Zespół Ad Spectatores ocalił skórę, lecz godzinny tekst Masztalskiego nie złożył się w dobrze skomponowaną krotochwilę. W warstwie zdarzeń zwykłość została poprzewracana. Już przy wejściu rubaszny kierownik sali, domorosły limerysta, częstując publikę częstochowskimi rymami, zaszarżował. W drzwiach podzielił publikę na przypadkowo dobrane pary (uroczy epizod Michała Wielewickiego). Selekcjonowanie, a potem usadzanie przy stołach zestawionych w klasyczną podkowę rozbawiło widzów.

Baloniki. Transparenty. Serwetki. Sztućce. Patery z owocami. Szkło. Orkiestra w kątku sali tnąca na 3/4. Scenografia typowej polskiej imprezki rodzinnej. Aktorzy wśród widzów. Małe konfuzje, powitania, docinki. Zwykłą przestrzeń paradną wypełniają dziwni bohaterowie. Seksowna Zuza (Anna Ilczuk) promenaduje po obrusach, dość zręcznie lawirując pomiędzy nakryciami. Jej mąż Mateusz (Rafał Kwieciński) nie może zdecydować się, czy podtrzymuje partnerkę, czy ją rozbiera.

Na środek wyskakuje tercet panien w stylu art deco. Podrygują w rytmie charlestona. Jak u Czechowa – westchnienie ciotki Rozalii za wyjazdem do stolicy. Potem kawalkada żartów. Buchająca seksem Rozalia (euforyczna Agata Skowrońska) i histeryczna partnerka jubilata (rozdygotana, zdulszczona Ewelina Paszke-Lowitz) próbują powstrzymać dzieci przed wsypką. Otóż nie wypada ojcu przypominać, że od dziesięciu lat nie żyje.

Usadzanie przy stole. Wręczanie prezentów. Jak na klasycznych urodzinach. W przeciwieństwie do bebechowatości teatru serio, rodzina jest tu surrealna i absurdalna. Żyje wśród gagów. Ma wszakże swojego demagoga – Kucharka (herod-baba Dorota Łukasiewicz-Kwietniewska) wpada pomiędzy rozbawionych biesiadników niczym z filmu Barei.

Papla-gej Szczepan (Michał Opaliński) za zdradę tajemnicy wylatuje przez okno. Bękart Ksawery zapija się na śmierć. Rozalia dławi się – a choć nie ością, jest jak w piosence kabaretowo, nie dramatycznie. Bo Tata to postać z rozplotkowanego portalu. Co tydzień podpisuje płyty Elvisa Presleya w Empiku, gdyż ma uroczą grzywkę i ludzie mylą go z królem rocka. A przecież tyle mają ze sobą wspólnego, że obaj umarli.

Śmierć nie przeraża. Truposze i tak po chwili wstają albo – wyrzuceni oknem – włażą drzwiami. Zanim odgadniemy puentę, oglądamy scenki dowcipne i piękne jak piosenka-monolog Mateusza odpowiadającego słowami songu Presleya „If you're looking for trouble” wszystkim, którym nie w smak saga o rodzinie neurotyków, kochających inaczej i zwykłych puszczalskich.

Po co to wszystko? Z dwóch powodów. Aby wiedzieć, że prawdziwa śmierć zaczyna się dopiero wtedy, gdy tracimy poczucie smaku. A więc dopóki tchu, smakujmy życie w grupie kochanych osób – zapewnia w sugestywnym monologu Tata (świetny Krzysztof Kuliński). Smakujmy bogactwo form, kształtów, zapachów. Smutek nie pachnie, nie ma kształtu, nie przylega do skóry. Samotność tak.

Jest i puenta druga. Trochę żałosna jest nasza polska biesiadność. Trochę chamska. Mało dowcipna. Może nawet prymitywna. I trochę żałosne są nasze grzechy. Chamskie. Niedowcipne. Prymitywne. Więc co da się z nas poskładać? Raczej stypę niż wesele – mówią artyści Ad Spectatores. Taka prawda może boleć. Ale może oczyszczać. Nawet gdybyśmy w teatrze letnim nie mogli umrzeć ze śmiechu.

„Urodziny taty”

Tekst i reżyseria Maciej Masztalski,

Premiera 3 lipca,

Ad Spectatores we wrocławskim Hotelu Duet