Znów pracujecie tylko w czwórkę - ostatni raz w takim składzie zrobiliście spektakl na początku istnienia Montowni. Zatęskniliście za sobą?

Maciej Wierzbicki: Znamy się jak łyse konie, lubimy ze sobą pracować, ale tęsknić...? Rozmawiamy ze sobą co dzień po kilka razy przez telefon, więc nie ma jak! (śmiech) Po 12 latach wracamy po prostu do robienia spektaklu w podstawowym składzie.

Ale inaczej pracuje się ludziom, którzy przeszli wspólnie przez sukcesy, biedę, nieporozumienia, porażki - dużo intymniej, głębiej, prawda?

MW: Zdecydowanie tak.

To czym dziś Montownia jest dla każdego z was?

Rafał Rutkowski: Myślę, że Montownia osiągnęła dojrzałość. Zmieniliśmy się od czasów, kiedy byliśmy absolutnie bezkompromisowi, a na rzecz Montowni rezygnowaliśmy z filmów, seriali. Mamy za sobą też czas, kiedy stworzyliśmy własną siedzibę, a życie zmusiło nas, aby zajmować czas zupełnie innymi sprawami, niż byśmy chcieli. Nieraz okazywało się choćby, że - jeśli nie zrobimy czegoś - nie będziemy mieć na czynsz. Bywało też, że zmuszaliśmy się do robienia i grania spektakli. W tej chwili mamy za sobą ponad 20 premier. Mamy markę, ale jesteśmy niezależni. I okazało się, że możemy istnieć bez siedziby - grać w różnych teatrach.

Ale to, że jesteście razem, jest wynikiem tylko waszej dobrej woli, uporu...

RR: Był moment, kiedy baliśmy się że wróg przyjdzie od środka - że rozwiążemy Montownię nie z braku pieniędzy czy z powodu problemów z siedzibą, ale sami się sobą znudzimy, wypalimy. Tymczasem przewartościowaliśmy wszystko. Zgodnie z zasadą „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Dziś każdy z nas realizuje się zawodowo na różne sposoby. Jednocześnie mamy siebie, czyli bazę.

Co was łączy?

Marcin Perchuć: Poza tyloma latami spędzonymi wspólnie to samo poczucie humoru i dystans do rzeczywistości.

Adam Krawczuk: Montownia jest wolnością - wolnością wyboru, strategii, sposobów działania. Paradoksalnie wróciliśmy do sytuacji sprzed 12 lat.

Rozumiem, że dla Piotra Cieplaka, z którym będziecie pracować już po raz trzeci, jedno i drugie miało znaczenie - zarówno wasza potrzeba wolności w poszukiwaniach artystycznych, jak i wieloletnia zażyłość.

MW: Ogromne. Spektakl „Utwór sentymentalny na czterech aktorów” będzie grany zupełnie bez słów. Bardzo ważne jest więc pozawerbalne, intuicyjne porozumienie. A my - czy chcemy czy nie - już od dawna je mamy. Ten spektakl robimy od początku do końca sami.

MP: Do tego stopnia, że każdy z nas sam wymyślił, kogo chce zagrać i każdy z nas sam stworzył sobie postać... Taka otwartość w pracy, a jednocześnie uzupełnianie się w niej nie byłyby możliwe z dopiero co poznającymi się aktorami.

RR: Cieplak, rozmawiając z nami po raz pierwszy, powiedział, że nigdy nie myślał o Montowni jak o teatrze typowym, gdzie pracuje się od do. Nasze próby nie wyglądają więc i nigdy w pracy z Cieplakiem nie wyglądały jak w typowym teatrze.

A jak wyglądają?

MW: Wszystko, dosłownie wszystko robimy razem. Przy „Raju utraconym” razem szukaliśmy rozwiązań scenicznych, razem pompowaliśmy balony, które były elementem scenografii. W „Historii o narodzeniu Jezusa...” razem malowaliśmy figurki. Teraz w pięciu walimy młotkami, budując scenografię. Jest to - pomijając różne przyziemne czynniki, które o tym zadecydowały - nasza i Piotra metoda pracy.

RR: Na początku nie ma nic - nie ma scenariusza, bohaterów. Jest tylko pomysł, który razem rozwijamy.

W tym spektaklu pomysł to czterech facetów niemal na gołej podłodze - kobiety pojawiają się tylko jako symbole, cienie...

AK: Bo jest to świat męski. Kobieta występuje tu tylko jako marzenie, sen... Istnieje w ich sercach, myślach, ale nie fizycznie. Jednak relacja damsko-męska jest tylko jednym z wielu aspektów męskiego świata... To są cztery historie, czterech różnych facetów. Codzienność, podróże, banalne czynności, wzloty i upadki. Nie mają imion. I mogliby żyć w każdej szerokości geograficznej. Fabuła obejmuje sześć dni i pięć nocy. A historie dzieją się poza konkretnym miejscem i czasem historycznym.

Czyżby traktat filozoficzny o współczesnym mężczyźnie?

MP: Na pewno jest to o świecie mężczyzn. O samotności facetów. Ale o samotności... z wyboru. I o kruchości tego męskiego świata.

RR: Może jest to o kondycji męskości w XXI wieku... Ale może równie silnie o kruchości życia w ogóle? Albo ulotności teatru? Piotrek powiedział metaforycznie, że jest to historia świata „czterech panów z wydzieranki” - czyli takiego świata, który przy byle mocniejszym dmuchnięciu wiatru po prostu się rozpada...

Wy jesteście czterema panami z krwi i kości. Jacy są zaś wasi krusi, bezimienni bohaterowie?

MP: Mój bohater to człowiek, który nie wiadomo, gdzie śpi, gdzie mieszka... Jego esencją jest to, że pojawia się i znika, żyje przygodą...

MW: Mój zaś ma dom i bardzo zorganizowany tryb życia. Główny akcent jego aktywności odbywa się w nocy. Jeśli nazwałbym to, co robi, nieustannym polowaniem, nie byłbym daleko od sedna... (śmiech)

RR: A mój bohater mieszka pod rynną, nie interesuje go, czy pada deszcz, czy świeci słońce. Żyje niczym lump...

AK: Mój zaś to człowiek, który boi się świata zewnętrznego. Tylko w obrębie własnego domu czuje się najbezpieczniej. Któregoś dnia jednak w jego życiu wydarza się coś takiego - jak i u każdego z czterech panów - co wywraca wszystko do góry nogami...