Upór obleganych zakrawa o heroizm albo czystą głupotę. Może to Zbaraż, może Kamienic Podolski. Albo Częstochowa. Umieszczony w głębi sceny obraz Czarnej Madonny głosem jednej z aktorek powiada: "Nie sądzę, żeby się jeszcze jeden dzień utrzymali, ale oni wierzą inaczej." Ta kilkunastominutowa brawurowa sekwencja jest kluczem do "Trylogii" wyreżyserowanej właśnie przez Jana Klatę w Starym Teatrze. Premiera to pierwszy akord krakowskich "re_wizji sarmackich".

Książka zbójecka

Mikołaj Grabowski, pomysłodawca rozciągniętego na cały rok festiwalu, nie ukrywa, że teatralny powrót do sarmatyzmu to echo jego osobistych, niemal 30-letnich fascynacji. Ale i rezultat presji współczesności. Dyrektor Starego Teatru tłumaczy, że projekt narodził się niedługo przed ostatnimi wyborami: "Nagle jako społeczeństwo cofnęliśmy się w naszej mentalności o sto lat, straszono nas zagrożeniami, które już nie istnieją."

Kiedy Jan Klata przyszedł do Grabowskiego z decyzją, że wystawia u niego "Trylogię", już wiedział, że zaczną spektakl od kazania księdza Kamińskiego nad trumną małego rycerza: "Panie Wołodyjowski, larum grają!". "Z jednej strony jest to larum fałszywe, które wzniecamy tylko, żeby <mąt uczynić>, ale z drugiej strony coś jest na rzeczy" - mówi reżyser. "Sarmacki świat opisany w <Trylogii> to dla mnie opowieść wajdeloty o polskości wydumanej i skłamanej. Pisanej pod koniec XIX wieku dla Polski XX-wiecznej, a czytanej teraz w XXI wieku."

Grabowski i Klata zgadzają się, że długo była to chyba najważniejsza książka w każdym domu. Sebastian Majewski, dramatopisarz, współadaptator "Trylogii" w Starym, opowiada: - Karolina Kozak, jedna z bohaterek naszego spektaklu "Transfer!", mówiła mi, że przed wojną jej ojciec po to, by poznać "Trylogię", chodził każdego dnia do czytelni, gdzie czytano całe rozdziały Sienkiewicza na głos. Potem wracał do domu i opowiadał żonie. A ona jako mała dziewczynka podsłuchiwała z wypiekami na twarzy.

Sam Mikołaj Grabowski tak relacjonuje powody, dla których w połowie lat 70. zaczął się interesować sarmatyzmem: "Żyjąc w tak zwanej kulturze zastępczej, zmierzaliśmy donikąd. Nie chodzi mi tylko o sytuację polityczną, ale o całą gierkowską beznadzieję. Jeśli było się obrażonym na świat, to sięgało się do historii i znajdowało tam mit."

Sarmatyzm nadawał się doskonale do tego celu. "Pamiątki Soplicy" Rzewuskiego okazały się dla Grabowskiego smakowaniem barw dawnej Polski i antidotum na powszechne skarlenie. Wspomina, że dłuższy czas żył w dwóch światach, które mimo wszystko były bardzo do siebie podobne. Bo czym różnił się lokalny kacyk partyjny od księcia Radziwiłła? "W przeciwieństwie do I sekretarza Radziwiłł bał się duchów. I to może trzymało go na uwięzi" - żartuje dekadę później uczeń warszawskiego Liceum Batorego Jan Klata, który czytał "Trylogię" w kontekście Powstania Warszawskiego. Na równi z bohaterami Sienkiewicza pociągali go powstańcy przybierający pseudonimy "Kmicic", "Wołodyjowski", "Skrzetuski".

