"Akcja <<Z prochu powstałeś>> zdaje się toczyć pod wodą. Ręka kobiety sięga ponad fale, opadając znika z pola widzenia, sięga ku innym, lecz nikogo nie znajduje ani pod wodą, ani pod jej powierzchnią, tylko cienie, odbicia, fale; kobieta zatracona w pogrążającym się krajobrazie nie może uniknąć losu, jaki miał przypaść innym. Ale skoro oni umarli, ona też musi umrzeć” – to autokomentarz Harolda Pintera wygłoszony na wykładzie noblowskim. Jak przekłada pani wymykający się prostej interpretacji tekst na sceniczny konkret?

Joanna Bogacka: Akcja dramatu toczy się „teraz” i „w ogóle”. Pinter niczego nie nazywa wprost, ale na użytek roli musiałam zbudować sobie wyobrażenie na temat postaci mojej i partnera. Kobieta, którą gram, nie radzi sobie z psychiką, a jej choroba wynika z nadwrażliwości, jest konsekwencją traumatycznych przeżyć sprzed lat. Rebeka jest kruchą, delikatną osobą, która przeszła obozowe piekło i przeżyła romans ze swoim katem. Jego owocem było dziecko, które później – jak innym kobietom – zostało jej odebrane. Devlin – wieloletni mąż czy konkubent – jest bardzo silną osobowością o niezbyt skomplikowanej filozofii życiowej. Tego faceta właściwie interesuje tylko jedno: czy został przed laty zdradzony przez Rebekę. Ludzie przyciągają się w życiu na zasadzie przeciwieństw; potem pchają razem tę kulę i z biegiem lat oddalają się od siebie coraz bardziej. Bohaterów „Z prochu powstałeś” nie łączy już nic. Oni nigdy nie powinni się związać, są zbyt różni. Devlin w pewien sposób niszczy Rebekę, a ona go denerwuje, bo jej nie rozumie i nigdy nie zrozumie.

Sztuka Pintera należy do małych form, opiera się na dialogu dwojga bohaterów.

Ci ludzie znaleźli się w klaustrofobicznej sytuacji, klatce bez wyjścia; ich rozmowa toczy się na jałowym biegu. Stan, w którym znajduje się Rebeka, jej milczenie, znaczy o wiele więcej od wypowiadanych słów. To nie jest klasyczny dialog, ale esej rozpisany na dwa głosy. Rebeka i Devlin rozmijają się ze sobą w rozmowie. To jest bardzo niebezpieczny tekst dla aktora, ponieważ zdany jest on na siebie i nie może szukać oparcia w partnerze.

Po raz kolejny występuje pani na scenie Teatru Atelier. Chętnie pani wraca na tę scenę?

To jest autorski teatr Andre Hübnera-Ochodlo, który od prawie 20 lat konsekwentnie wprowadza na scenę ciekawą, współczesną literaturę. To nie są żadne „takie sobie propozycje”, chociaż teatr na plaży, wakacje i turyści kojarzyliby się raczej z podkasaną muzą. Bardzo lubię Andre i kibicuję jego działaniom, stworzył to miejsce na przekór wszelkim trudnościom. Zanim został wybudowany budynek teatralny, graliśmy w blaszanym baraku. „Teatr” nagrzewał się od słońca i upał w środku był nie do zniesienia. Widzowie przychodzili na przedstawienia w kostiumach kąpielowych; jednego dnia wpadła nawet na scenę plażowa piłka... Czysty surrealizm, ale pozostają potem piękne wspomnienia.

Swój artystyczny życiorys wpisuje pani od 40 lat w historię gdańskiego Teatru Wybrzeże. Powiedziała pani w jednym z wywiadów: „Granie w teatrze... To mój wybór, chociaż tylko swojemu wrogowi można życzyć tego zawodu”.

