Rok temu zżymałem się na Cieplaka za „Wesele” w Teatrze Powszechnym nie za jego pesymistyczną wymowę, odruch protestu wobec tego, co działo się wówczas w naszym kraju. Rzecz w tym, że swój polityczny plakat wymazał Cieplak krzywym patykiem i nie do przyjęcia była forma, a może bezformie tego przedstawienia. Singer w Narodowym był wielkim zaskoczeniem. Trudno zaskoczyć drugi raz, ale tak właśnie stało się z przedstawieniem w Teatrze Nowym Praga.

W sali Fabryki Trzciny scenka zrazu zasłonięta kurtynkami z tektury posklejanej taśmą do pakowania. A gdy kurtynki zostaną zerwane, mamy przed sobą godzinę teatralnej rozkoszy. W tym miniaturowym przedstawieniu Cieplak znów pokazuje, jakiej radości może dostarczyć w teatrze czysta zabawa atrybutami tej sztuki z jej umownością, z budowaniem świata z zaskakujących elementów, ile można opowiedzieć gestem, jak budować narrację bez jednego słowa, jaką rolę w przedstawieniu może grać muzyka.

Bo ten „Utwór sentymentalny…” – chociaż teatralny drobiazg – wobec artystycznych propozycji ostatniej dekady jawi się jako rzecz ważna, bo przypominająca, że teatr to nie tylko naskrobany byle jak krzykliwy plakat, nie tylko budzące już wymiotny odruch „nowoczesne” dekoracje ze szkła i metalu. I jeszcze – że muzyka w spektaklu nie musi być wcale „muzakiem”, ale może być pełnoprawnym uczestnikiem przedstawienia.

Przyznam, że podczas tej teatralnej godziny mniej frapowała mnie sama akcja, czyli opowieść o czterech panach z różnych światów, o różnych osobowościach, różnych marzeniach. Bardziej zaś to, jak Cieplak i Monterzy te historie opowiadają. W spektaklu nie pada ani jedno słowo, wszystko opowiedziane jest gestem, scenicznym działaniem i właśnie muzyką. Wielkie brawa dla duetu Szamburski/Zakrocki. Skrzypek i klarnecista komentują sceniczną akcję, czasem wręcz ją współtworzą, zabawiają nas trawestowaniem muzycznych arcydzieł, a czasem wydobywają z instrumentów najdziwaczniejsze dźwięki. Wyczarowanie wielkomiejskiego zgiełku z dwóch dęciaków to prawdziwe arcydziełko.

Niejedyne. Paulina Czernek z pakowej makulatury, z szarych papierów, burej taśmy używanej do oklejania paczek wyczarowała ptaki, psa. Cała ta scenografia to papierowy teatr, cuda stworzone z najprostszych materiałów, nieładne same w sobie, piękna nabierające w chwili, gdy stają się częścią przedstawienia. Cały spektakl składa się zresztą z takich teatralnych smaczków. Nutki wyciągane z tuby papierowego patefonu, papierowy ślimak-drapieżnik wgryzający się w nogę jednego z aktorów, zatłoczone miasto pokazane paradą znaków drogowych – po dekadzie ponuractwa, poetyki teatralnego „przodem do przodu”, porzucenia języka metafor, znaków, amatorskiego aktorstwa uznanego za trans – to wszystko brzmi dziś niesłychanie świeżo. A że to teatralne cudeńko trwa tylko godzinę z małym haczykiem? Zbigniew Raszewski zauważył kiedyś, że w naszej kulturze za dzieła wybitne uchodzić mogą tylko te co wielkie. W ten oto sposób „Bitwa pod Grunwaldem” zawsze wygra z malarską miniaturą, a „Walc minutowy” będzie mniej ważny od koncertu Chopina.

Wolę więc ten papierowy świat Montowni i Cieplaka od kilku luksusowych wypasów wywalonych nie wiadomo po co za ciężkie pieniądze, a straszących na niejednej polskiej scenie.

Utwór sentymentalny na czterech aktorów.

Scenariusz i reżyseria: Piotr Cieplak.

Teatr Nowy Praga.

Premiera 18 maja 2008 roku.