemal dwubarwnej czasoprzestrzeni. Oszczędność dekoracji i rekwizytów. Plakatowe kostiumy. Ale u Szekspira na tym koniec banału.

Zaczyna się baśń i gra symboli. Zgoda na kontrakt, przekazanie pieniędzy Bassaniowi (nieprzekonujący Szymon Czacki), wielkiej, męskiej miłości Antonia (poprawny Jerzy Senator) otwiera rozmowę o cynizmie i granicach pobłażania. O seksie i wierności. Z kolei próba uwiedzenia przez Bassania Porcji (mało zmysłowa Lena Frankiewicz) to dysputa o tradycji, władzy i bogactwie. Ucieczka z domu zakochanej w Lorenzu Jessiki to początek bólu Shylocka-ojca, źródło jego religijnego amoku, impuls zaślepiającej nienawiści. A w tym "Kupcu weneckim" nie ma dysputy o antysemityzmie, o homofobii, ani słowa o przeznaczeniu, władzy i pieniądzu, lecz papierowy teatrzyk. Krotochwila wypiera poezję, świetlicowa propaganda komediodramat.

Poważny błąd inscenizacji to lichość postaci. Bohaterowie Gietzky’ego nie śnią i nie żyją. Nie tęsknią i nie pragną. Żadna z postaci nie ma psychiki, żadna nie ma ciała. Nie ma przeszłości ni przyszłości. Żądzę władzy, nienawiść, mściwość zastąpiły płaskie, monotonne recytacje i kostiumy z telewizyjnych court shows.

Shylock, przecież postać tragiczna, grzmi tubalnym głosem Bolesława Abarta niczym sekretarze partyjni na wiecach w marcu 68 roku - kompletna aktorska porażka. Namiętność Porcji i Bassania Gietzky ubrał w kostiumy z lumpeksu. Porcja najczęściej staje niczym pin-up girls z zapałczanych etykiet. Bassanio giba się jak fordanser w gminnym klubie disco. Żadne z nich niczego nie konfrontuje, a spór o zaręczynowy pierścionek, którym Bassanio opłacił uwolnienie Antonia od śmierci, przypomina kłótnię przekupek z bazaru o nać pietruszki.

Pożyczka i okrutny zastaw, porwanie, zmiana wiary, fatum, decydujące o wyborach przyszłości, nie znalazły wyrazu w bezradnych, mizdrzących się, zmanierowanych aktorach. Żadnego światłocienia, żadnych niuansów, żadnych symboli. Z jednej strony - katolicy, z drugiej Żydzi. Ale jak w to uwierzyć. Z powodu mycki na głowie Shylocka czy z powodu mobilnej wanny, w której tylko katolicy chętnie się kąpią?

We Współczesnym naprawdę rozbawił mnie tylko nowy wariant skeczu Mumio (dubbingowana live wizyta inkasenta z gazowni). Prowadzone po arabsku i hiszpańsku zaloty Porcji z marionetkowymi władcami Maroka i Aragonii rozśmieszyły mnie do łez. Tylko że skecz Mumio trwał kilka minut, a spektakl Gietzky’ego dwie godziny. Za długo.

"Kupiec wenecki"

William Szekspir

reżyseria Gabriel Gietzky

Wrocławski Teatr Współczesny

Premiera 26 kwietnia