Grałam bardzo dużo. Jeszcze jedna rola i jeszcze jedna... jak w tyglu. Poddałam się teatralnemu szaleństwu na długie lata, aż w pewnym momencie obudziłam się przerażona z myślą, że w ogóle nie będę wiedziała, czy żyłam. Teatr zabiera życie. Aktorstwo jest cudowną od niego ucieczką, ale kiedy życie stawia człowieka wobec prawdziwego problemu – sztuka nie podsuwa żadnego rozwiązania – jesteśmy bezradni. Paradoks tego zawodu polega na tym, że aktor dla własnego dobra nie powinien tracić kontaktu z rzeczywistością, ale i tak z wiekiem oddala się od prawdziwego życia, które zaczyna postrzegać jako pewnego rodzaju skansen. Poza tym my – aktorzy jesteśmy efemerydami, ludźmi egzaltowanymi, trochę śmiesznymi i niezbyt poważnymi. Znamy się niby na wszystkim, a w rzeczywistości na niczym. Jesteśmy intelektualnymi hochsztaplerami, chociaż świetnie robimy dobre wrażenie.

„Bardziej martwi mnie, że życie jest ulotne. Ulotności w sztuce mi nie szkoda. Prawie każde dokonanie zostawia ślad we mnie. Ten ślad właśnie ma największą wartość” – to też pani słowa. O których rolach pani myśli?

Nie potrafię powiedzieć, jak zmieniłam się pod wpływem grania, mimo że świadomość jest bardzo ważna w aktorstwie. Pierwszy ślad pozostawiła we mnie rola w „Cmentarzysku samochodów” Arrabala, gdzie grałam na tytułowym cmentarzysku kurwę o gołębim sercu – motyw nieobcy w literaturze, ale zupełnie obcy w moim życiu. Miałam 22 lata i musiałam wkroczyć w nieznane obszary, ta rola coś we mnie otworzyła... W ostatnich latach jednym z największych zawodowych prezentów była praca przy „Szarym aniele” Rinkego w Teatrze Atelier. Grałam Marlenę Dietrich, moim partnerem był Giennadij Mitnik – aktor rosyjski, absolwent szkoły teatralnej w Moskwie, który dwa lata pracował w teatrze Wasilijewa, ucznia Grotowskiego. Czerpałam pełnymi garściami z jego wprost niewiarygodnej wiedzy zawodowej.

Za swoją życiową rolę uznała pani kiedyś tytułową „Mary Stuart” Hildesheimera w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie.

Tak powiedziałam? Bardzo lubiłam tę rolę; a kosztowała mnie wyjątkowo wiele wysiłku. U Hildesheimera czas sztuki pokrywa się z czasem akcji – ponad półtorej godziny bez przerwy. Trwały pierwsze próby sytuacyjne; stałam na scenie i nagle w dwudziestej minucie przerwałam, ponieważ nie mogłam dalej grać. Byłam wykończona i przerażona, a reżyser i koledzy – bezradni. Obawiałam się skandalu, chciałam uciekać do domu. Zadzwoniłam do mojej mamy, żeby przyjechała do Krakowa z pomocą. Próby mozolnie toczyły się dalej, w dniu premiery poszłyśmy z mamą na spacer. „Bardzo ci, mamo, dziękuję, sama nie dałabym rady. Idę dziś wieczorem jak na ścięcie...”. „Przecież ciebie tam właśnie ścinają!... To chyba idziesz we właściwym kierunku?”. Dopiero dzięki mamie zrozumiałam, że znalazłam się we właściwym stanie dla roli. Po każdym przedstawieniu czułam się jak górnik, który przekopał pół kopalni. Jechałam do Krakowa na trzy przedstawienia i wracałam do Sopotu chudsza o trzy kilogramy.

W ostatnich latach występuje pani w teatrze najmłodszego pokolenia twórców. Jak pani odnajduje się w przedstawieniach np. Jana Klaty?

On sam często zadawał to pytanie... Odpowiadałam, że to mnie przerasta, ale też uznałam, że jeżeli nie dam sobie rady, odejdę z zawodu. Dziś jestem wdzięczna za to doświadczenie i jestem za. Wirus Klaty odpowietrzył moje aktorstwo. Jego teatr trafia do współczesnego widza dzięki estetyce czerpiącej obficie z kultury popularnej – telewizji, komiksu. Ten teatr młodych reżyserów mnie zawodowo mniej kosztuje, środki aktorskie wielokrotnie wyciągam gotowe z rękawa. Teatr powinien być dla widza, a nie odwrotnie i dopóki widz tę estetykę kupuje, należy to uszanować i zaakceptować. Pewnie niewiele zostanie po latach z tego teatru, ale czy w ogóle wiele zostaje z teatru?