"Pamiętam, jak wyprawialiśmy się do księgarni po nowy egzemplarz, bo poprzedni został zaczytany na śmierć. Wydanie, które potem miałem w ręce, było swego rodzaju groteskowym symbolem polskości. Okładki kolejnych tomów stanowiły całość i układały się w pejzaż bitewny. Ale już przy pierwszym czytaniu klejenie zupełnie się rozlatywało. Z takim pyknięciem" - wspomina. Klata składał rozsypane kartki, łączył w pary końcówki i początki zdań. To było jak sklejanie Polski i mitu w całość. Sebastian Majewski ani razu nie czytał narodowego eposu: "Jestem w tej grupie Polaków, którzy przemknęli przez »Trylogię«, oglądając »Potop« w telewizji". "Forma powieściowa <Trylogii> jest z pozoru kompletnie nieprzekładalna na teatr. Skoro jednak zabieramy się za sarmatyzm, to dotknijmy mitu założycielskiego" - mówi Klata, który może szukał też innego niż dotąd bohatera, potrzebował epickiego oddechu? "Jeśli teatr sięga po epikę - wyjaśnia - to może oznaczać, że jest luka w opisie rzeczywistości we współczesnej dramaturgii". Jesienią 2008 roku w Starym Teatrze zaczęły się próby.

Podkręcanie Sienkiewicza

Klata i Majewski narzucili sobie ścisłe reguły. "Zmieniamy sytuacje, ale nie dodajemy pisarzowi ani jednego zdania!". Integralność tekstu to pewien rodzaj kręgosłupa dla przedstawienia i możliwość intelektualnej żonglerki szlagwortami i cytatami z ukochanego dzieła Polaków. "Całą obsadę zrobiliśmy pod włos!" - Klata wykrzywia się w złośliwym grymasie. Aktorzy zostali obsadzeni wbrew warunkom, na przekór filmowym ikonom. Wołodyjowskiego gra Andrzej Kozak, Skrzetuskiego Jerzy Grałek, Kmicica Krzysztof Globisz, Baśkę Anna Dymna, Tuhaj Beja Jan Peszek. Wszystko weterani scen. Do tego tylko kilkoro młodych: Wysocka, Gałkowska, Kaleta, Peszek junior. Kiedy przedstawiają się widzom, unosząc głowy znad szpitalnych łóżek: "Jam Kmicic, jam Baśka, jam Wołodyjowski, jam Skrzetuski…", publiczność odpowiada salwami śmiechu. Nic się nie zgadza. Zagłoba za młody, Skrzetuski zdziadziały, Baśka za gruba. Narodowi herosi wydają się zmęczeni i brzydcy.

Niemłodzi już nadal trwają w swoim wizerunku, stoją na straży iluzji o sobie. "Najciekawsze jest właśnie odkrycie, ile w każdym z nas jest z bohatera - tłumaczy Mikołaj Grabowski, który dubluje Jana Peszka jako Tuhaj Bej i książę Radziwiłł. - Pisze przecież Sienkiewicz, że piękny i młody Skrzetuski stanął przed Heleną. A my widzimy 60-letniego aktora". "Polski waryjot", genialny Witold z "Trans-Atlantyku", obleśny "Łatka" z "Dożywocia", upierdliwy Reżyser ze "Scenariusza dla trzech aktorów" wrócił tą rolą do zawodu po blisko dziesięcioletniej przerwie. "Klata wziął mnie z całym dobrodziejstwem inwentarza" - kwituje i przyznaje, że na trzeciej generalnej strasznie zazdrościł, że nie może być z kolegami na scenie.

Klata: "Pracując nad spektaklem, nie przejmowaliśmy się ramami czasowymi. Nie zależało nam, czy wyjdzie nam spektakl trwający tydzień czy tylko półtorej godziny. Wyszło ponad cztery. Chcieli wprowadzić na scenę prawdziwy chór, ale w końcu wycofali się z tej koncepcji. Narratorem "Ogniem i mieczem" miała być grupa fałszywych dziadów-lirników wygłaszająca legendarną frazę "Rok 1647 był to dziwny rok", ale i z tego przyszło zrezygnować w ogniu prób. Scenariusz kurczył się tak, jak zwykle kurczą się teksty w teatrze. Odpadały dobre sceny, które jednak nie pasowały do całości." Właściwie do trzeciej generalnej Klata ciągle skreślał. "Strasznie długo myśleliśmy, jak zrobić wbijanie Azji na pal, to już w opisie jest straszne, a myślę, że u nas nawet straszniejsze, tak to podkręcamy."

