Do Wytwórni szedłem z duszą na ramieniu. Dramaty Rolanda Schimmelpfenniga ze swą otwartą strukturą, polifonią głosów bohaterów i rezygnacją z tradycyjnie pojmowanej akcji stanowią dla teatru nie lada wyzwanie. W Polsce Schimmeplfennig w krótkim czasie zdobył nieoczekiwaną popularność. Po jego sztuki sięgali m.in. Marek Fiedor („Kobieta sprzed lat dwudziestu czterech”) i Paweł Miśkiewicz („Przedtem – potem”). Renoma reżyserów nie uchroniła ich spektakli przed klęską. A tutaj twórca bez doświadczenia, utwór być może jeszcze trudniejszy w realizacji, w dodatku – jak zapowiedziano – spektakl trwa dwie i pół godziny. No ładnie – myślałem – wpadłem jak śliwka w kompot.

Obawy okazały się nieuzasadnione, bowiem czas na widowni Wytwórni mija bardzo szybko. Harzem umieścił akcję nie na scenie warszawskiego teatru, lecz po raz pierwszy w jego niedługich dziejach w betonowej sali, oświetlonej tylko światłem z jarzeniówek i poustawianych na scenie dziwnych, przypominających kaloryfery lamp. Dziwna to i nieprzyjazna przestrzeń. Piątka aktorów wchodzi do gry bez ceremonii, przemierza ją raz po raz, zanim znajdzie dla siebie miejsce. Ktoś stanie pod ścianą, kto inny usiądzie pod wysokim murowanym słupem. Sytuacja wymyka się opisowi – już teatr czy jeszcze półprywatne działania? Za chwilę wejdą w tekst Schimmelpfenniga, historię grupy żołnierzy złożonej z mężczyzn i kobiet rzuconych gdzieś na peryferie Afryki. To fakt, że porzucili własne domy i dotychczasowe życia i że co chwila drżą przed atakiem wroga. Jednak ani autor, ani reżyser nie o wojnie chcą tylko mówić. Owszem, można szukać całkiem konkretnych tropów i zaprowadzą one choćby do Iraku, ale ciekawsze jest spojrzenie na postaci w „O lepszy świat” z bliższej perspektywy. Wtedy okaże się, że niemiecki pisarz włożył im w usta komentarz do współczesności. Komentarz ten nie jest może odkrywczy, ale brzmi bardzo gorzko. Bohaterowie sztuki jawią się jako ludzie bez przeszłości i bez przyszłości. Powoli resetują wszelkie wspomnienia, żyjąc z dnia na dzień wojennym rytmem. Wojna jednak nadaje im sens działania, a gdy się skończy, stracą jakąkolwiek motywację. Wrócą do swej poprzedniej egzystencji, w której opisie zawiera Schimmlepfennig ostrą krytykę zachodniego świata. Bowiem postaci z „O lepszy świat” jedzą, piją, oddychają, oddają się zwyczajnym rozrywkom. Tyle że brak w tym wartości, uzasadnienia. Tak tworzy się na scenie opowieść o ludziach zbędnych, niepotrzebnych.

Harzem w Wytwórni przełamuje ją humorem i dystansem. Świetnie dysponowani aktorzy (największe wrażenie zrobiły na mnie Martyna Peszko i Katarzyna Misiewicz-Żurek) są w rolach, a jednocześnie jakby poza nimi. Zdarza się, że skutecznie manifestują ów wywiedziony z niemieckiej tradycji efekt obcości, nadając całej historii drugie dno. W dodatku taka właśnie półprywatna konwencja grania uwiarygadnia to, co w tekście obronić najtrudniej. Wszystkie te fragmenty o najeźdźcach z kosmosu niemal wyjęte z niskobudżetowych horrorów oraz opisy rytualnych tańców w wojskowych obozach. Gdy trzeba, są przełamane ironią, co powoduje, że przyjmuje się je bez bólu.

A wniosek i tak zostaje ten sam. Żyjemy w dziwnym pokawałkowanym świecie, w strukturze, w której nic do siebie nie pasuje, bez celu i bez powodu. O lepszym świecie możemy tylko pomarzyć.

„O lepszy świat”

Roland Schimmelpfennig

Reż. Thomas Harzem

Teatr Wytwórnia w Warszawie

Premiera 16 maja