Przez prawie trzy godziny zostaliśmy uwięzieni wewnątrz trzech zwykłych rodzinnych opowieści. W uwerturze do spektaklu aktor łotewski (Gundars Abolinis) i niemiecki (Oliver Stokovski) pokazują widzom makiety swoich teatralnych garderób. Mówią o tremie, treningu, talencie. Pojawia się pytanie, co to znaczy "być na scenie", jak grać rzeczy niemożliwe. I nagle, wraz z trzecim bohaterem, naturszczykiem (łotewski Rosjanin, malarz i fotografik Juris Baratinskis), pojawia się temat ojca. Bo to też jest rola, którą trzeba dobrze zagrać.

>>>Przeczytaj o sukcesie Hermanisa na festiwalu w Toruniu

Hermanis chce pokazać spektakl, jaki każdego dnia odgrywają przed sobą ojciec i syn. Więc trzech mężczyzn na scenie zaczyna po kolei opowiadać o swoich rodzicach. Teatralni maszyniści zapełniają scenę namalowanymi na blejtramach portretami ojców aktorów. Wnoszą powiększone zdjęcia rodzinne, fotografie z urlopu, z pracy, z najróżniejszych uroczystości.

Powstaje wrażenie przeglądania rodzinnego albumu, słuchania skojarzeń i anegdot przywołanych przez zdjęcia. Z przodu sceny, prawie u stóp widzów, leżą szeregiem w gotowości sterty rzeczy. Ubrania, zabawki, sprzęty domowe. Rekwizyty i kostiumy potrzebne do odegrania scenek z przeszłości, pamiątki i ojcowskie atrybuty. Jakby to był rodzaj sezonowej wyprzedaży wspomnień i wiedzy o własnym ojcu.

Tato Stokovskiego był niemieckim policjantem wysokiego szczebla. Dowodził kilkoma operacjami przeciwko studenckim protestom w latach 70. Aktor pysznie opisuje jego zawodowe i osobiste dziwactwa. To karykatura praworządnego Niemca, ale i dobry, poczciwy człowiek, od którego trzeźwych decyzji zależało życie wielu ludzi.

Ojciec Abolinisa był aktorem najlepszego ryskiego teatru. Zmagał się latami z nałogiem alkoholowym, sporo grał w sowieckich i enerdowskich filmach. Potrafił pić przez dwa tygodnie zamknięty w moskiewskim hotelu, a w chwili pomroczności jasnej pojechać do Rygi, zagrać spektakl, wrócić, pić dalej i nie pamiętać, że gdziekolwiek leciał. Ojciec J. Baratinskisa, przedwojenny bokser, przesiedział 14 lat w łagrach. Był niezłomny, pomagał innym. Po powrocie dzielił czas między żonę i kochankę. Uczył syna podwórkowej odwagi, dumy i odpowiedzialności.

Narratorzy Hermanisa ośmieszają swych ojców i uwznioślają w tej samej chwili. Pokazują, jak ojciec pił wódkę, zdradzał, kłamał. Czym pachniał, w co się ubierał, jak chodził, siedział, rozmawiał. A zaraz potem przychodzi czas na ich chwile wielkości: genialne role teatralne, bohaterskie czyny, wpajane synom dekalogi. Hermanis nie zagląda w relacje ojciec - syn z pomocą Freuda. Jest delikatny i dyskretny, schowany za aktorskimi opowieściami. Wydaje się, że nie ingeruje w teksty aktorów, tylko po prostu rozpina ich słowa na teatralnej ramię. Zestawia relacje i postawy. Podrzuca rekwizyty, podpowiada tempo opowieści i charakter kolejnej anegdoty. W rezultacie powstaje przedziwna mieszanka faktu i iluzji. Lekka, żartobliwa tonacja spektaklu skrywa melancholię przemijania, piekło sztafety pokoleń.

"Ojcowie" są typowym dla teatru Hermanisa podglądaniem prawdziwego życia zderzonym z fascynacją teatralną butaforką. To przedstawienie bardzo intymne, ale nie spowiedź. Bo trzech synów mówi tylko to, co można powiedzieć innym ludziom o swoich najbliższych. I cały czas szukają języka, którym mogliby się porozumiewać ojciec - syn. Bo taki język nie istnieje gotowy raz na zawsze. Obaj uczą się słownika gestów pojednania całymi latami.

Jakoś, ot tak, trójka narratorów przekracza cienką linię między prześmiewczym przedrzeźnianiem ojca a rzeczywistym naśladowaniem go, upodabnianiem się do niego. To może być powód do dumy lub przerażenia. Naprawdę chcielibyśmy być jak nasi rodzice? A jednak się nimi stajemy. Rola ojca panuje nad nami, zamiast my nad nią. I nie wiadomo w końcu, gdzie kończy się ojciec, a zaczyna syn.

U Hermanisa z boku sceny znajdują się trzy prowizoryczne garderoby z lustrami. Aktorzy są metodycznie podmalowywani przez charakteryzatorki, które doczepiają im sztuczne podbródki, zakładają siwe peruki i okulary. Starzeją się na naszych oczach. Naprawdę przeistaczają się w ludzi, o których opowiadali. W pewnym momencie trzech starych mężczyzn siedzi na stołeczkach obok siebie. Jakby w scenicznym czyśćcu czekali na wyrok. Czy sprostali ojcostwu?

Hermanis kończy potrójną opowieść zdarzeniem przywołanym przez Stokovskiego: oto jego mały przeziębiony synek pociera zakatarzonym nosem policzek ojca. Tak długo i intensywnie, jakby chciał się wetrzeć w niego, zniknąć, na zawsze rozpuścić się w ojcu. Zamienić się na twarze. Wszystko jedno, która jest czyja. I tak jesteśmy tacy sami. Spektakl Hermanisa przypomina życie każdego mężczyzny: zaczyna się od beztroski i buntu, a kończy goryczą, uspokojeniem, nostalgią. Zaraz po przedstawieniu obiecałem sobie, że też zadzwonię do mojego taty.