„Nirvana”
na podstawie Tybetańskiej Księgi Umarłych (Bar-do Thos-grol),
reż. Krzysztof Garbaczewski,
Teatr Polski we Wrocławiu
Premiera 6 marca

p

Widz spodziewa się nazwania istotnej relacji pomiędzy życiem i śmiercią. Tuż za drzwiami pobudzony nowymi mediami ogląda tylko teatralną zabawkę. Raz wideoklipowe, nieudolnie opisywane kamerą, raz nużące, banalne aktorsko scherzo na temat buddyjskiego transu, szpitalnej śmierci, seksualnej przemocy i bliżej niesprecyzowanej apokalipsy teatru.

Nieumiejętność związania żywiołów widowiska nie jest problemem reżysera, lecz epoki. Nie ma powodu, aby dąsać się na artystów, skoro nic innego nie mogą powiedzieć niż chcą tego władcy mediów. Pewnie dlatego Garbaczewski dał w swoim spektaklu cztery proste scenki, z których nie wynika nic nowego, a ich 80-minutowe przeplatanie prowadzi tam, gdzie byliśmy już ze sto razy na innych spektaklach. Oto konkluzje szamotania się po scenie Haliny Rasiakówny, Wojciecha Ziemiańskiego, Alicji Kwiatkowskiej, Marcina Czarnika, Rafała Kronenbergera, Adama Szczyszczaja i Krzysztofa Zarzeckiego: artystyczny teatr minionych dekad przegrywa z serialami, seksualność współczesna jest zazwyczaj brutalna i szczenięco zmysłowa, a demonizm psychoterapeutów i ryty kulturowe warte są funta kłaków.

Aktorzy mruczą coś pod nosem o swoim losie, powtarzają pseudofilozoficzne szmoncesy, bredzą o roli sztuki. Tylko Cezary Kussyk nie bredzi i nie mruczy, bo ukazał się w źle skrojonym garniturze w czarnej dziurze zascenium na minutkę i przepadł do czasu końcowych oklasków.

Sala ożywiła się na chwilę podczas hedonistycznej orgii seksualnej. Fakt, gejowski gwałt przy pomocy taboretu i mnie wydał się odkrywczy. Niestety, zadek artysty nie zmieścił siedziska w siedzisku, więc zabrakło sensacji. I być nie mogło. Być nie miało. Bo w tym teatrze wszyscy udają. Reżyser, że coś zamierza. Aktorzy, że coś grają. Postaci, że coś mówią i wyrażają. Autorzy programu i strony internetowej – że doznajemy nowych jakości estetycznych.

Wszyscy są hipokrytami. Są nadzy na niby. Szydzą na niby. Gwałcą na niby. Myślą na niby. Widzowie klaszczą na niby. Teatr-zabawka. Teatr-manifestacja zblazowania. Tasowanie wzorów i rekwizytów: szpitalne łóżko, światła dyskoteki, kostiumy z parady miłości. Więc teatr swoiście ubogi. Ale i zaskakująco bezradny w filozoficznym transie. Zaskakująco banalny i wtórny plastycznie. Nijaki wobec zapisów Bruegla, Velazqueza, Grosza, Bacona. A literatura, muzyka, a kino? Ileż tam wybitnych wizji stanów „pomiędzy”.

Więc nie czepiam się artystów. Widać tak nie musieli. Ale też sądzę, że nirwana, jakkolwiek pojęta, wywodzi się z ludzkich głów, nie z zadków. I choćby to były najbardziej seksowne zadki aktorów wrocławskiego Teatru Polskiego, optuję za głowami.