Raport z oblężonego miasta

Klata czyta "Trylogię" wbrew Sienkiewiczowi, sprawdza, co z jego "drugorzędności" jako pisarza jest najefektowniejsze teatralnie. "Zauważyliśmy, że bohaterowie z powieści zawsze muszą wybierać między miłością do kobiety a miłością do ojczyzny. Najpierw jest wielka miłość od pierwszego wejrzenia, a potem wielkie oblężenie: Zbaraża, Częstochowy, Kamieńca" - zauważa Majewski. Dlatego symboliczne miejsce akcji ich "Trylogii" to Jasna Góra. Kościół ze świętym obrazem przerobiony na szpital pełen rannych, uchodźców, obrońców. Bohaterowie to ludzie chorzy na Polskę, kontuzjowani podczas wszystkich wojen i powstań narodowych. "Ale nie wariaci!" - zastrzega Klata. "Oni są uwięzieni w micie, z którego nie ma wyjścia - precyzuje Majewski. - Zabrali z domu do schronu różne rzeczy, ubrania, graty, suknie, zbroje".

Sienkiewiczowski świat, który płonie jak Dzikie Pola, nad który nadciąga bisurmańska lub heretycka nawałnica, musi mieć swoje oparcie, punkt centralny. Obrotowe przedmurze broniące Polski i wiary katolickiej przed zepsuciem Zachodu, islamu i Rosji. "W scenie obrony Zbaraża puszczamy muzykę Asian Dub Foundation, w której ci pakistańscy janczarzy z Londynu śpiewają: Uderzaj w mury Europy" - śmieje się złośliwie Klata. Jego diagnoza jest klarowna. Jesteśmy nieustannie w stanie oblężenia bo "ciągle mamy w sobie lęk, żeby obcy nas nie okradli i nie oszukali". To dlatego w spektaklu Bohuna i Azję Tuhajbejowicza gra ten sam aktor. Zbigniew Kaleta jako tuhajbejowy syn przechadza się po scenie w sukni tańczącego derwisza, snując plany zostania hetmanem, przechodzi na język tatarski. A wtedy inni bohaterowie, a wraz z nimi publiczność, głuchną na jego racje.

W najbardziej brawurowej scenie krakowskiej "Trylogii" Matka Boska o zawadiackiej twarzy Ewy Kolasińskiej wychyla się z obrazu i tarmosi chuligana Kmicica za włosy. Katolicyzm ma charakter matczyny, Bóg o twarzy matki wybacza bohaterom, bo wie, że bronią go z czystego serca. Zdaniem twórców spektaklu największe kłamstwo Sienkiewicza to mit o katolickiej homogeniczności Rzeczypospolitej. Tymczasem sarmacki świat był tak naprawdę mozaiką narodową i wyznaniową, bogaty i barwny. W powieści istnieje on najpełniej w języku bohaterów. Klata przyznaje, że fascynuje go "szamański, niezwykły dar językowy Sienkiewicza, ale równocześnie odstręcza demonstracyjne gadulstwo. Tylko że bez tego gadulstwa styl nie istnieje". Majewski: "Chcieliśmy ocalić sarmackie frazowanie, wypowiadać zdania, które ciągną się długo. Nie dostosowywaliśmy języka bohaterów do reguł współczesnej polszczyzny. Postawiliśmy aktorów w takiej samej sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się my podczas czytania. Do dzisiaj nie wiem, kim są Czeremisy. Żeby ten język zafunkcjonował, nie trzeba go na siłę wyjaśniać."

Teatr kpi, ojczyzna wzywa

O co najczęściej pytali aktorzy Starego Teatru podczas prób? Klata: "Czy będą konie na scenie. No i były, ale takie jak w filmie "Monty Python i święty Graal". Najdłuższe dyskusje dotyczyły problemu, dlaczego raz jestem tą postacią, a zaraz inną. Czy jest jakaś zasada, która łączy kilku bohaterów granych przeze mnie?". Tadeusz Huk najpierw w księżej sutannie wygłasza z ambony kazanie nad trumną Wołodyjowskiego, potem zmienia się w jednego z dwóch Murzynów księcia Radziwiłła, nie zdejmując peruki afro dialoguje z Zagłobą jako Roch Kowalski. Chmielnicki staje się Kmicicem, Tuhaj Bej - Radziwiłłem. Najważniejsze kwestie interpretacyjne rozwiązano na próbach stolikowych. Podobno Klata musiał bronić książki przed aktorami, którzy zarzucali jej endeckość.

