Jako dojrzały mężczyzna zostałeś dramaturgiem.

Zbigniew Hołdys: W jakimś sensie tak. Pomyślałem nawet, że świetnym hasłem reklamowym promującym premierę sztuki będzie „Dramat Hołdysa” (śmiech).

Tytuł tego dramatu to „Prawo McGoverna”. Brzmi jak tytuł amerykańskiego filmu sensacyjnego.

ZH: Bo jest to thriller. Ale nie chcę zdradzać przebiegu akcji. Mogę powiedzieć tylko tyle, że sztuka zaczyna się od takiej sytuacji: młody chłopak siedzi w piwnicy przy stole i trzyma w ręku sznurek, którego drugi koniec jest przyczepiony do ładunku semteksu przyklejonego do czoła pewnego prawnika. Pociągnie czy nie? I dlaczego do tego doszło?

Czytałam sztukę i wiem, że jej akcja toczy się w Warszawie. Czemu więc nie „Prawo mecenasa Wendego”?

ZH: Nazwiska znanych polskich adwokatów budują dość konkretne inne konotacje i skojarzenia. A mnie zależało na ogólnym opisie współczesności. Mam wrażenie, że dzisiejsi prawnicy korporacji to armia cyników, którzy potrafią powiedzieć „daj mi człowieka a wykończę go wedle twoich oczekiwań”. Ja takich poznałem. Zjawili się dopiero w kapitalizmie, kiedy pieniądze pomogły im rozwinąć skrzydła i zademonstrować swoją bezwzględność. Takie myślenie o sprawiedliwości to wzór zaczerpnięty z USA. Załóżmy więc, że McGovern pracuje dla wielkiej międzynarodowej korporacji o amerykańskich korzeniach.

Prawo amerykańskie jednak chlubi się tym, że broni praw i wolności jednostki. Filmy „Filadelfia” czy „Skandalista Larry Flint” mówią o tym, prawda?

ZH: Tak. Ale jest też film „Dwunastu gniewnych ludzi” o zawodności prawa i systemu sprawiedliwości opartego na spisanym prawie.

Bo prawo jest tylko jednym z elementów próby uporządkowania myślenia o naturze ludzkiej. Jest zawsze niedoskonałe.

ZH: Moim zdaniem prawa tak naprawdę nie ma. Ono jest tylko napisane. Człowiek jest genialnym cwaniakiem – wymyśla prawo po to, żeby był porządek, a potem robi z nim, co chce, i szuka w nim luk. To nie jest więc prawo ideowe, tworzone w demokracji, ale prawo dżungli. Jednak „Prawo McGoverna” mówi nie o systemie prawnym jako takim, ale o naturze człowieka.

Czyli o czym?

ZH: O cynizmie. O bezwzględności. O strachu. O kłamstwie. O tym wszystkim, co dzieje się z człowiekiem postawionym w ekstremalnej sytuacji. Zadajemy pytania: kto jest naprawdę sprawiedliwy i kto jest naprawdę winny, a kto nie. Kiedy bohaterem jest prawnik i mówi to, co mówi – to widać wszystko jaskrawo.

Sztukę wystawia nieformalna grupa Niewinni Chłopcy. Wobec czego „niewinni”?

Tytus Hołdys: Zalew brutalności, okrucieństwa, epatowania seksualnością w reklamie, filmach czy grach komputerowych pozbawia niewinności nawet dzieci. Chodzi o bycie na kontrze do współczesnej popkultury, do tego, wobec czego się znieczuliliśmy.

A ilu jest niewinnych chłopców?

TH: Jest nas w zespole trzech – ja, Tomek Solich i Kamil Dąbrowski. To nasz pierwszy spektakl.

Skoro pierwszy, jaką metodą pracujecie?

TH: To, co jest nam bliskie, to metoda Actor’s Studio. Chcemy być jak najbardziej autentyczni w swoich rolach. Jak grasz rolę bandyty, to musisz się mentalnie nim stać, a nie go grać, oczywiście na te półtorej godziny. Dużo czasu spędziliśmy na budowaniu postaci, dopracowywaniu szczegółów, poznawaniu ludzkiego charakteru. Dążymy do prawdy, do tego abyśmy bardziej „byli“ niż „grali“.

Przygoda teatralna Hołdysów zaczęła się trzy lata temu od sztuki „Pif Paf jesteś trup” Williama Mastrosimonego.

ZH: Ale to była inna sytuacja. Chodziło o zmianę złej atmosfery w szkole Tytusa. Po to, by zintegrować dzieciaki wokół jakiejś idei, wspólnej pracy, żeby nie tkwiły w niszczeniu samych siebie, w agresji, przetłumaczyłem ten tekst. A licealiści go wyreżyserowali i wystawili.

TH: „Pif Paf” powstał po wydarzeniach w amerykańskich szkołach, kiedy uczniowie zamordowali strzałami z broni maszynowej wielu swoich kolegów. Podobnie jak my, William Mastrosimone postanowił zareagować na szkolną przemoc. Napisał sztukę z prośbą, by zagrano ją w szkole jego córki, gdzie doszło do takiego masowego zabójstwa. Od tamtej pory przedstawienie stało się symbolem walki z agresją na amerykańskich uczelniach.

Tytus, w liceum grałeś główną rolę. Teraz grasz w tej, której jest autorem ojciec. Nie przeszkadza ci, że tata, jego nazwisko, osobowość ciążą na twoim życiu?

TH: Już nie. Ludzie zawsze cokolwiek bym nie zrobił „to ten syn Hołdysa”. Jestem już odporny, przygotowany na to, że ktoś powie „o, gra w sztuce, którą mu ojciec napisał”. Ale by zachować higienę pracy, zacząłem o nim mówić „Zbyszek”.

ZH: To nie jest relacja ojca z synem, to jest relacja producenta z aktorem. Wysyłam do niego komunikaty SMS-em, nawet gdy siedzi w pokoju obok. To bardzo nieokiełznany pracownik.

Wasz pierwszy profesjonalny spektakl powstawał w szczególnych okolicznościach - na 10 dni przed premierą zmarł reżyser „Prawa McGoverna” Piotr Łazarkiewicz. Nie myśleliście, żeby zrezygnować z premiery?

ZH: Nie miałem takiej myśli przez sekundę. Oczywiście kiedy usłyszałem tę wiadomość w radio, pomyślałem, że to jest jakiś ponury sen. A potem zdarzyło się coś niesamowitego. Zadzwonili różni ludzie i mówili, że sztukę trzeba koniecznie wystawić. Że to się należy Piotrowi i jego pracy. Odezwali się reżyserzy, którzy zadeklarowali nam pomoc i to anonimowo, bez nazwisk na plakacie. Stało się jasne, że musimy to zrobić. Aktorzy właśnie zrobili notatki, zapisali wszystkie zapamiętane uwagi Piotra, by wedle tych uwag poprowadzić dalej próby. Spektakl będzie owocem pracy Piotra.

TH: Dokończyć jego dzieło pomaga nam Maciek Kowalewski z Teatru na Woli. Robimy to dla Piotra.