"Pamiętam intensywną rozmowę o kategorii poświęcenia - mówi Klata. - Prosiłem aktorów o bardzo osobiste odpowiedzi. Za co teraz oddalibyśmy dobrowolnie nasze życie? I padały najdziwniejsze odpowiedzi. Kiedy ktoś powiedział: za mojego psa, zrozumiałem, że dochodzimy do punktu, w którym trudno poza czymś tak oczywistym jak rodzina znaleźć motywację do ocalenia jakiejkolwiek wartości wyższej. Bo ludzie są ostrożni, tyle razy się sparzyliśmy, mamy w pamięci los dziadków". W finale spektaklu bohaterowie otwierają klapę w podłodze i schodzą do kanału jak powstańcy warszawscy. Stary Skrzetuski, siwiutki Wołodyjowski, wymęczony wojną i kobietami Ketling. Memento mori wisi nad światem krakowskiej "Trylogii", ale jest inaczej rozumiane. Jak narodowy nakaz i klątwa: "Pamiętaj, żebyś wybrał śmierć bohaterską". "W scenie śmierci Wołodyjowskiego dochodzimy do istoty polskości. Giniemy, bo się pochopnie przysięgło i nie można się teraz wycofać. Ginąc, poświęcamy życia tych, którzy zachowali się racjonalnie i nie przysięgli. W "Trylogii" stale kogoś "Ojczyzna wzywa", bohaterowie z perwersją zostawiają to, co ledwo zaczęte, jeszcze niezbudowane, i wyjeżdżają, by umrzeć" - tłumaczy reżyser. "W scenie masakry, jaką przeprowadza u nas na scenie Azja, emanuje z bohaterów niezwykła radość, że są zabijani. Czy dla Polaka śmierć to jeszcze wartość, czy tylko jakaś upiorna zabawa?" - zastanawia się Majewski.

Krakowski spektakl to polemika z książką Jarosława Marka Rymkiewicza "Kinderszenen". - To niebezpieczna pozycja - irytuje się reżyser. - Myślenie o polskości, które kończy się ofiarą z życia, automatycznie musi prowadzić do fałszywych wyborów. Zgoda, taki mógł być program Sienkiewicza: trzymajmy się tego, w czym jesteśmy wyjątkowi, a jesteśmy wyjątkowi w poświęcaniu życia. Ale on sformułował ten przekaz w czasach Hakaty, kiedy niemiecki impet kulturowy wydawał się właściwie nie do powstrzymania. Ale jeśli ktoś teraz jak Rymkiewicz do tego wraca, to czuję w tym geście pogardę dla Polaków i polskości, że my do niczego innego nie nadajemy się" - podsumowuje reżyser.

Sarmatus sum!

Krakowska "Trylogia" ocala to, co u Sienkiewicza piękne (miłość), obśmiewa to, co głupie (wojna). Jest w tym niewiarygodnie śmiesznym przedstawieniu bardzo serio rozmowa o Polsce zamkniętej w mitach. "O tym, czym jest teraz dla nas sarmatyzm, będziemy dyskutować cały rok. Diabeł z pudełka został wywołany. Nie wstydźmy się Polaka w sobie, powiedzmy: sarmatus sum!" - żartuje Mikołaj Grabowski, a Klata odpowiada, że warto czytać "Trylogię", by dowiedzieć się czegoś o nas jako narodzie. "Dobrze jest się od czasu do czasu popytać o to wieszczów, nawet jeśli są to tacy zborsuczeni, kieszonkowi bastardowie - wieszczowie jak Sienkiewicz, mistrz gazetowych powieści w odcinkach. Moja wizja nowego modelu polskości? Zmieniać się powolutku. Nie wracać do tego, co i tak się posiada. Naprawdę nie jesteśmy tylko kamikadze".